Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bytom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bytom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

24.01.2014 - TeSkapsie - Bytom

Bytom - miasto na Górnym Śląsku, ponad 174 tys. mieszkańców (od lat tendencja spadkowa). Koncertów (jakichkolwiek), jak na lekarstwo, a jeśli już coś się dzieje to przeważnie jakieś elektroniczno-alternatywne cudactwa. Nic więc dziwnego, że ucieszyła mnie informacja o koncercie ska. Trochę mniej ucieszyła godzina rozpoczęcia (piątek, 20:00), ale na szczęście w tym kraju koncerty prawie ZAWSZE mają opóźnienie, więc spokojnie zdążyłem dojechać z pracy (którą kończyłem właśnie o 20:00), ba! jeszcze musiałem czekać.

W ten piątkowy wieczór w klubie Brama miał zagrać zespół TeSkapsie, "śląska legendarna grupa widmo" rodem z Piekar Śląskich. W 2012 r. chwaliłem ich po koncercie w Chorzowie. Teraz już tak różowo nie będzie, niestety.   


Od września 2012 r. zespół zagrał 4 koncerty (vide lista w facebookowym opisie), tylko raz zapuścił się poza granice Górnego Śląska. W międzyczasie szukali wokalisty lub wokalistki, ale - z tego, co widzę po zdjęciach - śpiewak wciąż jest ten sam. Zmniejszyła się za to sekcja dęta (ostał się jeno puzon i saksofon), przybył kolejny gitarzysta (tylko po co?).

W 2012 r. TeSkapsie zrobili na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie, warto było wtedy zarekomendować ten zespół ludziom z innych części kraju. Po ostatnim koncercie odczucia mam wprost przeciwne. Grupa, która, zdaje się, chce być uważana za grającą ska, w Bytomiu ska prawie w ogóle nie zagrała, była go śladowa ilość. Był za to rock'n'roll, było trochę reggae, był rock, były jakieś inne pierdoły. Gdyby wyrzucić wokalistę (albo jakoś ograniczyć jego rock'n'rollowe zapędy) i jednego gitarzystę to zapewne całość brzmiałaby bardziej strawnie, bo właśnie instrumentalne kawałki były najlepsze (a to puzon i saksofon ładnie zaznaczyły swoją obecność, a to klawiszowiec porwał się na małe solo, które jednak po chwili skutecznie zagłuszono). Plus należy się za dobór coverów, jeden klasyk ska ("Gangsters" Specialsów) i kilka z rejonów odległych od jamajszczyzny - "Lucille" i "Slippin' and Slidin'" Little Richarda (grane także m.in. przez Johna Lennona), "Sunny" Bobby'ego Hebba (znane najbardziej z wykonania Boney M.) czy "Mój jest ten kawałek podłogi" Mr. Zooba. Ten ostatni kawałek - na który, notabene, mam wręcz alergię - kończył set. Później, po małej przerwie, zespół miał jeszcze co nieco zagrać, ale wolałem się ewakuować.

Koncert zaczął się ok. 21:00, a już po 30 min. grania zespół zrobił sobie 15-minutową przerwę... żeby ochłonąć. Jeśli, w co wątpię, takie było zarządzenie klubu (tak jak swego czasu na koncercie Vespy w Śląskim Jazz Clubie) - ok, nie czepiam się. Siła wyższa. Jeśli kapela serio była tak niemiłosiernie zmęczona po dwóch kwadransach, cóż, jej członkowie musieliby udać się na korepetycje do weteranów rodem z Jamajki, którzy grają bez przerw godzinę, mimo że mają na karku po 60-70 lat. 

Trzeba przyznać, że publiczności się podobało (przy "Kawałku podłogi" był szał), nawet tzw. przypadkowym ludziom. Cóż, w klubie niewiele było osób, które przyszły tylko ze względu na koncert. Większość po prostu, jak co piątek, przyszła na piwo. Przy stolikach siedziały i kobiety, które menopauzę już dawno mają za sobą, i pijani dresiarze, i wąsaci jegomoście w średnim wieku - pierwszy raz byłem w Bramie, klientela nie zachęca do powtórki. Na koncert tak naprawdę przyszło garstka, w tym oczywiście bliscy/znajomi członków zespołu. 

Tylko, co z tego, że przypadkowym ludziom się podobało? Zagrałaby Marylka pospołu z Bajmem i reakcja byłaby podobna. Rozrywka serwowana przez weselnych grajków też się podoba, pijana tłuszcza tańczy i woła o jeszcze, ale chyba nie o to chodzi.      

Tak czy siak, jeszcze nie spisuję TeSkapsie na straty, może w końcu dotrze do nich, jaki jest właściwy kierunek. Jak to swego czasu powiedział jeden z najbardziej znanych polskich alkoholików: NIE IDŹCIE TĄ DROGĄ! 


Poniżej zdjęcia Krzysztofa Kadisa.























Relację można można przeczytać także na

poniedziałek, 17 września 2012

2.09.2012 - Krawiecka Art Pasaż - Kwintet Śląskich Kameralistów „ba...ROCKOWO”

Co by było gdyby... Gdyby mistrzowie z XVI czy XVII wieku zaaranżowali współczesne hity. 2 września na bytomskiej  ul. Krawieckiej, w imieniu Bacha, Chopina, Mozarta, efekt takiego mariażu zaprezentował Kwintet Śląskich Kameralistów

Od ostatniego występu KŚK na ul. Krawieckiej, także w ramach finału Krawiecka Art Pasaż, upłynął rok i 2 dni. Wówczas zagrali "Najpiękniejsze melodie żydowskie", tym razem koncert zatytułowano, tak jak ich debiutancką płytę, „ba...ROCKOWO”.



Zatrzymajmy się chwilę przy - na razie dosyć ubogiej - dyskografii zespołu. W 2009 r. Kwintet Śląskich Kameralistów - dzięki sponsoringowi firmy Macrologic SA - wydał, nakładem warszawskiej firmy fonograficznej Acte Préalable, swoją debiutancka płytę pt. "ba...ROCKOWO".  Znalazło się na niej 16 popowych i rockowych hitów (+ 2 bonusy) zaaranżowanych przez Dariusza Zbocha, lidera Kameralistów. Miesiąc temu zespół wyszedł ze studia, gdzie nagrywał płytę z muzyką żydowską. Obecnie szukają sponsora, który sfinansowałby wydanie tej płyty. Na razie można ją kupić na koncertach, w wersji demo na CDr (cena 10 zł). Kameraliście mają też już w planach trzecią płytę - będzie to druga część "ba...ROCKOWO". Na razie jest napisana, ale jeszcze nie nagrana.

Materiał m.in. z tej debiutanckiej płyty zaprezentowano w finałowym koncercie tegorocznej edycji Krawiecka Art Pasaż. Jak, na samym początku, zapowiedział Dariusz Zboch: "zagrają arcydzieła muzyki rockowej i popowej lat 60. i 70.", lat młodości członków, a przynajmniej - najstarszego w zespole - Zbocha. Prawie wszystkie zagrane przez nich utworów znajdują się na liście liście "500 utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone" (pełna lista tutaj).

Na dobry początek Kwintet - w składzie Krzysztof Korzeń (kontrabas), Katarzyna Biedrowska (wiolonczela), Jarosław Marzec (altówka), Jakub Łysik (skrzypce wewnętrzne) i Dariusz Zboch (skrzypce zewnętrzne) - zagrał "Tightrope" z repertuaru Electric Light Orchestra. Później przeskoczył do lat 60. i zaprezentował "Can't Help Falling In Love" Króla Rock and Rolla, "Annę Marię" Czerwonych Gitar zagraną w formie lekkiej bossa novy i "Gyöngyhajú lány" (Dziewczyna o perłowych włosach) węgierskiej Omegi - jedynego zespołu zza "żelaznej kurtyny", który zrobił autentyczną karierę na Zachodzie. Ich "Dziewczyna o perłowych włosach", zapewne, zainteresowałaby Bacha, dlatego też zaaranżowano ją w formie preludium i fugi.     


Z Węgier, leżących wówczas w Drugim Świecie, przenieśliśmy się na Wyspy Brytyjskie, gdzie Freddie Mercury napisał w 1976 r. "Somebody to Love". Kwintet Śląskich Kameralistów wplótł w ten utwór także fragment innego hitu Queen - "We Will Rock You". Następnie ponownie pokuszono się o coś z polskiego podwórka - "Pod Papugami" napisane przez Bogusława Choińskiego i Jana Gałkowskiego. Utwór nagrany przez Czesława Niemena w 1963 r., a wydany dopiero 6 lat później na płycie "Czy mnie jeszcze pamiętasz?", zespół przerobił na chopinowski walc w stylu rosyjskim.

W 1971 r. The Doors wydali album "L.A. Woman", znalazł się na nim jeden z największych hitów grupy - "Riders on the Storm". Był to ostatni utwór nagrany przed śmiercią wokalisty Jima Morrisona. Na koncercie Kwintetu Ślaskich Kameralistów, rzecz jasna, nie mogło go zabraknąć. Podobnie, jak "Stairway to Heaven" Led Zeppelin, którego muzycy nie przypisali do konkretnego kompozytora, ale - jak zapowiedzieli - była i jesień średniowiecza, i warszawska jesień. Tuż przed rozpoczęciem "Schodów do nieba" zaczął bić kościelny dzwon, ot taki znak z góry.

Podobnie, jak "Stairway to Heaven", także i następne wybrane piosenki znalazły się na liście "The Rolling Stone 500 Greatest Songs of All Time" - "The House of the Rising Sun" The Animals na miejscu 122, "Eleanor Rigby" The Beatles na 137, "Tears in Heaven" Erica Claptona - 362, "Hit the Road Jack"  Percy'ego Mayfielda na 377.

"Dom Wschodzącego Słońca" to stara piosenka folkowa, nagrywana przez wielu artystów (m.in. Joan Beaz, Nina Simone i Bob Dylan), jednak to wersja Brytyjczyków z The Animals jest najbardziej znana. Jako, że to piosenka o... "bajzlu", to może Astor Piazzolla zechciałby ją wykorzystać, wszak tematyka obca mu nie była.

Gdy w 1966 r. The Beatles wydali singiel "Eleanor Rigby" (jednocześnie ukazała się także na albumie "Revolver"), wszyscy pytali Paula McCartneya o to kim jest Eleanor Rigby. Podobnie, jak Seweryna Krajewskiego z Czerwonych Gitar o to, kim była tytułowa Anna Maria (podobno prezenterka TVP Katowice, tak przynajmniej podejrzewa D. Zboch).

fot. K. Kadis,  http://www.bytom.pl/pl/10/1346626152/4
Jedynym reprezentantem lat 90. w secie śląskich Kameralistów była piosenka "Tears in Heaven", napisana w 1991 r. przez Erica Claptona. Jest to ballada powstała po tragicznej śmierci jego syna Conora, który wypadł z 53. piętra nowojorskiego wieżowca. Prawdopodobnie chętnie wziąłby się za ten utwór Mozart.
 
Po utworze Claptona, zagranym na mozartowską modłę, Kwintet Śląskich Kameralistów przypomniał piosenkę starszą o trzy dekady - "Hit the Road Jack". Następnie pokusił się o przebój Procol Harum - "A Whiter Shade of Pale" (37 miejsce na liście Rolling Stone Magazine), w Polsce znany pod tytułem "Bielszy odcień bieli". Jego główny motyw muzyczny utworu grany na organach Hammonda jest zainspirowany przez Arię na strunie G z III Suity Orkiestrowej D-Dur (BWV 1068) Jana Sebastiana Bacha - nie jest jednak dosłownym cytatem muzycznym. Słychać również odniesienie muzyczne do kantaty Wachet auf, ruft uns die Stimme (BWV 140) tego samego kompozytora. Do suity Bacha dołożyli Johanna Pachelbela z jego kanonem.

Na koniec zebrana publiczność usłyszała hołd dla rock and rolla, kochanego przez KŚK -  "Johnny B. Goode" Chucka Berry'ego z 1959 r. W ramach, zdaje się zaplanowanego, bisu zagrano "Ramaya" Afric Simone'a, piosenkę kojarzącą się Zbochowi z dzieciństwem. Gdy miał 6 lat, spędzał wakacje w środku lasu. Dookoła tylko drzewa, wagony (jak przystało na członka kolejarskiej rodziny) i nic do roboty. Ale był gramofon i 2 płyty. Jedna to Boney M., a druga wspomniany Africe Simone. Płyta Simone'a była tak "wysłuchana", że tam gdzie w refrenie było "Ramaya" igła przeskakiwała. Mając to w pamięci Zboch i spółka pokusili się o żart muzyczny na temat "Ramaya" w formie walca wojskowego. 

Po skończeniu publiczność była tak ukontentowana, że nagrodziła Kwintet minutowymi brawami.Na taką reakcję, kontrreakcja mogła być tylko jedna - ponowne wejście na scenę i zagranie kolejnego bisu, tym razem raczej nieplanowanego. Był nim "Kingdom" z drugiej, żydowskiej, płyty - piosenka śpiewana przez dzieci w przedszkolach żydowskich.   

Koncert zakończył się o 20:30.

 Setlista
  1. "Tightrope" Electric Light Orchestra
  2. "Can't Help Falling In Love" Elvis Presley 
  3. "Anna Maria" Czerwone Gitary
  4. "Gyöngyhajú lány" Omega
  5. "Somebody to Love" (+ "We Will Rock You ") Queen
  6. "Pod Papugami" Czesław Niemen
  7. "Riders on the Storm" The Doors
  8. "Stairway to Heaven" Led Zeppelin
  9. "The House of the Rising Sun" The Animals
  10. "Eleanor Rigby" The Beatles
  11. "Tears in Heaven" Eric Clapton
  12. "Hit the Road Jack"  Percy Mayfield 
  13. "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum
  14. "Johnny B. Goode" Chuck Berry 
  15. bis: "Ramaya" Afric Simone.
  16. bis: "Kingdom"
Więcej zdjęć autorstwa Krzysztofa Kadisa można obejrzeć na http://www.bytom.pl/pl/10/1346626152/4.


piątek, 31 sierpnia 2012

19.08.2012 - Krawiecka Art Pasaż: Uty japońskie, czyli pieśni o miłości - Bytom

Do trzech razy sztuka, mawia przysłowie. Dopiero za trzecim razem (w niedzielę wieczorem) koncert z cyklu Krawiecka Art Pasaż odbył się na ul. Krawieckiej. Tym razem mieliśmy okazję posłuchać japońskich ut, czyli pieśni o miłości, w wykonaniu sopranistki Barbary Jastrząb oraz akompaniującej jej Agnieszki Ignaszewskiej-Magiery.

Barbara Jastrząb jest chórzystką-solistką Cantores Minores Wratislavienses, współpracuje również z zespołami prowadzonymi przez Marka Toporowskiego, Jana Tomasza Adamusa, Tomasza Dobrzańskiego. Śpiewała partie solowe m.in. w „Requiem” G. Faure, „Magnificat” J.S. Bacha czy „Mesjaszu” G.F. Haendla.

Agnieszka Ignaszewska-Magiera już podczas studiów podjęła trwającą do dziś współpracę (w charakterze pianistki i chórzystki) z chórem Polskiego Radia, Krakowskim Chórem Kameralnym, Capellą Cracoviensis, jak również orkiestrą i chórem Filharmonii Krakowskiej.

Gdy ok. 18:30 zjawiłem się na ul. Krawieckiej strategiczne miejsca (czyt. pierwsze rzędy) były już zajęte, tak więc wygodnie rozsiadłem się w rzędzie dziewiątym i czekałem, od czasu do czasu zerkając na zegarek, na rozpoczęcie. Chwilę po 19 na scenę wyszła przedstawicielka Bytomskiego Centrum Kultury i zapowiedziała, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, co też dzisiaj będzie się działo na ulicy Krawieckiej (która przez prawie cały tydzień zajęta jest przez różnych handlarzy, m.in. "tytoniem" made in UA).

fot. K. Kadis, http://www.bytom.pl/pl/10/1345419345/4
Tematem koncertu były, jak już wiadomo, japońskie uty, czyli pieśni o miłości. Uty (pieśni) opowiadają nie tylko o miłości między kobietą a mężczyzną, ale też o miłości do miejsc, przyrody czy zwyczajów (np. hanami - o tym za chwilę). W czasie niedzielnego koncertu Barbara Jastrząb zaśpiewała każdy z wymienionych rodzajów. Oprócz pieśni rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni (np. "Habu no minato"), zaprezentowano też dzieła europejskich kompozytorów inspirujących się Japonią. Wśród nich Polaka Piotra Perkowskiego (1901-1990) - np. "Spójrz już kwitną astry białe", Austriaka Rudolfa Dittricha (1867-1919) i Rosjanina Michaiła Ippolitowa-Iwanowa (1859-1935). Jednak w innym języku niż japoński to już nie było to. Osoby, które miały kiedykolwiek styczność z tym językiem (chociażby za sprawą jakiejś płyty czy piosenki) pewnie potwierdzą, jak specyficzny jest to język. Słuchając Japończyków, nawet gdy śpiewają, dajmy na to, po angielsku i tak słyszymy ten charakterystyczny akcent. Wiele osób tenże akcent po prostu mierzi. Ja, na szczęście, jestem jego fanem.

http://bytomonline.pl/wyroznione/krawiecka-art-pasaz-uty-japonskie-piesni-o-milosci/
 Agnieszka Ignaszewska-Magiera poza akompaniowaniem, miała okazję zaprezentować swoje umiejętności także solo, np. grając utwory Ippolitowa-Iwanowa. Oczywiście, podobnie jak jej śpiewająca koleżanka, przed zagraniem utworu (lub kilku krótszych), odpowiednio go zapowiedziała.

Skoro jesteśmy przy zapowiedziach to trzeba napisać o dwóch obszerniejszych. Pierwsza dotyczyła, wspomnianego wcześniej, Dittricha.

 
Rudolf Dittrich urodził się w 1861 r. w Białej (obecnie Bielsko-Biała). W 1888 r. ten austriacki kompozytor, pianista, organista i skrzypek dostał od japońskiego rządu 3-letni kontrakt dyrektora artystycznego Tokijskiej Szkoły Muzycznej. B. Jastrząb przedstawiła widzom-słuchaczom romantyczną historię związku Dittricha z Japonką Kiku Mori (grała na shamisenie), z którą związał się po śmierci swej żony Petronelli Lammer (nazywanej "Perine"). W 1893 r. urodził się ich syn Otto Mori.Jeśli ktoś jest zainteresowany życiorysem Rudolfa Dittricha to polecam zajrzeć np. tutaj.

Druga natomiast dotyczyła hanami, czyli tradycyjnego zwyczaju podziwiania kwiatów, w szczególności - jakżeby inaczej - wiśni, które były metaforą samego życia. Na polskiej wikipedii, którą posiłkowała się opowiadająca, możemy przeczytać, że świętowanie hanami wiąże się ze spożywaniem tradycyjnych japońskich potraw takich jak dango (kulki ryżowe), powszechnie pije się też sake i piwo. Japońskie przysłowie „lepsze dango od kwiatów” (hana yori dango) dotyczy osób, które wolą ucztować niż podziwiać wiśnie. A skoro już jesteśmy przy jedzenia to... koncert zakończył się radosną piosenką "Nasze japońske słodkości".

Ul. Krawiecka, co należy podkreślić, za sprawą swojej akustyki, idealnie nadaje się na tego typu koncerty. Mimo upału cień zapewniały stare - i co ważne, niesypiące się - kamienice.

Projekt "Krawiecka Art Pasaż" to wyjście z kulturą w miasto. Dosłownie. Jednak w takim przypadku trzeba się liczyć z różnymi uniedogodnieniami - a to ktoś wysadzi tuż za sceną petardę (tak jak w przypadku koncertu duetu Jastrząb-Ignaszewska-Magiera, a to jakiś wstawiony dżentelmenel zacznie rzucać mięsem na Rynku, a to do śpiewania przyłączy się jakiś pies. Cóż, nikt nie mówił, że niesienie kaganka kultury będzie łatwe. Rzecz jasna, chodzi o kulturę innego sortu niż ta rodem z dni miast i innych festynów, gdzie przeważnie tandetne gwiazdy i gwiazdeczki śpiewają z plejbeku. A tłuszcza zajadająca watę cukrową i kiełbasę z grilla, cieszy się, że "coś" się dzieje.

Wracając jeszcze to japońskich ut - warto pomyśleć nad projektem, w którym trochę by odświeżono tradycyjne melodie japońskie, efektem może byłoby coś w stylu płyty Niny Stiller, na której tradycyjne pieśni żydowskie połączono z muzyką stworzoną przez Magierę, jednego z najważniejszych producentów polskiej sceny hip-hopowej.



Zdjęcia K. Kadisa na bytom.pl.

niedziela, 19 sierpnia 2012

12.08.2012 - Krawiecka Art Pasaż: Wieczór standardów jazzowych - Bytom

12 sierpnia odbyła się druga odsłona projektu Krawiecka Art Pasaż. W czasie wieczoru standardów jazzowych i rozrywkowych zaśpiewała Marta Król. Akompaniował jej Tomasz Kałwak.
fot. K. Kadis,  http://www.bytom.pl/pl/10/1344841717/4
Marta Król to wokalistka urodzona w Rudzie Śląskiej. Ukończyła Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną I i II stopnia im. Fryderyka Chopina w Bytomiu. Równocześnie uczęszczała do Prywatnej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Nice Noise w Katowicach. Jest także absolwentką italianistyki na Uniwersytecie Śląskim.

fot. Przemek Żurek
Marta Król jest laureatką ogólnopolskich oraz międzynarodowych festiwali wokalnych i jazzowych. Była także nominowana do nagrody Fryderyki 2012 w kategorii Jazzowy Fonograficzny Debiut Roku. W ubiegłym roku, nakładem Śląskiego Towarzystwa Muzycznego, ukazał się jej debiutancki album pt. "The First Look". W czasie nagrywania krążka współpracowała m.in. z klawiszowcem Tomaszem Kałwakiem, odpowiedzialnym także za aranżacje utworów oraz ich produkcję.

fot. Przemek Żurek
Tomasz Kałwak wspomógł Martę także i na niedzielnym koncercie, gdzie akompaniował jej na klawiszach.

fot. Agnieszka Skowronek
Podobnie, jak koncert inaugurujący Krawiecką Art Pasaż, także i "Wieczór standardów jazzowych i rozrywkowych" musiał odbyć się w klubie Stara Platforma. Tym razem scena i krzesła dla publiczności były już przygotowane na Krawieckiej, jednak z powodu deszczu trzeba było się ewakuować pod dach. Coś organizatorzy nie mają szczęścia do pogody.

fot. Agnieszka Skowronek
fot. Agnieszka Skowronek
Tym razem, przez małe spóźnienie na autobus, dojechałem na bytomski Rynek dopiero o 18:55, nic więc dziwnego, że wszystkie dogodne miejsca były zajęte. Oprócz sof, krzeseł i foteli będących na stałe w klubie, trzeba było porobić dostawki. Ostały się tylko te, z których nie było widać sceny, no ale cóż zrobić, jak się chce siedzieć to trzeba przecierpieć lub - jak niektórzy - usiąść na podłodze. Średnia wieku była już na pierwszy rzut oka o wiele niższa niż na "Ariach kastratów". Tam dominowały kobiety +60. Teraz publiczność była wymieszana, pojawili się i ludzie w średnim wieku, i ci starsi, i - co cieszy - ci młodsi (20-30 lat). Nic dziwnego, wszak repertuar był strawniejszy dla tzw. przeciętnego człowieka.

Marta Król zaśpiewała (razem z bisem) 13 utworów. Niektóre znane z jej debiutanckiej płyty. Były to zarówno standardy jazzowe, takie jak "What Are You Doing the Rest of Your Life?" (słowa napisane przez małżeństwo Alana i Marilyn Bergmanów, muzyka autorstwa Michela Legranda), jak i szeroko pojętej muzyki popularnej. Chociażby "The Way We Were" z filmu Sydneya Pollacka o tym samym tytule (w rolach głównych wystąpili Robert Redford i Barbra Streisand, śpiewająca tytułową piosenkę) czy "Light My Fire" The Doors. W secie pojawiły się także 2 polskie akcenty: "W małym kinie" Mieczysława Fogga i "Czy musimy być na ty?" napisane przez Agnieszkę Osiecką. Wszystkie te utwory mają wspólny mianownik - miłość. Czasem są o miłości spełnionej, czasem wręcz przeciwnie, czasem o miłości nieokreślonej. Niektóre piosenki, np. "Wives and Lovers", Marta Król dedykowała kobietom, żonom i kochankom. Co istotne, bodaj o każdym zaśpiewanym utworze coś powiedziała. To nie było widowisko, które najkrócej można by opisać tak: piosenka, oklaski, piosenka, oklaski..., koniec. Tutaj publiczność prowokowała, rzecz jasna twórczo. Nie siedziała cicho, reagowała na słowa artystki.

fot. Agnieszka Skowronek
O Marcie można powiedzieć, że jest osobowością sceniczną. Potrafi nawiązać kontakt z publicznością. Przykładem niech będzie zachęcenie jej do zaśpiewania, co - wbrew pozorom - łatwe nie jest. Do tej pory nie widziałem jeszcze, by w czasie któregoś z koncertów z cyklu Krawiecka Art Pasaż, jakiś artysta bisował. Tym razem było inaczej. Publiczność nie dała tak łatwo zejść ze sceny. Na bis zaśpiewała bossa novę, po portugalsku. "Dziewczyna z Ipanemy" przeistoczyła się w wersje dla kobiet, czyli w "Chłopaka z Rio". Jak to rzucił ktoś z głębi sali: "Bytom jest portugalską kolonią". Coś w tym było.

Więcej zdjęć autorstwa K. Kadisa na bytom.pl. Na facebooku Bytomskiego Centrum Kultury znajdziecie także zdjęcia Przemka Żurka oraz Agnieszki Skowronek.

Poniżej prawie cała setlista, brakuje 2 utworów, w tym - jak powiedziała Marta - "przewodni motyw, który mam nadzieję większość z państwa rozpozna". Niestety mnie się nie udało.

1. "Like a Lover"
2. "Never Will I Marry"
3. "The Way We Were"
4. ?
5. "W małym kinie"
6. "Wives And Lovers"
7. "The Way You Look Tonight"
8. "What Are You Doing the Rest of Your Life?"
9. "Light My Fire"
10. "Czy musimy być na ty?"
11. "The First Time Ever I Saw Your Face"
12. ?
13. "Garota de Ipanema"

Ciekawa strona, w temacie jazzowych standardów:
http://www.jazzstandards.com/index.html