Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychobilly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychobilly. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 maja 2013

21.05.201 - Koffin Kats, Tony Tarantula & his Bastards - Częstochowa

Po ponad 3-letniej przerwie pojechałem do Miasta Świętej Wieży na koncert. Przez te lata, oczywiście, było tam trochę koncertów wartych uwagi, ale tak się jakoś zwykle składało, że albo nie chciało mi się jechać, albo nie miałem czasu, albo było zimno itd. (wiadomo, każda wymówka jest dobra). W maju 2010 r. byłem w Częstochowie na Elektromadonnie, grały wtedy trzy kapele: Karate No Mercy, Profanacja i Przeciw (przydaje się last.fm przy przypomnieniu sobie, kiedy było się na jakimś gigu). 21 maja w Carpe Diem miały zagrać dwa zespoły z zagranicy, jeden ze Stanów Zjednoczonych, a drugi z Zagłębia (ot, taki śląsko-zagłębiowski prztyczek). O tej drugiej napisałem co nieco przy okazji relacji z GoodBye Kitty vol. 6


Swego czasu byłem na bieżąco z sajkowymi zespołąmi, słuchało się świeżynek i klasyków, potem jakoś mnie to znudziło, więc jakem laik, pozostaje mi tylko oddać stan swojej wiedzy na temat tejże kapeli cytatem z pewnego polskiego filmu:


Osoby, które rozpoznały, z którego filmu pochodzi ta scena, proszone są o podniesienie ręki.

Na wyjazd zdecydowałem się tak naprawdę niecały tydzień przed koncertem, wtedy gdy wreszcie pojawiły się jakiekolwiek szczegóły (już zaczynałem podejrzewać, że koncertu w ogóle nie będzie, bo jedyne info znajdowało się na stronie kapeli), a konkretnie cena. Miasto i klub (a właściwie to bar/knajpa) znane było z miesiąc wcześniej, ale informacji o biletach ani widu, ani słychu. Kiedy wreszcie podano, że wjazd ma być darmowy, a już wcześniej słyszałem dużo dobrego na temat występów Koffin Katsów (np. w zeszłym roku w Warszawie), to decyzja mogła być tylko jedna - jadę. Od razu sprawdziłem stronę Polskiego Busa i zabukowałem bilety (trasa Katowice-Częstochowa-Katowice za 16 zł = bardzo dobra opcja, zwłaszcza, że pociąg kosztuje 16 zł w jedną stronę). W międzyczasie okazało się, że jednak koncert nie odbędzie się w Setce (lokal w stylu warszawskich Przekąsek i Zakąsek czy katowickiej Lornety z Meduzą), tylko w Carpe Diem, wejściówka zwiększyła się do 5 zł, co i tak było śmiesznie niską ceną.  

Polski Bus, który - co można przeczytać we wcześniejszych wpisach - przyjeżdżał i odjeżdżał idealnie o czasie, tym razem ruszył z 15-minutowym opóźnieniem Skandal! Po 18 zameldowałem się w Świętym Mieście, zgarnąłem z dworca PKP reprezentanta Knurowa
przy okazji ciekawostka prosto z WIkipedii: Knurów jest drugim co do wielkości (po Rumi) miastem niebędącym siedzibą powiatu w Polsce, a zarazem jedynym miastem niepowiatowym, którego organem władzy wykonawczej jest prezydent
i poszliśmy na słynną Aleję Frytkową, gdzie za cenę 8 polskich złotych można zjeść słusznych rozmiarów hamburgera. Hamburgery, które ostatecznie dojedli miejscowi bezdomni. Nie śmierdzieli i nie chcieli kasy na chlanie, więc co mi tam, mogę odpalić komuś resztkę. Skoro jest koncert to wskazane jest before, a najlepiej BEERfore, party. Szybki rekonesans po pobliskich sklepach z alkoholem, równie szybkie dokonanie zakupów i można zaczynać. Później udane udaremnienie kradzieży w Tesco (pamiętajcie, kto kradnie ten cygan!) i kierunek Carpe Diem. Na skrzyżowaniu Alei NMP z Aleją Wolności spotkaliśmy się z tubylcami i poszliśmy po... alkoholowe zaopatrzenie, bo po cóż innego? Jakież było moje zdziwienie, gdy w całodobowym sklepie z trunkami wszelakimi zauważyłem...


Jako że jestem fanem radlerów, nie mogłem odmówić sobie jego spróbowania. Spodziewałem się szczyn o cytrynowym zapachu, a tu szok. Dało się wypić i to nawet ze smakiem (a może to przez nieco znieczulone innymi browarami kubki smakowe?). Stosunek ceny do jakości wypadł bardzo dobrze, więc po koncercie uraczyłem się jeszcze jednym. Trzeba będzie, tak dla pewności, kupić jeszcze kiedyś i wypić w domowych pieleszach.

Jeśli ktoś jest fanem pleneringu - polecam tyły częstochowskiej AJD, pan cieć przyjdzie, powie żeby nie siedzieć za długo i można uprawiać tę zacną dyscyplinę. Zawsze to milej w słoneczny dzień wypić piwo (czy co kto tam lubi) pod chmurką, niż w knajpie czy w ogródku piwnym. Koncert miał zacząć się o 20, ale oczywiście było opóźnienie, którego nie odczuliśmy, bo... nie było nas w klubie. Gdy już dotarliśmy, na scenie szaleli zagłębiowscy sajkowcy, czyli Tony Tarantula i jego bastardzi.  

Pod sceną kilkanaście osób, przy stolikach też sporo, więc frekwencja lepsza niż przewidywałem. Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że gig był we wtorek i że był, delikatnie mówiąc, średnio rozreklamowany. No i te problemy z klubem, miało być w Setce, później gdzie indziej, następnie znowu w Setce (która jednak miała jakąś poważną awarię prądu), a ostatecznie było w Carpe Diem. 

fot. Marta K.




Z koncertu na koncert, zagłębiowskie trio podoba mi się coraz bardziej. Już, przy okazji poprzedniej relacji, napisałem o nich co nieco, więc nie będę się powtarzał.

Tym razem jednak wrzucę ich setlistę:

1. Intro
2. Lonesome Train
3. Tromaville
4. Twilight Zone
5. Partners in Crime
6. Gonna Have a Ball
7. Andrei Chikatilo
8. T.T.A.H.B.
9. Why Did I Do That?
10. Psychobilly Against Hippies
11. Let's Wreck
12. I Sold My Soul To R'n'R

Jak widać, pojawiły się także kawałki, których nie ma na "Crawling Terror EP" i "Satan's Garage EP", chociażby "Psychobilly Against Hippies" czy "Let's Wreck". Swoją drogą, czyżby ten ostatni  był coverem Coffin Nails? Dopisane 25.05.2013: jak dowiedziałem się z wiarygodnego źródła, zespół nie grał tego wieczoru żadnych coverów.  

Schodząc ze sceny zespół podziękował Amerykanom za użyczenie instrumentów. Ciekaw jestem, co się stało, wszak zwykle grają na własnych. Dopisane 25.05.2013: Koffin Kats użyczyło Tony'emu Tarantuli i jego bastardom gitary, ponieważ gitarzysta tych ostatnich zerwał w swojej strunę, a mimo iż miał ze sobą 4 komplety strun, to w żadnym nie było akurat tej najpotrzebniejszej. 

Gwiazdą wieczoru był zespól Koffin Kats, trio z Detroit w stanie Michigan grające - uwaga! chwila niepewności, i jeszcze jedna - psychobilly. Jeszcze przed koncertem wygrzebałem w czeluściach sieci fragment zapowiedzi ich koncertu z 2008 r. Zdaje się była to ich pierwsza wizyta w naszym kraju, zagrali wówczas w Warszawie na trzecich urodzinach strony psychobilly.boo.pl. Do rzeczy, we wspomnianej zapowiedzi zacytowano tekst Maniaka z "Cold Zine", bardzo dobrze oddający muzykę Koffin Katsów:
… czasami grają bardziej punkowo, czasem są bliżsi klasycznemu rock'n'rollowi, czasem ocierają się o gothabilly, ale zawsze ich muzyka jest szalenie melodyjna i energetyczna. Podstawowymi atutami zespołu są śpiewak i gitarzysta. Wokalista ma mocny, aksamitny głos, z gatunku tych, które sprawiają, że kobiety dostają gęsiej skórki, gitarzysta natomiast ma dar do układania wpadających w pamięć i nadających charakteru kompozycjom partii swojego instrumentu


Zespół ten, jak widać na powyższej grafice, lubi koncertować, i to bardzo. Obecnie są w trasie promującej ich ostatni album, wydany przez Sailor's Grave Records "Our Way & The Highway", w Europie płyta ta ukazała się nakładem niemieckiego I Hate People Records. W czasie obecnej trasy, oprócz Polski, odwiedzili lub odwiedzą także Norwegię, Szwecję, Finlandię, Łotwę, Estonię, Ukrainę, Czechy, Hiszpanię, Włochy, Rumunię, Serbię, Grecję, Słowenię, Chorwację, Bułgarię, Węgry, Słowację, Niemcy, Wielką Brytanię, Francję, Austrię, Belgię. Czy dziwi kogoś, że trasę nazywają domem? 
Swoją ostatnią płytę Koffin Katsi opisują jako kulminację wszystkiego, czego nauczyły ich trasy, bogata we wzloty i upadki historia, oraz ich banicka psycho-punkowa krew pulsująca energicznie w każdym ich rwącym uszy kawałku.




To, że są od iluś tam lat w niemalże nieprzerwanej trasie było widać na scenie. Nie, nie dlatego, że zagrali na odpierdol. Wręcz przeciwnie, widać było zaangażowanie i radość z grania (a to liczy się najbardziej, będę to powtarzał do porzygu). Były harce na kontrabasie, ale to akurat często jest w repertuarze sajkowych zespołów, była energia, był entuzjazm. I ten entuzjazm udzielił się także publiczności. No skoro nawet ja się ruszyłem, i nie chodzi o ruszaniem głowa mniej więcej w rytm muzyki, a o dobry młyn! Do teraz mam problem z wzięciem głębszego oddechu, za to siniaki powoli schodzą. 

Kapele dzielą się na dwie grupy: o tych pierwszych śpiewa Castet w kawałku "Zapraszamy pod scenę! Dlaczego się nie bawicie?" (teksty Fakira to jest to!), druga to ta, gdzie umieścić można Koffin Katsów. 

Trzeba też wspomnieć o koszulce Iana. Tak, chodzi o tę z naszym godłem i napisem POLSKA. Zawsze cieszą takie gesty.

Vic, Ian i Eric - chapeau bas!

fot. Marta K.







O ile z koncertu byłem zadowolony, to z after party, na który bardzo mnie nakręcano, już nie. Główny nakręcacz wykorzystał okazję (tzn. wolne miejsce w samochodzie) i ewakuował się na Górny Śląsk. Cóż, poszedłem więc na dworzec PKS, z którego odjeżdża Polski Bus. Niestety, temperatura nie zachęcała do kilkugodzinnego czekania. W takich sytuacjach najlepszym rozwiązaniem jest dworzec PKP. 3,5 godziny minęły w miarę szybko, zwłaszcza dzięki automatom z ciepłymi i zimnymi napojami. 

A jeśli już jestem przy czekaniu na dworcu, grzechem byłoby nie wspomnieć o dialogu dwóch dżentelmenów, delikatnie zajeżdżających poprzednim dniem:


- Dzisiaj w Wyborczej czytałem ciekawy artykuł o "gugl".
- O czym?
- O gogle. Że nie płacą podatków.
- A tam, żyd żydowi nic nie zrobi.

Ot, takie to nocne Polaków rozmowy.

Bus przejechał przed czasem, godzina drzemki, potem przesiadka na autobus KZK GOP i o 6 dotarłem do domu. Dobry wyjazd!

Prawie wszystkie zdjęcia (oprócz 2 zrobionych przez Martę K.) z koncertu są autorstwa Jakuba Wosika, więcej znajdziecie na facebooku Carpe Diem.

O, i na koniec jeszcze nowy album KK. 


środa, 8 maja 2013

4.05.2013 - GoodBye Kitty vol. 6 - Katowice

Goodbye Kitty to nazwa cyklicznej imprezy organizowanej przez Goodbye Kitty Crew (a to ci niespodzianka, czyż nie?). Trochę historii: ekipa GKC powstała w 2008 r., na pierwszych 3 edycjach Goodbye Kitty grały kapele raczej mało znane, z mojego punktu widzenia do tych bardziej znanych zaliczał się grający crossover Świniopas. Po trzech edycjach Goodbye Kitty Crew zawiesiła działalność na 1,5 roku. Po tym czasie wznowili działalność, w poszerzonym składzie. Poszerzono też formułę samych koncertów. Zrezygnowano z hc, a postanowiono zaprosić zespoły grające różne odmiany punk rocka, oi! i ska-punk.

W 2011 r. w katowickim klubie Kultowa zagrali Podwórkowi Chuligani, Załoga Andrzeja i Bachor. Rok później, na 5. edycji, ponownie w tym samym klubie, zagrali: Bulbulators, Degeneracja, Skunx i po raz kolejny Bachor. Niestety miałem wątpliwą przyjemność być na tym koncercie, ale o tym trochę później.   

W tym roku organizatorzy zaprosili 5 zespołów: Tony Tarantula & his Bastards z Zagłębia, Headless Babies z Warszawy, Tora Tora Tora ze Śląska, The Sandals z Poznania oraz Pilsner Oiquell z Czech. Przez długi czas wahałem się, czy pojechać na koncert. 4/5 składu już widziałem, więc jakiegoś wielkiego ciśnienia nie było. 2 maja uznałem, że jednak nie chce mi się jechać, ale dzień później zmieniłem zdanie i zarezerwowałem 2 bilety (nie załapałem się już na te za 15 zł, ale i tak lepiej zapłacić 17 zł niż 20, ale to chyba oczywiste). Jak widać powiedzenie "Kobieta zmienna jest", może także dotyczyć facetów. Swoją drogą, wiedzieliście, że tytuł jednej z arii "Rigoletta" Giuseppe Verdiego to:
La donna è mobile
czyli "Kobieta jest zmienna"? Ot, taka ciekawostka.


Kolejność kapel, kilka dni przed koncertem, uległa zmianie, o czym organizatorzy poinformowali na facebooku:
jako pierwsi bez zmian Tony Tarantula & His Bastards
The Sandals
Pilsner Oiquell
Headless Babies
Tora Tora Tora !!!
Kolejnosc moze ulec zmianie tylko w przypadku The Sandals i Pilsner Oiquell
Koncert, jak widać na plakacie, miał zacząć się o godzinie 18, ale w takie bajki w naszym kraju już chyba nikt nie wierzy. A może jednak? Oczywiście zaczęło się z opóźnieniem (prawie 1,5 h). Bywały już w Polsce imprezy z opóźnieniem nawet 5-godzinnym, więc nie ma się co czepiać. Chciałbym jednak doczekać czasów, gdy godzina rozpoczęcia gigu będzie zgodna z tą podaną na plakatach/w zapowiedziach. W innych krajach da się, więc chyba nie wymagam zbyt wiele. Kolejność też się zmieniła, ale to akurat dobrze, bo można było się szybciej ewakuować do domu. Zwłaszcza, gdy nie chciało się widzieć pewnych zespołów.

Jako pierwsi, ok. 19:20, zagrali Tony Tarantula & his Bastards, czyli sajkowy zespół z Zagłębia. Projekt Maćka (perkusisty) powstały po zakończeniu w 2012 r. działalności Bela Lugosi Horror Orchestra (wielka szkoda, bo to naprawdę był dobry zespół). Tony'ego Tarantulę i jego bękarty widziałem do tej pory tylko raz, w maju ubiegłego roku, gdy grali na afterparty po katowickim marszu zombie. W porównaniu z tamtym koncertem widać, a właściwie to słychać, naprawdę spory progres. Na polskiej scenie psychobilly, która jest jeszcze mniejszą niszą niż scena ska (wiem, że ciężko w to uwierzyć), powoli wyrasta konkretny zawodnik. Kto wie, może za jakiś czas będzie to nasz sajkowy towar eksportowy. Pierwsze zagraniczne szlify mają już za sobą, bowiem w 2012 r. wystąpili na Psycho Therapy Fest w czeskim Vrchlabí. Żeby nie było zbyt dużo słodzenia - przydałoby się więcej piosenek po polsku!





Jeśli ktoś chciałby się zapoznać z twórczością zagłębiowskich fanów kiepskich horrorów i oldschoolowego grania w klimacie The Meteors czy The Meantraitors, to ma okazję, bo Tony Tarantula & his Bastards nagrali 2 demo-epki (obie dostępne na bandcampie). Oczywiście weźcie pod uwagę warunki w jakich je nagrano oraz sprzęt którym muzycy dysponują. 





Po prawie 30-minutowej przerwie, jako drudzy na scenie zameldowali się reprezentanci stolicy, Headless Babies. To właśnie ze względu na nich zdecydowałem się na przyjazd do Katowic. I bardzo dobrze zrobiłem, bo zagrali świetnie. Wcześniej nazwa zespołu obiła mi się o uszy, ale jestem leniwy z natury i nie chciało mi się sprawdzać, cóż to za twór. I to był błąd, bo grają tak, że nóżka sama chodzi. Ich muzyka skojarzyła mi się z grającymi brudnego rock'n'rolla przyprawionego punk rockiem i country The Blakauts - w zeszłym roku miałem przyjemność widzieć ich w akcji w Szczecinie (może w końcu skończę relację z tego wyjazdu). Warszawskie trio gra psychobilly/punk'n'roll i robi to elegancko. W ich secie było i trochę coverów ("I'm Your Man" Leonarda Cohena, "Jimmy Jazz" lewaków z The Clash, "Story Of My Life" Social Distortion), i trochę autorskich numerów, m.in. piosenka "Majtki", która znalazła się na ich demówce.



Chętnie kupiłbym to demo na jakimś tradycyjnym nośniku. Headless Babies zagrali także kawałek, który znajdzie się na pewnej specyficznej kompilacji, na którą pracuje śląski Castet. Co w niej takiego specyficznego? Długość utworów. Mają one trwać do 20 sekund. Nie powinien więc dziwić tytuł tej składanki - "Za krótko, za szybko". Kilka promocyjnych piosenek (będzie ponad 50 artystów), można przesłuchać TUTAJ

Wracając do koncertu. Szkoda, że pod sceną było mało ludzi (im bliżej końca setu, tym więcej ludzi dezerterowało spod sceny), większość jarała się Sandalsami i chujowymi Pilsnerami, więc olała dwie pierwsze kapele. Pewnie nieprędko Headless Babies znowu zagra na Śląsku, więc kto nie skorzystał z okazji i nie zobaczył ich w akcji teraz, ten ma pecha. 





Jako trzeci, ok. 21:40,  zagrali poznańscy The Sandals, zespół który widziałem już czterokrotnie. Jakimś wielkim fanem nie jestem, nie jestem też na bieżąco z ich wydawnictwami, jednak od czasu do czasu lubię ich posłuchać na żywo. W Katowicach Sandalsi zagrali na jedną gitarę (drugi gitarzysta nie mógł przyjechać z powodów rodzinnych), za to chwilami na dwa wokale (o ten drugi mogłaby się przyczepić scenowa milicja, ale cicho sza). Poniżej pewnego poziomu poznaniacy nie schodzą, więc nie mogło być lipy. Były hity z pierwszej płyty, takie jak "Piwo" czy "King Bruce Lee Karate Mistrz" Franka Kimono, był "Czerwiec '56" z epki o tym samym tytule, było co nieco z drugiego albumu i splitu "Oi! The Super Heroes" wydanego w zeszłym roku przez Bad Look Records, a nawet jakiś nowy kawałek. No i na koniec covery: biało-czerwona wersja "Yellow & Blue" Perkele (chociaż będąc na Górnym Śląsku ie musieli zmieniać kolorów) i "Młodzież z krańców wielkich miast" Ramzesa. Może nawet uda się odtworzyć całą setlistę, zobaczymy:

1. Rock'n'Roll
2. Czy pamiętasz?
3. Clockwork Army
4. Droga przez życie
5. Chuj bombki strzelił
6. King Bruce Lee Karate Mistrz (Franek Kimono cover)
7. Czas
8. I tak do zajebania
9. Piwo
10. Marching Orders cover
11. nowość
12. Niespotykanie spokojny człowiek
13. Uciec stąd
14. Czerwiec '56
15. White & Red (Perkele cover)
16. My młodzież z krańców wielkich miast (Ramzes & The Hooligans cover)
Koncert trwał godzinę i w jego czasie pod sceną wreszcie coś się działo. Niezbyt lubię towarzystwo spoconych półnagich facetów, więc grzecznie stałem sobie w bezpiecznej odległości.




 





Tego wieczoru miały zagrać jeszcze dwa zespoły: czeski Pilsner Oiquell i Tora Tora Tora. Tych pierwszych widziałem w 2010 r. przed Evil Conduct w Krakowie, gdzie zagrali tak słabo, że szkoda gadać, więc teraz nawet nie chciało mi się zostać na chociaż jednym kawałku. Tora Tora Tora to też nic ciekawego, zwłaszcza jeśli było się na ich koncertach kilka razy, więc spokojnie i o ludzkiej porze można było jechać do domu.

W tym roku na Goodbye Kitty zdecydowanie było lepiej niż rok temu. Wtedy było tak chujowo (starałem się znaleźć jakieś niewulgarne określenie, ale żadne nie oddawało tego zbyt dobrze), że wyszedłem z klubu przed Bulbulators, których jestem fanem. W tym roku ludzi dużo mniej (a przy okazji mniej ubiegłorocznej menażerii, co akurat było plusem) i mimo wszystko jakaś kiepska atmosfera. Może "udana" majówkowa pogoda zrobiła swoje? Muzycznie bardzo dobrze, towarzysko też niekiepsko, aczkolwiek to nie Tik Tak Punk Rock Memoriał w Czerwionce, gdzie samo witanie się ze znajomymi trwa często dłużej niż koncert jakiejś kapeli.

Koncert odbył się w klubie Granda, w tym samym miejscu była wcześniej Kultowa. Sam klub niewiele się zmienił. Jedyna zmiana w wystroju polegała chyba na ściągnięciu zdjęć/plakatów Kultu i Kazika. Barmanki dość ładne, za to lane piwo i ciemne, i jasne (podobno czeski Litovel) paskudne w smaku. Jedyne plusy tego piwa to to, że było zimne i mokre (no i w rozsądnej cenie - 5 zł; podczas gdy butelkowe od 7 zł). W Kultowej ceny bardziej szarpały kieszeń. Pod sceną w Grandzie jest jeszcze mniej miejsca niż w dawnej Kultowej, poświęcono trochę miejsca na stanowisko akustyka, i rzeczywiście było lepiej niż kiedyś.

Trzeba napisać o bramkarzach. Normalnie szok, bo pełna kulturka: dzień dobry, dobranoc itd.. Niby nic, ale takie szczegóły się liczą.

Już powoli kończąc mała uwaga... modowa, wszak w pankroku ubiór to podstawa. O dziwo, niewielu było delikwentów łączących pasek z szelkami (raptem dwóch, więc tendencja spadkowa). Królowały jednak, raczej wśród młodszych osób, szelki typu "pasy od malucha" (mistrzem był typ w biało-czerwonych szelach). Oprócz tego wiecznie żywe rozciągnięte polówki. Dało się zauważyć koszulki marnych kapel i tych fajniejszych (żeby nie było niedomówień, fajne są te, których słucham, inne kapele = syf, cytując tekst pewnego skuterowego gangu): Kult, Disturbed, NOFX, Dead Kennedys, Horrorshow, Ramzes & The Hooligans, The Gits, MiSanDao. Można było zauważyć skinów prosto z żurnala i jabolową punkową młodzież, która początkowo brylowała pod sceną. Ech, jak się pomyśli o czasach, gdy miało się naście lat, kubki smakowe nie buntowały się przy "degustowaniu" jaboli, a pogować chciało się nawet przy Maryli Rodowicz... To byli czasy.  

Na koniec jeszcze zdjęcia parkietu w czasie koncertów 3 pierwszych kapel:











Autorem wszystkich zdjęć jest xbetonx, więcej znajdziecie na jego blogu - xbetonx.blogspot.com.