Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorzów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorzów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2013

7.07.2013 - Muzyczny Bukiet Róż - Chorzów

Czasem człowiek wychodzi pospacerować po Parku Śląskim (dawniej Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku), i to nawet nie myśląc akurat o żadnym koncercie, a tu niespodzianka - zza drzew dobiegają miłe dla ucha dźwięki, dźwięki dęciaków, rzecz jasna. Cóż zrobić, trzeba było pójść i zobaczyć, co zacz.  

Okazało się, że muzyka dobiega z parkowego Rosarium. Akurat odbywał się tam drugi z koncertów Muzycznego Bukietu Róż, cyklu niedzielnych wakacyjnych koncertów, który zainaugurowano 30 czerwca. Mimo iż nie byłem na całym koncercie, postanowiłem napisać o nim kilka słów (a co! nikt mi nie zabroni).


W niedzielne, prawdziwie letnie, popołudnie, na scenie rozłożonej w chorzowskim ogrodzie różanym (największym w Polsce i jednym z największych w Europie), występowali uczniowie katowickiego Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych (obchodzącego w zeszłym roku swoje 75-lecie), a konkretnie Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Karola Szymanowskiego. Co ważne, skupiono się zwłaszcza na instrumentach dętych, zarówno drewnianych (fagot, klarnet), jak i blaszanych.  

Zaprezentowano różny repertuar, i barokowy, i ten bliższy naszym czasom. Z tego nieco współcześniejszego, m.in. "Sonatinę na klarnet i fortepian" skomponowaną w 1936 r. przez Antoniego Szałowskiego. Z tego już całkiem współczesnego uczniowie katowickiego Muzyka zagrali muzykę filmową, i tę zagraniczną, i polską. Na pierwszy ogień poszedł utwór z "Gwiezdnych Wojen" (a dokładnie z filmu "Star Wars, Episode IV: A New Hope") skomponowany, podobnie jak i cały soundtrack, przez Johna Williamsa. Nie był to jednak najbardziej znany - główny - motyw, a "Cantina Band".

Następnie przyszła kolej na temat  z niezbyt już kojarzonego przez młodsze pokolenia programu, w którym główne role grały takie postaci, jak Kermit Żaba, Panna Piggy, Szwedzki kucharz, Gonzo czy stetryczali Statler i Waldorf. Tak jest, chodzi o "Muppet Show", brytyjsko-amerykański program telewizyjny emitowany w latach 1976-1981. Swoją drogą, pamiętacie w jakich latach program ten emitowała TVP?

Było i też coś dla fanów duńskiej serii "Olsen-banden", filmów o perypetiach Kjelda Jensena, Benny'ego Frandsena i oczywiście Egona Olsena, przywódcy gangu - temat skomponowany przez duńskiego pianistę i kompozytora Benta Fabriciusa-Bjerre (bardziej znanego jako Bent Fabric). Od premiery pierwszego filmu minęło już prawie 45 lat!



Nie mogło także zabraknąć akcentu z naszego kraju - polskiego Robin Hooda spod samiuśkich Tater, czyli Janosika. Co prawda konferansjer początkowo nie powiedział wprost o jaki film chodzi, jednak po jednej tylko podpowiedzi ("Tatry"), wszyscy wiedzieli już, co będzie grane. No może prawie wszyscy, bo z tyłu można było usłyszeć, jak ktoś mówi... "Czarne chmury". Po chwili zrobiono szybki konkurs, rzecz można, że seksistowski, bo tylko dla kobiet, w którym nagrodą była... możliwość zagrania na puzonie.

Autorem janosikowej muzyki jest jeden z pionierów powojennego jazzu w Polsce - Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz, jazzowy saksofonista, który skomponował także muzykę do takich filmów, jak "Poszukiwany, poszukiwana" i "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" czy seriali "Czterdziestolatek" i "Wojna domowa".

Polscy fani ska "Janosika" mogą kojarzyć z wykonania Las Melinas (utwór ten znalazł się na debiutanckim albumie grupy zatytułowanym "The Best of 2008-2011") oraz - to już wcześniejsze czasy - nieodżałowanego sosnowieckiego ska-jazzowego Black Gangu.


W dwóch ostatnich utworach męski kwintet (2 puzony + 2 trąbki) został wzbogacony o niewiastę grająca na puzonie. Potrafi dziewczyna zadąć!

Może i uczniowie katowickiej szkoły muzycznej są dobrzy (i bardzo dobrzy) technicznie - piję tutaj zwłaszcza do grających na drewnianych dęciakach - jednak jeszcze czegoś im brakuje, żeby można było odczuć prawdziwy groove. Chyba idealnie pasuje tu anegdotka, którą przytacza Louis Armstrong w swojej autobiografii "Moje życie w Nowym Orleanie" (wydanej w naszym kraju w 1974 r. przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne i wznowionej 14 lat później). Książka jest już właściwie niedostępna, więc pozwolę sobie przytoczyć obszerny fragment tekstu Satchmo:

Muzycy czytający nuty, tak jak ci z zespołu Robechaux, uważali, że my, zespół Kida Ory, jesteśmy dobrzy, ale tylko razem. Pewnego razu ci mądrale mieli jakieś granie na pogrzebie, ale większość z nich była w dzień zajęta. Zaangażowali więc kilku chłopców z zespołu Kida Ory, w tym także i mnie. W dniu pogrzebu muzycy zebrali się w sali, skąd miał wyruszyć pochód do domu zmarłego. Kid Ory i ja zauważyliśmy, że ci zarozumialcy wyraźnie patrzą na nas z góry. Prawdopodobnie nie wydawaliśmy się im wystarczająco dobrzy, aby grać ich marsze.
Trąciłem Kida łokciem, pytając wzrokiem, czy to zauważył. On skinął potakująco głową.
Doszliśmy do domu zmarłego, grając marsze w średnim tempie. Graliśmy z nut, które nam dali, i to o wiele swobodniej od nich. Tamci jednak dalej się do nas nie odzywali. 
Wyniesiono trumnę z domu i ruszyliśmy w stronę cmentarza, grając wolne marsze żałobne. Na cmentarzu, gdy ciało złożono już do grobu i przebrzmiało tremolo werbla, orkiestra zaczęła grać marsza ragtime'owego, który wymagał swingowania. Ci starzy ramole zupełnie nie mogli sobie z tym poradzić. Wtedy my, chłopcy Kida Ory, przejęliśmy prowadzenie utworu i doprowadziliśmy go zwycięsko do końca.
Jak by nie było, mieliśmy to najlepsze ze wszystkich doświadczeń - swingowanie całym zespołem! Trzeba było słyszeć, jak to brzmiało!
"Second line" - ci obszarpani faceci chodzący na parady i pogrzeby, aby posłuchać muzyki, byli tak zachwyceni naszym graniem, że zmusili nas do bisowania. Coś takiego nieczęsto się zdarza na ulicznych paradach. 
Wkroczyliśmy do sali, swingując ostatni numer "Panama". Pamiętałem, jak Joe Oliver grał ostatni chorus w górnym rejestrze, więc wziąłem górę i sięgnąłem tamtych tonów. Wtedy tłum oszalał.
Po takim zakończeniu ci z początku tak nadęci muzycy od razu zmienili swój stosunek do nas. Poklepywali nas po plecach i nie odstępowali ani na krok. Później angażowali nas jeszcze wiele razy. Nic dziwnego, udowodniliśmy im przecież, że czytania nut może nauczyć się każdy muzyk, ale nie wszyscy potrafią swingować. To była dla nich dobra nauczka.    
Oczywiście nie imputuję uczniom Muzyka cech, którymi "odznaczali się" muzycy z zespołu Johna Robichaux, o nie! Mają jeszcze przed sobą sporo czasu, by nabrać doświadczenia i obycia ze sceną, wszak co z tego, że zdobywają pierwsze miejsca na konkursach i festiwalach (chociażby w Piotrkowie Trybunalskim), skoro nie potrafią tak naprawdę porwać tłumu? Do tego trzeba czegoś więcej niż doskonałej techniki grania i znajomości nut. Kto wie, może część z występujących w niedzielę w chorzowskim Rosarium, za kilka lat stanie się kolejną Vespą lub Las Melinas. Tego sobie, wam i polskiej scenie życzę.
A skoro już była mowa o Kidzie Ory, to posłuchajcie jego nagrań (wraz z Creole Jazz Bandem) z lat 1922-55. Ta muzyka nigdy się nie zestarzeje!

niedziela, 21 października 2012

28.09.2012 - Polsko-Český Punk Rock Show - Chorzów

Pod koniec września w trzech polskich miastach (Poznaniu Zielonej Górze i Chorzowie) można było zobaczyć punkowe show, i to nie byle jakie, bo Polsko-Český Punk Rock Show. W chorzowskiej Leśniczówce zagrały Dream Of The Queen i Bulbulators reprezentujący Polskę, a konkretnie jej najlepszą część, czyli Śląsk, oraz The Fialky zza naszej południowej granicy.



Warto napisać o samym klubie Leśniczówka, a właściwie to Leśniczówka Rock'n'Roll Cafe, bo tak brzmi pełna nazwa. Klub ten nie bezpodstawnie nazywa się tak, a nie inaczej. Wystarczy zerknąć na mapę.


Położenie w środku Parku Śląskiego (wcześniej Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku) nie ułatwia dotarcia na koncert, aczkolwiek jeśli ktoś chce to wszędzie trafi. Na piątkowym koncercie niestety tłumów nie było, zapewne swoje zrobiła tu lokalizacja.

Pierwszym zespołem miał być Dream Of The Queen, nowy zespół na śląskiej scenie. Nowy, ale tworzony przez doświadczonych muzyków, znanych z takich zespołów jak Pils, Elektryczny Pastuch, The End czy Nail To Coffin. Niestety dane było mi zobaczyć tylko, jak wchodzą na scenę, później poszedłem po znajomych z Rudy Śląskiej, którzy - a jakże - nie mogli trafić do Leśniczówki. Dodać trzeba, że wokalistą Dream Of The Queen jest Chmielo (wcześniej śpiewał m.in.w Propelers), a kapela nagrywa obecnie swój debiutancki album.

Po dłuższej przerwie, trwającej cały koncert, poświęconej poszukiwaniom zaginionych owieczek, wszyscy wreszcie spotkaliśmy się pod klubem. Był to idealny moment, bo niedługo na scenę mieli wchodzić Bulbulatorsi.  

Bulbulators to znana i ceniona marka na polskiej scenie, zresztą nie tylko polskiej, bo zdarzało im się grać także poza granicami naszego kraju, chociażby na słowackim festiwalu Punkáči deťom czy czeskim Fest Pod Parou. Na koncie mają 6 studyjnych albumów, ostatni to wydany przed dwoma laty "Principes Mortales Punk Aeterna". Od ubiegłego roku w zespole jest 5 osób, do Iglaka, Kondiego, Grubego i Buraka, dołączył syn tego ostatniego, Krzysztof "Lotos" Latosiński, grający na gitarze.

Mimo, iż widziałem Bulbulatorsów już wiele razy (sam nie wiem ile, na pewno ponad 10) to jeszcze nigdy nie zagrali słabego koncertu. Tak było i teraz. Kapela, jak zawsze, zaprezentowała przekrojowy set. Publiczność usłyszała zarówno piosenki z ostatniej płyty, które już spokojnie można nazwać hitami, jak i starsze kawałki. Było i "Hypnos", i "30 kul", i "Będę grzeczny", i "Sprawiedliwośc", i... można tak wymieniać jeszcze trochę. Były też covery, stały zestaw koncertowy Bulbów: "Teenage Kicks" Undertonesów, "My młodzież z krańców wielkich miast" Ramzesa i coś czego nie mogło zabraknąć na koncercie śląskich punkowców - hołdu złożonego Ramones.

Po Bulbach na scenę weszli goście z Czech - The Fialky, ostatnimi czasy coraz częściej grający w naszym kraju. Czesi mają na koncie 3 studyjne albumy, "Průser" (2007 r.), "Šance" (2008 r.) i wydany w tym roku "Kapitán 77". Wcześniej The Fialky widziałem dwukrotnie, na jednym z Memoriałów w Czerwionce i na Ska! Oi! Days w Sosnowcu. Z koncertu na koncert podobają mi się coraz mniej (gdy widziałem ich w Krakowie w październiku, za jakiś czas będzie relacja, to po prostu olałem ich występ). W Chorzowie zagrali m.in. "Punk sex pivo", "Punk 77", "Počernice boys" + oczywiście co nieco z ostatniej płyty, której do dzisiaj nie miałem okazji przesłuchać (i jakoś mnie do niej nie ciągnie).

Podsumowując: wyjazd słaby, jedynym plusem był koncert Bulbulatorsów i spotkanie znajomych. Dobrze, że mili ludzie zapewnili podwózkę prawie pod sam dom.
















wtorek, 16 października 2012

15.09.2012 - Rebel Ska Fest - Chorzów

Ponad miesiąc po pierwszej koncertowej wizycie w chorzowskim Rebel Garden Cafe, we wrześniu przyszła pora na kolejną. Tym razem, w ramach koncertu pod nazwą Rebel SKA Fest, miały wystąpić dwa zespoły grające ska, czyli to co tygryski lubią najbardziej.


W ten sam dzień w Sosnowcu miał być inny koncert (Horrorshow, Werwolf 77, Saint & Sinners i Tony Tarantula & his Bastards), więc właściwie do ostatniej chwili miałem dylemat, gdzie pojechać. Za wyborem Chorzowa przeważały 2 zespoły, których nie widziałem wcale lub od bardzo dawna oraz brak ska w Sosnowcu - w zeszłym roku grał np. francuski Skarface.

Podobnie, jak w sierpniu, także i teraz koncerty odbywały się przed Rebel Garden Cafe. Jedyną różnicą był brak sceny. Koncert, co nie powinno dziwić w naszym kraju, zaczął się z opóźnieniem. Na pierwszy ogień poszedł zespół o nazwie TeSkapsie.

O samym zespole wiadomo niewiele. Posiada profil na myspace, ale informacje na nim zawarte, oględnie mówiąc, są bardzo oszczędne w treści. W swojej biografii napisali:
Na początku było słowo ... potem dźwięki aż wreszcie powstało TeSkapsie...
W składzie, nie wiem na ile informacje te są aktualne, znajdziemy 9 osób: Marcin M., Mnichu, Krzychu, Czyżu, Maciej M., Marcin D., Wolf, Dudi, Tomski. TeSkapsie pochodzą z Piekar Śląskich i to głównie tam - w klubie Piekarnik - występują. Czasem zdarzają im się wypady do innych miast, w tym roku zagrali m.in. na festiwalu Najcieplejsze Miejsce Na Ziemi w Wodzisławiu Śląskim. Na festiwalowej stronie przeczytamy:
Te!Skapsie to śląska legendarna grupa widmo! Reggae, Ska Rock Staedy, Rock'n'roll a wszystko to w Jazz-owym zacięciu sekcji dętej! Od 2002 roku w zespole zaszło wiele zmian ale dalej walczą z niezniszczalną siłą!
"Śląska legendarna grupa widmo" - to chyba najtrafniejsze określenie tegoż zespołu. Zespołu, który do tej pory udało mi się widzieć w akcji tylko raz, a dokładnie 22.04.2012 r. we wspomnianym wcześniej Piekarniku. Zagrali wówczas z czeską kapelą Sultan Soliman.

Wróćmy jednak do chorzowskiego Rebel Ska Festu. TeSkapsie jak najszybciej powinni zadbać o jakąś promocję, bo naprawdę grają bardzo dobrze. 4-osobowa sekcja dęta (dwa saksofony, puzon i trąbka) ładnie, czasem jazzująco, "chodzi". Wokalista nie męczy swym głosem, a to ważne. Co zagrali? Nie mam pojęcia. Zdawało mi się, że słyszałem "Gangsters" The Specials, aczkolwiek czy to na pewno było to, czy tylko jakaś wariacja na temat - tego niestety nie wiem. Wiem za to, że kapela ta powinna wreszcie wziąć się w garść i dać okazję reszcie Polski do pójścia na koncert, ale żeby do tego doszło trzeba organizatorom dać o sobie znać i na dobry początek chociażby ułatwić skontaktowanie się ze sobą.  

Wszystko co dobre, jednak musi się skończyć. Po reprezentantach Piekar Śląskich, na "scenę" wyszedł, niemiłosiernie długo strojący się, Drenkrom ze Skrzyszofa. Nazwa ta absolutnie nic mi nie mówiła, nie słyszałem żadnego kawałka. Zajrzałem na stronę zespołu, ale nie wczytałem się w nią zbyt dokładnie, dlatego też przeoczyłem to:
Gramy energicznego punk rocka z domieszką ska i szczyptą osobistych fascynacji każdego z nas.
Widziałem mnóstwo różnych zespołów, głównie punkowych i z ręką na sercu muszę napisać, że był to najgorszy koncert na jakim byłem w tym roku. Drenkrom zdetronizował nawet Załogę Andrzeja, którą miałem wątpliwą przyjemność widzieć w maju. W skład zespołu ze Skrzyszofa wchodzi 9 osób, w tym 2 wokalistów, 2 gitarzystów i 3-osobowa sekcja dęta (trąbka, puzon, saksofon). Muzyka Drenkromu mogłaby zrobić furorę w latach 90. wśród polskich punków, ba! może nawet ich kasetę wydałby Silverton. Na scenie ska nie ma to racji bytu. Na współczesnej punkowej też już raczej nie. Dwóch wokalistów, z czego jeden wykrzykuje jakieś komunały przez megafon, napierdalanka (pardon my french) bez ładu i składu. Jednym słowem STRASZNE. Wytrzymałem z 15 minut i ewakuowałem się do domu.     
Jedynym plusem tego zespołu jest to, że dzięki niemu odbyła się ta impreza, bo to jeden z członków Drenkrom odezwał się do Darka Zalegi z Rebel Garden Cafe. W przyszłym roku w planach jest większa impreza ska, oby bez Drenkromu.

Na zakończenie kilka zdjęć, raczej nie aspirujących do World Press Photo. ;) Na ostatniej focie nieszczęsny Drenkrom.











  





niedziela, 19 sierpnia 2012

10.08.2012 - Tora Tora Tora, Los Perdidos - Chorzów

W piątek, 10 sierpnia, w chorzowskim Rebel Garden Cafe odbyła się druga edycja "Rebel Rock". Na pierwszej edycji zagrały TU-100, Pataconez i Organized Noiz - nazwy, które absolutnie nic mi nie mówią. Druga edycja to polska Tora Tora Tora oraz Los Perdidos, z - wbrew brzmiącej z hiszpańska nazwie - czeskiego Holešova. Koncert, o czym informuje nas plakat, odbył się w ramach projektu "Łączy nas Olza" stowarzyszenia Grupa Twórcza "Ocochodzi". Projekt realizowany jest przy wsparciu chorzowskiego Urzędu Miasta, dlatego też, zapewne, wstęp był wolny.


Na początek napiszę co nieco o klubie, a właściwie knajpie lub - jak sami o sobie piszą - klubokawiarni. Rebel Garden położone jest w dość niecodziennym sąsiedztwie. Mianowicie, tuż obok Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, a konkretnie przy jego bramie głównej. Przed samym koncertem zastanawiałem się, gdzie dokładnie będzie scena, bo - jak widać na zdjęciu - budynek z zewnątrz nie wygląda na zbyt duży, w środku też nie ma za wiele przestrzeni albo, jak kto woli, jest bardzo kameralny. Warto wspomnieć, że wcześniej w budynku tym było... terrarium.

zdjęcie z oficjalnej strony Rebel Garden Cafe (http://www.garden.republikarebel.pl/o-nas )
Okazało się, że koncert będzie przed budynkiem. W miejscu, gdzie na zdjęciu stoją ludzie, stały parasole, a kawałek dalej na prawo - scena. Skoro jesteśmy przy opisie lokalu, grzechem byłoby nie wspomnieć o wyszynku. A jest o czym wspominać. Pozwólcie, że zacytuję fragment "Wieści spod bramy" z lutego ubiegłego roku:

Nie jesteśmy pewni, czy w Rebel Garden Cafe jest największy wybór herbat (choć jest duży), ale na 100 procent mamy największy wśród lokali w WPKiW wybór piw – i to jakich! W Polsce – na szczęście – wciąż działają małe browary, wypuszczające w świat pyszne piwa. Można więc u nas „powalczyć ze smokami” – kosztując cztery rodzaje piwnych Smoków z browaru Fortuna. Witnica – ten browar z ziemi lubuskiej ostatnio dał o sobie znać, wypuszczając piwa Miodowe, Cytrynowe, Celtyckie ciemne... – także dostępne w Rebel Garden. A jeżeli już mowa o piwach miodowych – kultowe jest już oferowane u nas piwo Miodowe z browaru Ciechan. Nie ograniczamy się jednak do polskich piw. Tylko u nas lejemy z kega słynnego Radegasta. Wybór czeskich piwa też może zaskoczyć: od jasnych typu pils po piwa ciemne, czy pszeniczne. Proponujemy piwa m.in. z browarów Cerna Hora, Primator, Jezek, Janacek, Gambrinus i... długo by wymieniać. W końcu skok za wschodnią granicę – proponujemy piwa z ukraińskiego browaru Obolon. Ba!, a co powiedzieć o piwie o znajomej nazwie Rebel? Nic, tylko kosztować – byle z głową..

Przejdźmy jednak do koncertu. Park Śląski (dawniej WPKiW) to miejsce licznie odwiedzane przez Ślązaków, zarówno tych jeżdżących na rowerach czy rolkach, jak i tych, którzy po prostu spacerują, wszak lepiej iść do parku niż do kolejnej galerii handlowej. Gdy ok. 19:00 przybyłem pod Rebel Garden Cafe, pod parasolami siedziało już trochę ludzi (zarówno takich, którzy przyszli na piwo, jak i takich, którzy pojawili się przede wszystkim ze względu na koncert, na piwo oczywiście też), w okolicy także dało się zauważyć nieprzypadkowych osobników. Jako pierwszy, ok. 20:00, na scenę wszedł zespół Tora Tora Tora (po japońsku będzie to wyglądało tak: トラ・トラ・トラ!, taka ciekawostka).

Tora Tora Tora to kapela z Katowic, po części z pobliskiego Os. Tysiąclecia. W jej skład wchodzą Sid (wokal) oraz Jabol (perkusja) znani ze ZBEERA (na koncie 3 albumy). Skład dopełniają Pafeł i Hołek na gitarach oraz Cham na basie. Co grają? Punk rocka, rzecz jasna. Jak sami piszą o swojej muzyce:

Chcemy pokazać że grać prosto, nie znaczy od razu prostacko, że z gitar można wycisnąć naprawdę sympatyczne dzwięki. W naszych utworach stawiamy na dosyć rozwiniętą linię melodyczną , punkową zajadłość, oraz, mamy nadzieję niebanalne texty .

TTT widziałem wcześniej ze 2 lub 3 razy. Gdy byłem na ich koncercie po raz pierwszy -  na gigu z okazji 10-tych urodzin Parku Wolności - czekałem, zresztą jak większość publiki, głównie na piosenki Zbeera. Zagrali wtedy m.in. "Kumpli". O, mam nawet zdjęcie ich setlisty.


Teraz, ponad 1,5 roku później, cały set stanowiły piosenki Tory - aczkolwiek mogę się mylić, wszak sami wiecie, piwo, nawet w niedużych ilościach, różnie wpływa na percepcję. Zagrali m.in. "Czego chcesz?", "Jak mam cię kochać Polsko?", "Adrenaline", "Neonowy sen" (o swoim mieście)" Drzwi" oraz firmowy numer "Tora Tora Tora". Miejscami Sida było niezbyt dobrze słychać, ale ogólnie występ jak najbardziej na plus. Ludzie jednak woleli siedzieć/stać i pić piwo, niż ruszyć pod scenę.  

Już przy pierwszych taktach, przy Rebel Garden zaczęli się zatrzymywać przypadkowi przechodnie oraz rowerzyści. Część, o dziwo, nie uciekła w popłochu. Ba, niektórzy nawet zostali do końca. Jak widać, jednak ten punk rock nie taki zły, jak go malują.

Po lokalsach z TTT na scenę weszli Czesi z Los Perdidos (po czesku "Ztracenci"). Wcześniej nazywali się Rozdílné podoby i śpiewali po czesku, jednak kiedy w Meksyku indiańscy rebelianci zaczęli walczyć o swoje prawa, postanowili zmienić nazwę oraz śpiewać po hiszpańsku (śpiewanie po czesku wydawało im się smutne i mroczne), co zdecydowanie wyróżnia ich spośród kapel zza naszej południowej granicy. Od tamtego czasu swoją muzykę określają mianem "chiapas punk". Chiapas, od nazwy stanu w południowym Meksyku, gdzie od 1994 r. działa rebeliancka Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego. Ich muzyka, mimo określenia "punk", to mieszanina różnych stylów - oprócz punk rocka i muzyki latynoskiej, także ska, reggae (nawet tego heavy) i rocka. Najprościej byłoby napisać, że grają wypadkową muzyki Ska-P, Manu Chao i... no właśnie, sam nie wiem czego jeszcze.

Los Perdidos to kwintet, w skład którego wchodzą perkusista Stráťa, basista Šefča, gitarzyści Madruga i  Segafredo oraz wokalista Padre. Do tej pory dorobili się 2 albumów, "Somos Los Perdidos" z 2009 r. i "Poco Dinero" z 2011 r. (a także kilka nieoficjalnych wydawnictw). Mający greckie korzenie Padre, kilka lat mieszkał w hiszpańskiej Andaluzji, później dołączył do niego także Madruga. Żeby dopełnić ich umiędzynarodowienie warto dodać, że basista regularnie jeździ do Chin. 

W czasie koncertu w Chorzowie, Los Perdidos zaprezentowali - oczywiście jak już dostali piwo (mam nadzieję, że jakieś polskie), którego w pewnym momencie zaczęli się domagać - zarówno własne kompozycje, jak i covery. Wymienić można np. "Somos Los Perdidos", "La cucaracha", "Poco Dinero", "Validez de la esperanza", "¡Viva Zapata!" (chyba najlepszy kawałek na koncercie), "Bora Bora Bora" czy "Welcome to Tijuana" z repertuaru Manu Chao.

Podsumowując występ czeskich Latynosów: zagrali bardzo sprawnie, porwali nawet do tańca kilka osób, plusem był także język. Czasem jednak brakowało im energii i po prostu przynudzali. Myślę, że pomogłoby tutaj poszerzenie instrumentarium o jakieś dęciaki, chociażby jeden saksofon lub trąbkę. Jest też inny minus - długość występu. Był po prostu za długi, jestem zdania, że lepszy niedosyt niż przesyt. O 22:30 opuszczałem progi Rebel Garden Cafe już nieco znużony ich graniem. Nie mam pojęcia, jak długo potem jeszcze grali. Tak czy siak, wypad uznaję za udany. Zawsze warto poznawać nowe kapele.
 
Zdjęcia z koncertu autorstwa Tomka Stefanika (Stef-Foto) - album na facebooku: