Pokazywanie postów oznaczonych etykietą street punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą street punk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

4.05.2014 - Anemia 77, Moscow Death Brigade, Eye For An Eye, What We Feel - Katowice

Plan był ambitny - dwudniowy hc/punkowy fest, na którym oprócz polskich kapel miały zagrać także zespoły z Niemiec, Danii oraz Rosji. Prace nad organizacją trwały od października ubiegłego roku, ale w ostatniej chwili "Fest Mocny Szlag", z przyczyn niezależnych od organizatorów (Silesia Riot Crew) i Mega Clubu, musiał zostać okrojony i przeniesiony. Na szczęście udało się znaleźć inne miejsce (i to w lepszej lokalizacji), a z dwóch dni zrobiono jednodniowy gig z pięcioma kapelami. Dobre i to.


W niedzielę 4 maja zagrać mieli Ślązacy z You Better Run, Anemia 77 z Białegostoku, EFAE z Bielska-Białej oraz goście zza wschodniej granicy, Moscow Death Brigade i What We Feel. Impreza miała się zacząć o 18:15, ale na szczęście było opóźnienie i mimo iż dotarłem po 20 udało mi się zobaczyć prawie wszystkie kapele. Po raz kolejny, niestety, nie udało się zaliczyć YBR, ale co się odwlecze... W ramach pocieszenia pozostaje posłuchać ich demówki.


Na początek co nieco o klubie Variete, usytuowanym na czwartym piętrze galerii Skarbek. W zeszłym roku, gdy klub otwierał swoje podwoje, w pewnej gazecie można było przeczytać:


To klub i restauracja w jednym. Właściciele zapewniają, że to miejsce z wyższej półki.
Lokal adresowany jest do osób pełnoletnich, a jego całkowita powierzchnia to 1400 m kw. Restauracja czynna jest codziennie od godziny 12 do 22, a w piątek, sobotę i niedzielę do ostatniego klienta. W Variete znajdzie się ponad 300 miejsc siedzących oraz kuchnia serwująca dania obiadowe, ale w weekend będą odbywać się tu także imprezy taneczne. Właściciele utrzymują, że to bardzo eleganckie miejsce, szczególnie polecane na bankiety i imprezy firmowe. Jego zaletą jest też lokalizacja.

W jednym z pokoncertowych komentarzy napisano o nim, że klub wyglądał jak "sala balowa na Titanicu". Coś w tym jest, wystarczy zerknąć na zdjęcia (KLIK KLIK). Maruderzy narzekali, że nie ma tam klimatu, że jest zbyt elegancko itd., ale ja wolę koncerty w takim miejscu niż w śmierdzącej piwnicy o powierzchni mojej szafy.

Gdy wjechałem do klubu (podobno jedynym sposobem, by się do niego dostać jest oszklona zewnętrzna winda) na scenie grali akurat przybysze ze wschodu Polski, Anemia 77 - DIY street punkowy band o - jak można przeczytać np. tutaj - konkretnym, bezkompromisowym, antyfaszystowskim, antyautorytarnym przekazie. Mimo swej nazwy nie grali anemicznie, ba! grali porządnego street punka, aczkolwiek niektóre teksty nie powalały finezją (vide refren "Policji"). Chociaż, gdyby zależało mi na finezji i wyszukanych rymach to słuchałbym poezji śpiewanej lub innych nudziarstw dla uduchowionych młodzieńców w rozciągniętych swetrach. Pierwszy kontakt (tego na Summer Riot nie liczę, bo nawet nie pamiętam, czy byłem wtedy w okolicy sceny) z Anemią 77 zdecydowanie zachęcił do pójścia na kolejny gig. Na razie mają na koncie tylko demówkę i 7-calowy split z białoruskim Noizy Boys, pozostaje więc czekać na pełnometrażowy debiut. I kolejny koncert na Górnym Śląsku.

 
 
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Po białostoczanach na scenie zainstalowała się pierwsza kapela z Rosji - Moscow Death Brigade, hardcore rapowa ekipa z Moskwy, w skład której wchodzą m.in. członkowie Razor Bois. Zamaskowane trio zaprezentowało solidną dawkę zaangażowanego hip-hopu zanurzonego, od stóp po czubki kominiarek członków kapeli, w DIY hardcore punku i w ideach bliskim temu ruchowi. Wszak nie tylko o hc można powiedzieć more than music. Wszystkie (lub prawie wszystkie) zaśpiewano - no, powiedzmy że wykrzyczano - po rosyjsku. Oj, dobrze było. Tylko publika, w tym i ja, raczej nie była przyzwyczajona do zabawy przy takiej muzyce (szkoda, że wokalistom nie przygrywał żywy band). Tak czy siak, miło było zobaczyć Moskiewską Brygadę Śmierci w akcji. Przy okazji, warto przeczytać wywiad z MDB (oryginał po niemiecku na stronie Plastic Bomb). 



fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Po MDB na scenę weszli przedstawiciele Bielska-Białej, istniejący od 17 lat zespół z pięcioma albumami na koncie. Mowa, rzecz jasna, o Eye For An Eye. EFAE widziałem do tej pory tylko raz, na Brutal Sound Festivalu w Warszawie. Wtedy, po koncercie, napisałem, że zawiodłem się ich występem:
Lubię, gdy na wokalu jest kobieta (chyba nawet bardziej niż, gdy jest mężczyzna), ale to było zdecydowanie zbyt "lajtowe". Pewnie inny odbiór byłby w małym klubie, bez barierek. Sam zespół, przyzwyczajony do bliższego kontaktu z publiką, czułby się też lepiej, o czym nie omieszkał wspomnieć.
Variete do małych klubów nie należy, ale niska scena i brak barierek zrobił swoje. Był dobry kontakt z publiką, co zdecydowanie dało się odczuć. Co zagrali - nie wiem, nie miałem przyjemności przesłuchać żadnej płyty (w nieodległym czasie trzeba będzie zakupić jakieś krążki EFAE). Na pewno na koniec zespół zagrał "Rewolucję", cover Warzone z polskim tekstem. To, zdaje się, już tradycja na ich gigach. Co tu dużo pisać, zostałem fanem.



fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Ostatnią kapelą byli Rosjanie z What We Feel. Jeszcze przed gigiem pewien zamęt i zdezorientowanie Polaków spowodowała informacja o tym, że 4 maja WWF zagra także na... 0161 Festivalu w Manchesterze. Sytuację szybko wyjaśniono. Okazało się, że w Wielkiej Brytanii zagra jeden z wokalistów i gitarzysta (+ sesyjny basista i perkusista), natomiast reszta składu - która miała problem z otrzymaniem wizy do Wielkiej Brytanii - zagra u nas, wspierać ich miała Moskiewska Brygada.    

Na scenie petarda, wkurwienie (pewnie nawet gdyby zaśpiewać kołysankę po rosyjsku to dałoby się je odczuć) i energia, czyli dokładnie to czego się spodziewałem. Nic dodać, nic ująć.

 

fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Trochę muzyki Rosjan:
A tutaj do pobrania, legalnie i za free, album "Наши 14 Слов" (czyli "Nasze 14 słów").


Na gigu, jeśli wierzyć temu, co Rosjanie napisali na swoim facebooku, było ok. 200 osób. To niewiele porównując chociażby do Pragi (650 osób), ale gdyby na wszystkie koncerty przychodziły u nas chociaż te "marne" dwie stówki to organizatorzy byliby ukontentowani. 


Szacunek dla organizatorów (jeden z nich dzień później pisał maturę), że udało się zrobić ten gig. Oby wystarczyło im zapału i zorganizowali niedługo coś przynajmniej na podobnym poziomie. Dobre zespoły, dobre jedzenie (a przynajmniej szpinak i spaghetti carbonara) w Variete. Udało się też kupić kilka niezłych płyt, więc tym bardziej wieczór zaliczam do udanych. No, tylko piwo drogie (8 zł za lane), ale co zrobić. ;)
  
Wszystkie świetne zdjęcia, które zobaczyliście powyżej zrobił Szept Getta, więcej znajdziecie na jego blogu (link pod każdą fotą) oraz na facebooku. 

środa, 8 maja 2013

4.05.2013 - GoodBye Kitty vol. 6 - Katowice

Goodbye Kitty to nazwa cyklicznej imprezy organizowanej przez Goodbye Kitty Crew (a to ci niespodzianka, czyż nie?). Trochę historii: ekipa GKC powstała w 2008 r., na pierwszych 3 edycjach Goodbye Kitty grały kapele raczej mało znane, z mojego punktu widzenia do tych bardziej znanych zaliczał się grający crossover Świniopas. Po trzech edycjach Goodbye Kitty Crew zawiesiła działalność na 1,5 roku. Po tym czasie wznowili działalność, w poszerzonym składzie. Poszerzono też formułę samych koncertów. Zrezygnowano z hc, a postanowiono zaprosić zespoły grające różne odmiany punk rocka, oi! i ska-punk.

W 2011 r. w katowickim klubie Kultowa zagrali Podwórkowi Chuligani, Załoga Andrzeja i Bachor. Rok później, na 5. edycji, ponownie w tym samym klubie, zagrali: Bulbulators, Degeneracja, Skunx i po raz kolejny Bachor. Niestety miałem wątpliwą przyjemność być na tym koncercie, ale o tym trochę później.   

W tym roku organizatorzy zaprosili 5 zespołów: Tony Tarantula & his Bastards z Zagłębia, Headless Babies z Warszawy, Tora Tora Tora ze Śląska, The Sandals z Poznania oraz Pilsner Oiquell z Czech. Przez długi czas wahałem się, czy pojechać na koncert. 4/5 składu już widziałem, więc jakiegoś wielkiego ciśnienia nie było. 2 maja uznałem, że jednak nie chce mi się jechać, ale dzień później zmieniłem zdanie i zarezerwowałem 2 bilety (nie załapałem się już na te za 15 zł, ale i tak lepiej zapłacić 17 zł niż 20, ale to chyba oczywiste). Jak widać powiedzenie "Kobieta zmienna jest", może także dotyczyć facetów. Swoją drogą, wiedzieliście, że tytuł jednej z arii "Rigoletta" Giuseppe Verdiego to:
La donna è mobile
czyli "Kobieta jest zmienna"? Ot, taka ciekawostka.


Kolejność kapel, kilka dni przed koncertem, uległa zmianie, o czym organizatorzy poinformowali na facebooku:
jako pierwsi bez zmian Tony Tarantula & His Bastards
The Sandals
Pilsner Oiquell
Headless Babies
Tora Tora Tora !!!
Kolejnosc moze ulec zmianie tylko w przypadku The Sandals i Pilsner Oiquell
Koncert, jak widać na plakacie, miał zacząć się o godzinie 18, ale w takie bajki w naszym kraju już chyba nikt nie wierzy. A może jednak? Oczywiście zaczęło się z opóźnieniem (prawie 1,5 h). Bywały już w Polsce imprezy z opóźnieniem nawet 5-godzinnym, więc nie ma się co czepiać. Chciałbym jednak doczekać czasów, gdy godzina rozpoczęcia gigu będzie zgodna z tą podaną na plakatach/w zapowiedziach. W innych krajach da się, więc chyba nie wymagam zbyt wiele. Kolejność też się zmieniła, ale to akurat dobrze, bo można było się szybciej ewakuować do domu. Zwłaszcza, gdy nie chciało się widzieć pewnych zespołów.

Jako pierwsi, ok. 19:20, zagrali Tony Tarantula & his Bastards, czyli sajkowy zespół z Zagłębia. Projekt Maćka (perkusisty) powstały po zakończeniu w 2012 r. działalności Bela Lugosi Horror Orchestra (wielka szkoda, bo to naprawdę był dobry zespół). Tony'ego Tarantulę i jego bękarty widziałem do tej pory tylko raz, w maju ubiegłego roku, gdy grali na afterparty po katowickim marszu zombie. W porównaniu z tamtym koncertem widać, a właściwie to słychać, naprawdę spory progres. Na polskiej scenie psychobilly, która jest jeszcze mniejszą niszą niż scena ska (wiem, że ciężko w to uwierzyć), powoli wyrasta konkretny zawodnik. Kto wie, może za jakiś czas będzie to nasz sajkowy towar eksportowy. Pierwsze zagraniczne szlify mają już za sobą, bowiem w 2012 r. wystąpili na Psycho Therapy Fest w czeskim Vrchlabí. Żeby nie było zbyt dużo słodzenia - przydałoby się więcej piosenek po polsku!





Jeśli ktoś chciałby się zapoznać z twórczością zagłębiowskich fanów kiepskich horrorów i oldschoolowego grania w klimacie The Meteors czy The Meantraitors, to ma okazję, bo Tony Tarantula & his Bastards nagrali 2 demo-epki (obie dostępne na bandcampie). Oczywiście weźcie pod uwagę warunki w jakich je nagrano oraz sprzęt którym muzycy dysponują. 





Po prawie 30-minutowej przerwie, jako drudzy na scenie zameldowali się reprezentanci stolicy, Headless Babies. To właśnie ze względu na nich zdecydowałem się na przyjazd do Katowic. I bardzo dobrze zrobiłem, bo zagrali świetnie. Wcześniej nazwa zespołu obiła mi się o uszy, ale jestem leniwy z natury i nie chciało mi się sprawdzać, cóż to za twór. I to był błąd, bo grają tak, że nóżka sama chodzi. Ich muzyka skojarzyła mi się z grającymi brudnego rock'n'rolla przyprawionego punk rockiem i country The Blakauts - w zeszłym roku miałem przyjemność widzieć ich w akcji w Szczecinie (może w końcu skończę relację z tego wyjazdu). Warszawskie trio gra psychobilly/punk'n'roll i robi to elegancko. W ich secie było i trochę coverów ("I'm Your Man" Leonarda Cohena, "Jimmy Jazz" lewaków z The Clash, "Story Of My Life" Social Distortion), i trochę autorskich numerów, m.in. piosenka "Majtki", która znalazła się na ich demówce.



Chętnie kupiłbym to demo na jakimś tradycyjnym nośniku. Headless Babies zagrali także kawałek, który znajdzie się na pewnej specyficznej kompilacji, na którą pracuje śląski Castet. Co w niej takiego specyficznego? Długość utworów. Mają one trwać do 20 sekund. Nie powinien więc dziwić tytuł tej składanki - "Za krótko, za szybko". Kilka promocyjnych piosenek (będzie ponad 50 artystów), można przesłuchać TUTAJ. 

Wracając do koncertu. Szkoda, że pod sceną było mało ludzi (im bliżej końca setu, tym więcej ludzi dezerterowało spod sceny), większość jarała się Sandalsami i chujowymi Pilsnerami, więc olała dwie pierwsze kapele. Pewnie nieprędko Headless Babies znowu zagra na Śląsku, więc kto nie skorzystał z okazji i nie zobaczył ich w akcji teraz, ten ma pecha. 





Jako trzeci, ok. 21:40,  zagrali poznańscy The Sandals, zespół który widziałem już czterokrotnie. Jakimś wielkim fanem nie jestem, nie jestem też na bieżąco z ich wydawnictwami, jednak od czasu do czasu lubię ich posłuchać na żywo. W Katowicach Sandalsi zagrali na jedną gitarę (drugi gitarzysta nie mógł przyjechać z powodów rodzinnych), za to chwilami na dwa wokale (o ten drugi mogłaby się przyczepić scenowa milicja, ale cicho sza). Poniżej pewnego poziomu poznaniacy nie schodzą, więc nie mogło być lipy. Były hity z pierwszej płyty, takie jak "Piwo" czy "King Bruce Lee Karate Mistrz" Franka Kimono, był "Czerwiec '56" z epki o tym samym tytule, było co nieco z drugiego albumu i splitu "Oi! The Super Heroes" wydanego w zeszłym roku przez Bad Look Records, a nawet jakiś nowy kawałek. No i na koniec covery: biało-czerwona wersja "Yellow & Blue" Perkele (chociaż będąc na Górnym Śląsku ie musieli zmieniać kolorów) i "Młodzież z krańców wielkich miast" Ramzesa. Może nawet uda się odtworzyć całą setlistę, zobaczymy:

1. Rock'n'Roll
2. Czy pamiętasz?
3. Clockwork Army
4. Droga przez życie
5. Chuj bombki strzelił
6. King Bruce Lee Karate Mistrz (Franek Kimono cover)
7. Czas
8. I tak do zajebania
9. Piwo
10. Marching Orders cover
11. nowość
12. Niespotykanie spokojny człowiek
13. Uciec stąd
14. Czerwiec '56
15. White & Red (Perkele cover)
16. My młodzież z krańców wielkich miast (Ramzes & The Hooligans cover)
Koncert trwał godzinę i w jego czasie pod sceną wreszcie coś się działo. Niezbyt lubię towarzystwo spoconych półnagich facetów, więc grzecznie stałem sobie w bezpiecznej odległości.




 





Tego wieczoru miały zagrać jeszcze dwa zespoły: czeski Pilsner Oiquell i Tora Tora Tora. Tych pierwszych widziałem w 2010 r. przed Evil Conduct w Krakowie, gdzie zagrali tak słabo, że szkoda gadać, więc teraz nawet nie chciało mi się zostać na chociaż jednym kawałku. Tora Tora Tora to też nic ciekawego, zwłaszcza jeśli było się na ich koncertach kilka razy, więc spokojnie i o ludzkiej porze można było jechać do domu.

W tym roku na Goodbye Kitty zdecydowanie było lepiej niż rok temu. Wtedy było tak chujowo (starałem się znaleźć jakieś niewulgarne określenie, ale żadne nie oddawało tego zbyt dobrze), że wyszedłem z klubu przed Bulbulators, których jestem fanem. W tym roku ludzi dużo mniej (a przy okazji mniej ubiegłorocznej menażerii, co akurat było plusem) i mimo wszystko jakaś kiepska atmosfera. Może "udana" majówkowa pogoda zrobiła swoje? Muzycznie bardzo dobrze, towarzysko też niekiepsko, aczkolwiek to nie Tik Tak Punk Rock Memoriał w Czerwionce, gdzie samo witanie się ze znajomymi trwa często dłużej niż koncert jakiejś kapeli.

Koncert odbył się w klubie Granda, w tym samym miejscu była wcześniej Kultowa. Sam klub niewiele się zmienił. Jedyna zmiana w wystroju polegała chyba na ściągnięciu zdjęć/plakatów Kultu i Kazika. Barmanki dość ładne, za to lane piwo i ciemne, i jasne (podobno czeski Litovel) paskudne w smaku. Jedyne plusy tego piwa to to, że było zimne i mokre (no i w rozsądnej cenie - 5 zł; podczas gdy butelkowe od 7 zł). W Kultowej ceny bardziej szarpały kieszeń. Pod sceną w Grandzie jest jeszcze mniej miejsca niż w dawnej Kultowej, poświęcono trochę miejsca na stanowisko akustyka, i rzeczywiście było lepiej niż kiedyś.

Trzeba napisać o bramkarzach. Normalnie szok, bo pełna kulturka: dzień dobry, dobranoc itd.. Niby nic, ale takie szczegóły się liczą.

Już powoli kończąc mała uwaga... modowa, wszak w pankroku ubiór to podstawa. O dziwo, niewielu było delikwentów łączących pasek z szelkami (raptem dwóch, więc tendencja spadkowa). Królowały jednak, raczej wśród młodszych osób, szelki typu "pasy od malucha" (mistrzem był typ w biało-czerwonych szelach). Oprócz tego wiecznie żywe rozciągnięte polówki. Dało się zauważyć koszulki marnych kapel i tych fajniejszych (żeby nie było niedomówień, fajne są te, których słucham, inne kapele = syf, cytując tekst pewnego skuterowego gangu): Kult, Disturbed, NOFX, Dead Kennedys, Horrorshow, Ramzes & The Hooligans, The Gits, MiSanDao. Można było zauważyć skinów prosto z żurnala i jabolową punkową młodzież, która początkowo brylowała pod sceną. Ech, jak się pomyśli o czasach, gdy miało się naście lat, kubki smakowe nie buntowały się przy "degustowaniu" jaboli, a pogować chciało się nawet przy Maryli Rodowicz... To byli czasy.  

Na koniec jeszcze zdjęcia parkietu w czasie koncertów 3 pierwszych kapel:











Autorem wszystkich zdjęć jest xbetonx, więcej znajdziecie na jego blogu - xbetonx.blogspot.com.