Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopran. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 sierpnia 2012

19.08.2012 - Krawiecka Art Pasaż: Uty japońskie, czyli pieśni o miłości - Bytom

Do trzech razy sztuka, mawia przysłowie. Dopiero za trzecim razem (w niedzielę wieczorem) koncert z cyklu Krawiecka Art Pasaż odbył się na ul. Krawieckiej. Tym razem mieliśmy okazję posłuchać japońskich ut, czyli pieśni o miłości, w wykonaniu sopranistki Barbary Jastrząb oraz akompaniującej jej Agnieszki Ignaszewskiej-Magiery.

Barbara Jastrząb jest chórzystką-solistką Cantores Minores Wratislavienses, współpracuje również z zespołami prowadzonymi przez Marka Toporowskiego, Jana Tomasza Adamusa, Tomasza Dobrzańskiego. Śpiewała partie solowe m.in. w „Requiem” G. Faure, „Magnificat” J.S. Bacha czy „Mesjaszu” G.F. Haendla.

Agnieszka Ignaszewska-Magiera już podczas studiów podjęła trwającą do dziś współpracę (w charakterze pianistki i chórzystki) z chórem Polskiego Radia, Krakowskim Chórem Kameralnym, Capellą Cracoviensis, jak również orkiestrą i chórem Filharmonii Krakowskiej.

Gdy ok. 18:30 zjawiłem się na ul. Krawieckiej strategiczne miejsca (czyt. pierwsze rzędy) były już zajęte, tak więc wygodnie rozsiadłem się w rzędzie dziewiątym i czekałem, od czasu do czasu zerkając na zegarek, na rozpoczęcie. Chwilę po 19 na scenę wyszła przedstawicielka Bytomskiego Centrum Kultury i zapowiedziała, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, co też dzisiaj będzie się działo na ulicy Krawieckiej (która przez prawie cały tydzień zajęta jest przez różnych handlarzy, m.in. "tytoniem" made in UA).

fot. K. Kadis, http://www.bytom.pl/pl/10/1345419345/4
Tematem koncertu były, jak już wiadomo, japońskie uty, czyli pieśni o miłości. Uty (pieśni) opowiadają nie tylko o miłości między kobietą a mężczyzną, ale też o miłości do miejsc, przyrody czy zwyczajów (np. hanami - o tym za chwilę). W czasie niedzielnego koncertu Barbara Jastrząb zaśpiewała każdy z wymienionych rodzajów. Oprócz pieśni rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni (np. "Habu no minato"), zaprezentowano też dzieła europejskich kompozytorów inspirujących się Japonią. Wśród nich Polaka Piotra Perkowskiego (1901-1990) - np. "Spójrz już kwitną astry białe", Austriaka Rudolfa Dittricha (1867-1919) i Rosjanina Michaiła Ippolitowa-Iwanowa (1859-1935). Jednak w innym języku niż japoński to już nie było to. Osoby, które miały kiedykolwiek styczność z tym językiem (chociażby za sprawą jakiejś płyty czy piosenki) pewnie potwierdzą, jak specyficzny jest to język. Słuchając Japończyków, nawet gdy śpiewają, dajmy na to, po angielsku i tak słyszymy ten charakterystyczny akcent. Wiele osób tenże akcent po prostu mierzi. Ja, na szczęście, jestem jego fanem.

http://bytomonline.pl/wyroznione/krawiecka-art-pasaz-uty-japonskie-piesni-o-milosci/
 Agnieszka Ignaszewska-Magiera poza akompaniowaniem, miała okazję zaprezentować swoje umiejętności także solo, np. grając utwory Ippolitowa-Iwanowa. Oczywiście, podobnie jak jej śpiewająca koleżanka, przed zagraniem utworu (lub kilku krótszych), odpowiednio go zapowiedziała.

Skoro jesteśmy przy zapowiedziach to trzeba napisać o dwóch obszerniejszych. Pierwsza dotyczyła, wspomnianego wcześniej, Dittricha.

 
Rudolf Dittrich urodził się w 1861 r. w Białej (obecnie Bielsko-Biała). W 1888 r. ten austriacki kompozytor, pianista, organista i skrzypek dostał od japońskiego rządu 3-letni kontrakt dyrektora artystycznego Tokijskiej Szkoły Muzycznej. B. Jastrząb przedstawiła widzom-słuchaczom romantyczną historię związku Dittricha z Japonką Kiku Mori (grała na shamisenie), z którą związał się po śmierci swej żony Petronelli Lammer (nazywanej "Perine"). W 1893 r. urodził się ich syn Otto Mori.Jeśli ktoś jest zainteresowany życiorysem Rudolfa Dittricha to polecam zajrzeć np. tutaj.

Druga natomiast dotyczyła hanami, czyli tradycyjnego zwyczaju podziwiania kwiatów, w szczególności - jakżeby inaczej - wiśni, które były metaforą samego życia. Na polskiej wikipedii, którą posiłkowała się opowiadająca, możemy przeczytać, że świętowanie hanami wiąże się ze spożywaniem tradycyjnych japońskich potraw takich jak dango (kulki ryżowe), powszechnie pije się też sake i piwo. Japońskie przysłowie „lepsze dango od kwiatów” (hana yori dango) dotyczy osób, które wolą ucztować niż podziwiać wiśnie. A skoro już jesteśmy przy jedzenia to... koncert zakończył się radosną piosenką "Nasze japońske słodkości".

Ul. Krawiecka, co należy podkreślić, za sprawą swojej akustyki, idealnie nadaje się na tego typu koncerty. Mimo upału cień zapewniały stare - i co ważne, niesypiące się - kamienice.

Projekt "Krawiecka Art Pasaż" to wyjście z kulturą w miasto. Dosłownie. Jednak w takim przypadku trzeba się liczyć z różnymi uniedogodnieniami - a to ktoś wysadzi tuż za sceną petardę (tak jak w przypadku koncertu duetu Jastrząb-Ignaszewska-Magiera, a to jakiś wstawiony dżentelmenel zacznie rzucać mięsem na Rynku, a to do śpiewania przyłączy się jakiś pies. Cóż, nikt nie mówił, że niesienie kaganka kultury będzie łatwe. Rzecz jasna, chodzi o kulturę innego sortu niż ta rodem z dni miast i innych festynów, gdzie przeważnie tandetne gwiazdy i gwiazdeczki śpiewają z plejbeku. A tłuszcza zajadająca watę cukrową i kiełbasę z grilla, cieszy się, że "coś" się dzieje.

Wracając jeszcze to japońskich ut - warto pomyśleć nad projektem, w którym trochę by odświeżono tradycyjne melodie japońskie, efektem może byłoby coś w stylu płyty Niny Stiller, na której tradycyjne pieśni żydowskie połączono z muzyką stworzoną przez Magierę, jednego z najważniejszych producentów polskiej sceny hip-hopowej.



Zdjęcia K. Kadisa na bytom.pl.

wtorek, 7 sierpnia 2012

5.08.2012 - Krawiecka Art Pasaż: Arie kastratów - Bytom

W ostatnią niedzielę rozpoczęła się kolejna - już piąta - edycja Krawiecka Art Pasaż, cyklu letnich kameralnych koncertów na jednej z najstarszych i najkrótszych uliczek miasta, ulicy Krawieckiej, usytuowanej tuż przy Rynku. W niedzielę koncert, wyjątkowo, odbył się w klubie Stara Platforma, znajdującym się tuż przy Krawieckiej. Organizatorzy (Bytomskie Centrum Kultury) po wpływem prognoz pogody, nie chcąc ryzykować przymusowych, pośpiesznych przenosin, zawczasu zmienili lokalizację. Traf jednak chciał, że prognozy się nie sprawdziły i pogoda była iście tropikalna.



Koncertem inaugurującym Krawiecka Art Pasaż były Arie kastratów, w wykonaniu sopranistki Marzeny Lubaszki oraz akompaniującego jej na klawesynie Marcina Świątkiewicza. Słów kilka o artystach (na podstawie materiałów Beceku):
  • Marzena Lubaszka studiowała śpiew solowy we wrocławskiej Akademii Muzycznej oraz filologię włoską na Uniwersytecie Wrocławskim. Nagrała kilkanaście płyt CD, m.in. solowe motety w stylu neapolitańskim w ramach cyklu 1000 lat muzyki we Wrocławiu z zespołami Harmonologia i Concerto Palatino, dzieła Heinricha Schutza dla holenderskiej wytwórni Brillant Classics z włoskim zespołem Cappella Augustyna oraz muzykę polską XVIII i XIX wieku ze zbiorów Biblioteki Jasnogórskiej dla wytwórni Musicon. Szczególnie chętnie występuje w operach Händla i Vivaldiego. Wykonuje także pieśni romantyczne, muzykę oratoryjną oraz kompozycje współczesne. I na koniec mała ciekawostka:   w 2010 debiutowała jako modelka na Fashion Week w Paryżu.
  • Marcin Świątkiewicz jest młodym, wszechstronnym muzykiem. Jego zainteresowania koncentrują się wokół historycznych instrumentów klawiszowych, improwizacji i kompozycji. Swoje umiejętności rozwijał podczas studiów w Akademii Muzycznej w Katowicach i w Królewskim Konserwatorium w Hadze oraz w czasie kursów mistrzowskich. Jako solista, kameralista i członek orkiestr koncertuje regularnie w Europie i USA.
W klubie byliśmy ponad pół godziny przed 19, by uniknąć przymusowego stania z braku miejsca, bo trzeba wam wiedzieć, że wbrew pozorom koncerty te cieszą się sporym zainteresowaniem. Chyba nawet byliśmy pierwsi, nie licząc oczywiście ludzi z Beceku oraz Marcina Świątkiewicza strojącego instrument. Po znalezieniu dogodnego miejsca, zaczęły nadchodzić grupy ludzi, przeważnie w wieku +50, aczkolwiek dało się zauważyć także kilka osób, którym do okresu adolescencji było bliżej niż dalej.

Kilka minut po 19 na scenę wyszła Agnieszka Skowronek, rzeczniczka prasowa Beceku, i po kilku słowach wstępu (tutaj można posłuchać krótkiego nagrania) zapowiedziała duet Lubaszka-Świątkiewicz. Sopranistka  pojawiła się w krwistoczerwonej krótkiej sukience. Niektórym na widowni pewnie ciśnienie momentalnie podskoczyło, zwłaszcza że sukienka ta miała tendencję do odsłaniania miejsc, których wokalistka raczej nie chciałaby pokazywać publicznie.  

fot. Krzysztof Kadis (http://www.bytom.pl/pl/10/1344233947/4 )
 Bez zbytniego ociągania Lubaszka zaczęła śpiewać. Muszę przyznać, że spodziewałem się więcej "piszczenia", bo właśnie z tym kojarzą mi się kastraci. I pewnie nie jestem w tym myśleniu odosobniony. Po zaśpiewaniu kilku fragmentów Lubaszka usiadła obok sceny, a Świątkiewicz zaprezentował możliwości klawesynu. Szkoda, że dopiero później duet postanowił poopowiadać co nieco o wykonywanej właśnie muzyce, a także np. o budowie klawesynu - zanim mnie uświadomiono, myślałem że to pianino lub inny fortepian. I tak, kilka ciekawostek: 
  • arie kastratów są właściwie o niczym, przeważnie o stateczku płynącym po rzece, przychodzi burza, potem się uspokaja, a statek szczęśliwie dopływa do portu. Miały one na celu pokazanie niesamowitych możliwości technicznych śpiewaków (do najsłynniejszych należeli Farinelli i  Caffarelli),  
  • sami śpiewacy bardzo często, jeszcze jako dzieci, zostali oddawani przez swe biedne rodziny do specjalnych szkół, gdzie po wykastrowaniu, uczono ich śpiewu - wybijali się tylko nieliczni, góra 20%, reszta pracowała np. w podrzędnych chórach,
  • kastraci, przez współczesnych sobie, uważani byli za doskonałych kochanków. Oprócz swej rzekomej miłosnej maestrii, byli przede wszystkim bezpiecznymi kochankami. Oczywiście tylko pod względem ciąży, bo nie sądzę by nie imały się ich choroby weneryczne.
Duet Lubaszka- Świątkiewicz zaprezentował utwory Händla, Bacha i Vivaldiego (część na 100% jego autorstwa, część prawdopodobnie jego, eksperci nie są co do tego faktu zgodni).

Przyczepię się jeszcze - już prawie na koniec - do tego, jak w czasie mówienia prezentował się klawesynista. Zdecydowanie powinien przejść małe szkolenie: wtedy wiedziałby, że niezbyt dobrze brzmią przerywniku w stylu "yyy", eee", ale pal to licho, co druga gadająca głowa w telewizji tak mówi. Bardziej irytujące były ręce w kieszeniach. Jeśli szanuje się widza, a zakładam że tak było, to powinno się je wyjąć. Tylko, że wtedy powstaje problem: co z nimi zrobić. Tego to już dowiecie się, np. na warsztatach technik autoprezentacji. 

Wieczór, mimo iż nie jestem i raczej już nie zostanę fanem takiej muzyki, zaliczam do udanych. Warto czasem się przejść na coś całkiem "dziwnego", odmiennego od naszego gustu, chociażby po to, by móc stwierdzić, że szału to takie pianie nie robi. ;)

Na koniec kilka zdjęć wspomnianej wcześniej Agnieszki Skowronek (cały album na facebooku BECEKU):






Plakat tegorocznej edycji Krawiecka Art Pasaż. W przyszłym tygodniu trochę bardziej strawna muzyka - wieczór standardów jazzowych w wykonaniu Marty Król.