Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hardcore punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hardcore punk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

4.05.2014 - Anemia 77, Moscow Death Brigade, Eye For An Eye, What We Feel - Katowice

Plan był ambitny - dwudniowy hc/punkowy fest, na którym oprócz polskich kapel miały zagrać także zespoły z Niemiec, Danii oraz Rosji. Prace nad organizacją trwały od października ubiegłego roku, ale w ostatniej chwili "Fest Mocny Szlag", z przyczyn niezależnych od organizatorów (Silesia Riot Crew) i Mega Clubu, musiał zostać okrojony i przeniesiony. Na szczęście udało się znaleźć inne miejsce (i to w lepszej lokalizacji), a z dwóch dni zrobiono jednodniowy gig z pięcioma kapelami. Dobre i to.


W niedzielę 4 maja zagrać mieli Ślązacy z You Better Run, Anemia 77 z Białegostoku, EFAE z Bielska-Białej oraz goście zza wschodniej granicy, Moscow Death Brigade i What We Feel. Impreza miała się zacząć o 18:15, ale na szczęście było opóźnienie i mimo iż dotarłem po 20 udało mi się zobaczyć prawie wszystkie kapele. Po raz kolejny, niestety, nie udało się zaliczyć YBR, ale co się odwlecze... W ramach pocieszenia pozostaje posłuchać ich demówki.


Na początek co nieco o klubie Variete, usytuowanym na czwartym piętrze galerii Skarbek. W zeszłym roku, gdy klub otwierał swoje podwoje, w pewnej gazecie można było przeczytać:


To klub i restauracja w jednym. Właściciele zapewniają, że to miejsce z wyższej półki.
Lokal adresowany jest do osób pełnoletnich, a jego całkowita powierzchnia to 1400 m kw. Restauracja czynna jest codziennie od godziny 12 do 22, a w piątek, sobotę i niedzielę do ostatniego klienta. W Variete znajdzie się ponad 300 miejsc siedzących oraz kuchnia serwująca dania obiadowe, ale w weekend będą odbywać się tu także imprezy taneczne. Właściciele utrzymują, że to bardzo eleganckie miejsce, szczególnie polecane na bankiety i imprezy firmowe. Jego zaletą jest też lokalizacja.

W jednym z pokoncertowych komentarzy napisano o nim, że klub wyglądał jak "sala balowa na Titanicu". Coś w tym jest, wystarczy zerknąć na zdjęcia (KLIK KLIK). Maruderzy narzekali, że nie ma tam klimatu, że jest zbyt elegancko itd., ale ja wolę koncerty w takim miejscu niż w śmierdzącej piwnicy o powierzchni mojej szafy.

Gdy wjechałem do klubu (podobno jedynym sposobem, by się do niego dostać jest oszklona zewnętrzna winda) na scenie grali akurat przybysze ze wschodu Polski, Anemia 77 - DIY street punkowy band o - jak można przeczytać np. tutaj - konkretnym, bezkompromisowym, antyfaszystowskim, antyautorytarnym przekazie. Mimo swej nazwy nie grali anemicznie, ba! grali porządnego street punka, aczkolwiek niektóre teksty nie powalały finezją (vide refren "Policji"). Chociaż, gdyby zależało mi na finezji i wyszukanych rymach to słuchałbym poezji śpiewanej lub innych nudziarstw dla uduchowionych młodzieńców w rozciągniętych swetrach. Pierwszy kontakt (tego na Summer Riot nie liczę, bo nawet nie pamiętam, czy byłem wtedy w okolicy sceny) z Anemią 77 zdecydowanie zachęcił do pójścia na kolejny gig. Na razie mają na koncie tylko demówkę i 7-calowy split z białoruskim Noizy Boys, pozostaje więc czekać na pełnometrażowy debiut. I kolejny koncert na Górnym Śląsku.

 
 
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Po białostoczanach na scenie zainstalowała się pierwsza kapela z Rosji - Moscow Death Brigade, hardcore rapowa ekipa z Moskwy, w skład której wchodzą m.in. członkowie Razor Bois. Zamaskowane trio zaprezentowało solidną dawkę zaangażowanego hip-hopu zanurzonego, od stóp po czubki kominiarek członków kapeli, w DIY hardcore punku i w ideach bliskim temu ruchowi. Wszak nie tylko o hc można powiedzieć more than music. Wszystkie (lub prawie wszystkie) zaśpiewano - no, powiedzmy że wykrzyczano - po rosyjsku. Oj, dobrze było. Tylko publika, w tym i ja, raczej nie była przyzwyczajona do zabawy przy takiej muzyce (szkoda, że wokalistom nie przygrywał żywy band). Tak czy siak, miło było zobaczyć Moskiewską Brygadę Śmierci w akcji. Przy okazji, warto przeczytać wywiad z MDB (oryginał po niemiecku na stronie Plastic Bomb). 



fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Po MDB na scenę weszli przedstawiciele Bielska-Białej, istniejący od 17 lat zespół z pięcioma albumami na koncie. Mowa, rzecz jasna, o Eye For An Eye. EFAE widziałem do tej pory tylko raz, na Brutal Sound Festivalu w Warszawie. Wtedy, po koncercie, napisałem, że zawiodłem się ich występem:
Lubię, gdy na wokalu jest kobieta (chyba nawet bardziej niż, gdy jest mężczyzna), ale to było zdecydowanie zbyt "lajtowe". Pewnie inny odbiór byłby w małym klubie, bez barierek. Sam zespół, przyzwyczajony do bliższego kontaktu z publiką, czułby się też lepiej, o czym nie omieszkał wspomnieć.
Variete do małych klubów nie należy, ale niska scena i brak barierek zrobił swoje. Był dobry kontakt z publiką, co zdecydowanie dało się odczuć. Co zagrali - nie wiem, nie miałem przyjemności przesłuchać żadnej płyty (w nieodległym czasie trzeba będzie zakupić jakieś krążki EFAE). Na pewno na koniec zespół zagrał "Rewolucję", cover Warzone z polskim tekstem. To, zdaje się, już tradycja na ich gigach. Co tu dużo pisać, zostałem fanem.



fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Ostatnią kapelą byli Rosjanie z What We Feel. Jeszcze przed gigiem pewien zamęt i zdezorientowanie Polaków spowodowała informacja o tym, że 4 maja WWF zagra także na... 0161 Festivalu w Manchesterze. Sytuację szybko wyjaśniono. Okazało się, że w Wielkiej Brytanii zagra jeden z wokalistów i gitarzysta (+ sesyjny basista i perkusista), natomiast reszta składu - która miała problem z otrzymaniem wizy do Wielkiej Brytanii - zagra u nas, wspierać ich miała Moskiewska Brygada.    

Na scenie petarda, wkurwienie (pewnie nawet gdyby zaśpiewać kołysankę po rosyjsku to dałoby się je odczuć) i energia, czyli dokładnie to czego się spodziewałem. Nic dodać, nic ująć.

 

fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
fot. Szept Getta
Trochę muzyki Rosjan:
A tutaj do pobrania, legalnie i za free, album "Наши 14 Слов" (czyli "Nasze 14 słów").


Na gigu, jeśli wierzyć temu, co Rosjanie napisali na swoim facebooku, było ok. 200 osób. To niewiele porównując chociażby do Pragi (650 osób), ale gdyby na wszystkie koncerty przychodziły u nas chociaż te "marne" dwie stówki to organizatorzy byliby ukontentowani. 


Szacunek dla organizatorów (jeden z nich dzień później pisał maturę), że udało się zrobić ten gig. Oby wystarczyło im zapału i zorganizowali niedługo coś przynajmniej na podobnym poziomie. Dobre zespoły, dobre jedzenie (a przynajmniej szpinak i spaghetti carbonara) w Variete. Udało się też kupić kilka niezłych płyt, więc tym bardziej wieczór zaliczam do udanych. No, tylko piwo drogie (8 zł za lane), ale co zrobić. ;)
  
Wszystkie świetne zdjęcia, które zobaczyliście powyżej zrobił Szept Getta, więcej znajdziecie na jego blogu (link pod każdą fotą) oraz na facebooku

niedziela, 6 stycznia 2013

10.11.2012 - Pils, HardCase, Krangshaft, Tora Tora Tora - Ruda Śląska

10 listopada po raz kolejny odwiedziłem Berzę w Rudzie Śląskiej. Tym razem okazją był koncert Punk vs. Hardcore, 2 kapele hardcore'owe i 2 punkowe.


W porównaniu do poprzedniego gigu (ON2B i Inkwizycja), tym razem pojawiło się więcej ludzi. Jako pierwsi zagrali reprezentanci śląskiego hc - HardCase. Gdy widziałem ich pierwszy raz, w katowickiej Zaszytej, to zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Teraz niestety już tak dobrze nie było, ot poprawny hardcore punk, nic ponadto. 

Po HardCase przyszła kolej na reprezentantów Tychów, czyli Pils. To ich debiut w Rudzie Śląskiej. Ostatnio widziałem ich ponad rok temu w Sosnowcu, w trochę innym składzie. Tak czy siak, ten zespół zawsze gra dobre koncerty. Nie inaczej było i tym razem.  

Swój debiutancki album pt. "Punk Rock Gang" wydali w 2008 r. (minęło już prawie 5 lat, ależ ten czas leci) i to właśnie z niego pochodziła większość zaśpiewanych piosenek, m.in. tytułowy "Punk Rock Gang", "Idź się pierdol", "Psychiatryk", "Płonie Warszawa" (czyżby zapowiedź zadym z okazji 11 listopada?). Oczywiście nie mogło zabraknąć hitów ze świetnej demówki, czyli "Nie chodzi nam o miłość", "Świnie" i "Tyski song".    




Po zakończeniu jednego z utworów, pewna załogantka w typie B.O.P.P. (słuchacze Lumpex'75 powinni wiedzieć o co chodzi) usilnie domagała się, by Pilsi zagrali jej cokolwiek, obojętnie co (cóż, widać że raczej nie ogarniała, co to za zespół gra), a ona w tym czasie zaśpiewa, a właściwie "zaśpiewa". Niestety zlitowali się nad nią i skłoterka zaczęła się wydzierać, jak nieboskie stworzenie. Ciekaw jestem, czy sama "wokalistka" wiedziała, co tam charczy. Zapewne była to kolejna fanka crust punka.


Wśród publiczności był m.in. Iglak, wokalista Bulbulators, został więc zaproszony do zaśpiewania numeru Ramones, znanego chociażby z koncertów jego macierzystego zespołu. Lipy nie było, parafrazując Hardcorowego Koksa.





Nie był to jedyny ramonesowy akcent, bowiem Pilsi zaśpiewali też "Bonzo rusza na Bittburg" (na wydanej bodaj w 2011 r. kompilacji "Poland 4 Ramones" utwór ten wykonał Włochaty, Pilsi natomiast nagrali nań polską wersję "Let’s go").


Także nowe kawałki, jak np. "Punk Rock Song", brzmiały bardzo dobrze. Myślę, że nie tylko ja chciałbym wreszcie dostać w swe łapska drugi album Pilsów.

Gdy kapela skończyła swój set i zaczęła zwijać sprzęt wspomniany wcześniej Igla, krzycząc "tyskie psy, tyskie psy", najgłośniej domagał się bisu. Co w tej sytuacji mili zrobić Pilsi? No musieli po prostu zagrać.

Był już hardcore i był punk rock, więc nadeszła pora na kolejną kapelę hc - Krangshaft, hardcore prosto ze śląskiej hałdy. Na koncercie tym do zespołu oficjalnie dołączył Dylek, współzałożyciel HardCase. 

Krangshaft to w miarę młody twór na śląskiej scenie, istnieją od 2009 r. Widziałem ich po raz pierwszy i grali całkiem fajnie, ale minusem była długość utworów. W hc ma być szybko i na temat. Im utwory są dłuższe, tym wg mnie nudniejsze. Na koniec zagrali covery nowojorskich kapel, m.in. Sick Of It All . Mimo wszystko chętnie zobaczę ich jeszcze raz, w jakimś normalnym klubie.

Na samym końcu miał zagrać zespół Tora Tora Tora, ale niestety ustawiali się tak długo, że musiałem już iść na tramwaj, zwłaszcza że następnego dnia wracałem do Rudy, tym razem w celach sportowych. Właściwie to żadna strata, bo TTT widziałem już kilka razy i fanem nie jestem. 

Koncert, jak się później dowiedziałem, zakończył się zadymą. Ludziom, którzy przyjechali z TTT (lub też przyjechali na nich) bardzo przeszkadzał zakaz palenia w sali koncertowej, na który wyczuleni są mieszkańcy Berzy. Cytując Fakira, notabene obecnego także na Berzie, "jebac tych ciuli"!


niedziela, 9 września 2012

25.08.2012 - Brutal Sound Festival - Warszawa

W dniach 23-25 sierpnia w warszawskim klubie FonoBar odbyła się druga edycja Brutal Sound Festivalu. W czasie 3 dni miało zagrać prawie 30 zespołów, od istniejących od stosunkowo niedawna, takich jak Prokuratura czy New Day Rise, po brytyjskie gwiazdy (tak, gwiazdy, bo - nie oszukujmy się - na scenie punk rockowej też są gwiazdy) działające od prawie 40 lat (dość wspomnieć chociażby o Buzzcocks lub Discharge). Na festiwalu zaprezentowano szeroki przekrój muzyki, był i street punk, i punk77, i hardcore punk, a nawet coś co nazwano żart core.



Mnie z całego zestawu najbardziej zainteresował ostatni dzień, w który mieli zagrać wspomniani wcześniej Buzzcocks oraz Cockney Rejects. Do tego solidny zestaw polskich kapel: Collina, Criminal Tango, Schizma i inni. Nie bez znaczenia był też fakt, że ostatni dzień festiwalu odbywał się w sobotę.

Jak już niektórzy wiedzą, obecnie najlepiej z Katowic do Warszawy pojechać Polskim Busem. Odpowiednio wcześniej zarezerwowany, bilet kosztuje gorsze. Rzecz jasna i my (w sumie 6 osób) postanowiliśmy nim jechać. O 10:00 ruszyliśmy ze stolicy województwa śląskiego, o 14:45 dojechaliśmy do Warszawy. Teoretycznie mieliśmy 15 min. na dotarcie do FonoBaru, ponieważ - według rozpiski, dość szybko zdezaktualizowanej - mieli zagrać warszawscy bikiniarze, czyli Criminal Tango. Na nasze szczęście dojazd był stosunkowo łatwy, najpierw metrem na stację Politechnika, a potem autobusem pod Pomnik Lotnika, jak się okazało jednak lepiej było wysiąść na wcześniejszym przystanku, czyli Al. Wielkopolski. Dobrze, że zauważyliśmy, trochę poniewczasie, strzałki namalowane na chodniku. Oj przydały się, i to bardzo.



Przy wchodzeniu do klubu - małe zaskoczenie. Ochroniarz poinformował, że po godzinie 20 nie można wychodzić. W sumie może to i lepiej, przynajmniej po powrocie (o czym za chwilę) widziałem/słyszałem wszystko kapele.

CRIMINAL TANGO istnieje od października 2010 r. Każdy z członków zespołu miał już wcześniej doświadczenie, krótsze bądź dłuższe, w innych zespołach - Spil i Kowal w The Dice, Misiek w Kolizji, Patrynio w Pornoskins, a trębacz Janek w Dzieciach z Bullerbyn. Od kiedy tylko usłyszałem demo Criminal Tango, udostępnione na bandcampie, stałem się ich fanem.


Czekałem tylko na dogodną okazję, by zobaczyć, jak wypadają na żywo. I było tak, jak być powinno. Ich, jak to określają, fuck'n'roll, czyli punk rock, z domieszką rockabilly'owych rytmów plus swingowa dusza i charakter Grzesiuka, na koncertach wypada wręcz... koncertowo. Bikiniarska piątka, oprócz utworów znanych z demówki "Warszawscy bikiniarze", zaprezentowali także materiał, który znajdzie się na ich debiutanckim albumie. Jak zapowiedzieli, ukaże się na jesień, wydawcą będzie FONOGRAFIKA.



Szkoda tylko, że pod sceną było tak mało ludzi. Cóż, taki los kapel grających na początku.



Wciąż się tylko zastanawiam, co członkowie zespołu mają do największego hitu, bo śpiewali "ja lubię rock and roll, a ty boys boys boys". ;) O 16:20 warszawscy bikiniarze - a według innych wikliniarze - skończyli grać.

Następnie zagrał niemiecki KOTZKREIZ oraz polskie TPN25 i HARD TO BREATHE. Dwie pierwsze kapele odpuściliśmy sobie i poszliśmy szukać czegoś ciepłego do zjedzenie, niezbyt nam się uśmiechało spędzenie całego dnia (a może i nocy) bez obiadu. Niby na terenie można było zjeść kiełbasę, kukurydzę lub cukinię z grilla, ale średnio apetycznie to wyglądało. No i cena nie zachęcała do zakupu. Jeszcze klika słów dlaczego olaliśmy te zespoły: nazwa Kotzkreiz absolutnie nic mi nie mówiła, nie wiedziałem też co grają (do teraz tak jest), odstraszał tylko wygląd członków kapeli, wyglądających - jak to określiła pewna osoba - na "spedalonych kalifornia panków". No a TPN25 to według mnie 0% punk rocka, ot studencki żart, czyli nuda.

W pobliżu FonoBaru, oprócz stacji benzynowej, nie było dosłownie nic. Żadnego sklepu, o restauracji, pizzeri lub kebabie nie wspominając. Dopiero na skrzyżowaniu Al. Niepodległości i ul. Nowowiejskiej znaleźliśmy otwarty sklep, niestety tylko z alkoholem (i pierdołami w stylu batoniki czy chipsy), na szczęście ceny alkoholu nie zabijały. Miejscem, w którym można było cokolwiek zjeść, okazała się pizzeria Momento. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy po zamówienie pizzy Venezia i - co istotne - dodatkowej dopłacie za grube ciasto (w sumie 27 zł, czyli całkiem dobra cena), kelnerka przyniosła pizzę na cieście, które w każdym innym miejscu określono by cienkim. I to nie była pomyłka. Takie według pracowników Momento jest grube ciasto i tyle. Dziwna ta Warszawa. Mimo, że w smaku była całkiem ok, to i tak nie polecam tego miejsca.

Gdy każdy już zjadł zamówione danie trzeba było ruszyć w drogę powrotną (ok. 2 km). Miałem nadzieję, że nie zmieniono w ostatniej chwili line-upu i Collina nie zaczęła grać wcześniej. Po trosze łudziłem się też, że zobaczę Hard To Breathe. Nie udało się.

Po wejściu na teren FonoBaru, aczkolwiek jeszcze nie do samego klubu, zaczęliśmy konsumować zakupione trunki. Ostrzeżenie: żurawinówka lubelska jest paskudna, nie ma doskoku do cytrynówki lub grejpfrutówki.W trakcie opróżniania flaszek dobiegły nas odgłosy jakiejś kapeli, trudno było rozpoznać kto to grał. Trzeba było pobiec pod scenę. Okazało się, że właśnie zaczynają reprezentanci Maniów, czyli górale z ADHD SYNDROM. Widziałem ich już ze 2 razy i tym razem szału nie było. Postałem chwilę i poszedłem dalej pić wódkę. Jak się później okazało jeden z członków zespołu, wokalista Franek, przeprosił za swoje zachowanie na festiwalu M.E.B.P. (osoby czytujące punkowe fora powinny wiedzieć o co chodzi). Scenowa milicja chyba mu wybaczyła.

Po podhalańskich punkowcach nadeszła pora na nadmorskich załogantów. COLLINA, to obok CT, najbardziej wyczekiwana przeze mnie polska kapela. Koncert na Brutal Sound Festivalu miał być przedostatnim koncertem Colliny, bo jak wiadomo "każda szanująca się trzecioligowa kapela hc/punk musi się rozpaść dość szybko", w tym przypadku po 4 latach, więc tym bardziej trzeba było na nim być.

fot. Aneta Stańska

Przez chwilę, jak widać na poniższych zdjęciach, na scenie był też jeden z członków sosnowieckiego Horrorshow.

fot. Aneta Stańska

fot. Aneta Stańska

fot. Aneta Stańska

fot. Aneta Stańska


Kapela zagrała m.in. "Druga piosenkę", "Nigdy w życiu nie widziałem tylu Wieśniaków w jednym miejscu", "Nie mów nic", "Jebać Sylwestra". 15 września, na Bez Ziewania Hardcore Fest, Collina zagra swój ostatni koncert. Wtedy też odbędzie się premiera pożegnalnej epki na 7-calowym winylu "Old Punks Should Die", wydanej wspólnymi siłami Ratel Records i Bad Look Records. Rzecz jasna, na koncercie nie mogło zabraknąć materiału z tej płyty - "DIY", "No life" i tytułowego "Old Punks Should Die", dedykowanego reaktywacjom starych kapel. Oczywiście nie chodzi o te, które "nadal robią sensowne rzeczy i sprawiają, że wszystko to jakoś się toczy (...) Nie męczą buły, nie czekają na pochwały, po prostu robią swoje".



Koncert Colliny, obok Criminal Tango, to wg mnie najjaśniejszy punkt całego festiwalu. Zarówno za sprawą muyzki, jak i konferansjerki Kuby (vel Kibica).

Kto był na Woodstocku?

kilka osób podnosi ręce

Mogliście tam zostać i poczekać do przyszłego roku... łykać ziarno Owsiaka.

A skoro już jesteśmy przy wokaliście, to są osoby, które jego konferansjerkę porównują z Fakirem z Castetu. Ja tam jakiejś specjalnego podobieństwa nie widzę. Oboje grali/grają hardcore punka, oboje są krytyczni w stosunku do pewnych spraw, no i nagrali wspólnego splita.

Gdy zespołowi zakomunikowano, że ich czas dobiega końca i mają zagrać ostatni kawałek, postanowili zagrać 2 - "Pocztę polska" i coś dla koneserów AxCx ("Poczta polska is gay"). Ze sceny zeszli o 19:55.

fot. Aneta Stańska


Po Collinie na scenie zainstalował się hardcore punkowy EYE FOR AN EYE z Bielska-Białej. Mimo że zespół istnieje od 15 lat i nagrał 5 albumów (ostatni to "Krawędź" wydany w tym roku przez Pasażer Records), to do tej pory nie zdarzyło mi się trafić na ich koncert. Aż do warszawskiego Brutala. No i niestety wielki zawód. Lubię, gdy na wokalu jest kobieta (chyba nawet bardziej niż, gdy jest mężczyzna), ale to było zdecydowanie zbyt "lajtowe". Pewnie inny odbiór byłby w małym klubie, bez barierek. Sam zespół, przyzwyczajony do bliższego kontaktu z publiką, czułby się też lepiej, o czym nie omieszkał wspomnieć. Zagrali m.in. "1000 mil stąd", "Rewolucję", "Strach", "Razem" i "Minutę ciszy" (+ odniesienie do przeprosin Franka z ADHD Syndrom - poniżej filmik). Skończyli o 20:45.





fot. Baks



W jednym kawałku, Ankę wokalnie wspierała pewna dziewczyna. Córka? Młodsza siostra? Chętnie bym się dowiedział kimże ona jest. Jak się okazało, była to Natalia, wokalistka zespołu Candid



Na Brutal Sound Festivalu, czego jeszcze nie napisałem, miały być 2 sceny: "main stage" na zewnątrz i "club stage", jak sama nazwa wskazuje, w klubie. W ostatni dzień - podobno z powodu temperatury - zrezygnowano ze sceny klubowej. Wszystkie koncerty odbyły się na świeżym powietrzu, o ile można takowe uświadczyć w centrum stolicy.

Po EFAE, o 21:00 przyszła pora na hc punkowy THE SOLD OUTS (tak jak i Collina, pierwotnie mieli grać na "club stage"). Zespół, o którym nie wiedziałem absolutnie nic, nazwa też nic mi nie mówiła. Nie wiedziałem nawet skąd są. Jak się dowiedziałem już po powrocie, The Sold Outs pochodzą z Litwy i mają już co nieco w dyskografii. Na koncercie był prawdziwy - trzeba tu użyć tego słowa - rozpierdol. Niestety tylko na scenie, przede wszystkim za sprawą wokalisty Andriusa. Bo pod sceną garstka ludzi nie bawiła się w ogóle. Szkoda. Można było usłyszeć okrzyki "chujowo", artykułowane przez podstarzałego i przy okazji nieco zżulałego punka. Ten sam jegomość raczył też krzyczeć "mniej hardkora, więcej panka". Koniec koncertu ok. 21:30.




fot. Baks

Po przyjeździe do domu posłuchałem ich "The Solds Out" z 2010 r. i epki "Any Road" z 2011 r. (obie za darmo udostępnione przez zespół). Ostatnią pozycją w ich dyskografii jest wydana w tym roku epka "Basement for Me". Niestety tam już nie ma tej energii. Nie wypalił też - z powodu skrócenia trasy - koncert na Berzie w Rudzie Śl.>

O 21:55 zaczął się występ płockich PODWÓRKOWYCH CHULIGANÓW. Wcześniej widziałem ich 2 razy, jeszcze przed wydaniem trzeciego albumu pt. "Na pohybel!", wydanej nakładem Lou & Rocked Boys. Albumu, który zdołałem przesłuchać tylko raz. Nuda, nuda, nuda. Znaczną część warszawskiego setu stanowiły właśnie piosenki z tejże płyty: "Vileda Army", "Autobusy", "Na pohybel", "Nie podoba mi się to", "Wybór", "Stadion bar", "Ostateczny dzień", "Mordercy", "Dżungla". Na szczęście usłyszeliśmy też co nieco z pierwszych 2 albumów, m.in. "Mój kumpel Joe", "Tumska", "Margarynę", "Alko-ska", a do tego "Extra mocne" i "Rude boy Janek" na bis. Co tu dużo pisać, właśnie na Podwórkowych Chuliganach publiczność, już bardzo licznie zebrana pod sceną, bawiła się najlepiej. Należy tylko wziąć pod uwagę, że to nie był koncert ska (czy tam ska-punkowy), to był zwyczajny, aczkolwiek bardzo dobry, koncert punkowy (no, z jakimiś skankowymi echami).






Jedyny elementem w 100% ska był człowiek widoczny na poniższym zdjęciu, samozwańczy Najświętszy i Jedyny Cud Władca Ska Świata Jego Wysokość SKADYKTATOR, czyli polskie wcielenie Laurela Aitkena. Na festiwalu pełniący także rolę konferansjera.

fot. Baks

Skadyktator aka Loruś czasem, jako jednoosobowy chórek, wspomagał Podwórkowych Chuliganów, a czasem raczej "pomagał". Słowa wokalisty PCh:

Lorusia nie ma, więc mozna pośpiewać.

w odpowiedzi
Skadyktator jest wszędzie!

O ile jednak Skadyktator coś wnosił do występu, to nie można tego powiedzieć o - zapewne naćpanym - Robercie Brylewskim, który chodził z tym swoim megafonem i wkurzał ludzi. Powinien sobie wziąć do serca "Old Punks Should Die" Colliny. I to jak najszybciej. Koncert zakończył się o 22:45.



Następnie na scenie zainstalowała się SCHIZMA. Przed dwoma laty w Krakowie na Tattoofest (oprócz nich wystąpili m.in. The Business) byli jedną z najlepszych kapel, jakie tam widziałem. Teraz pod scenę poszedłem tylko po to, by zrobić kilka zdjęć. Muzyka w ogóle mi się nie podobała. Za bardzo metalowo, za mało hardkorowo. To już nie jest to. Zakończyli kwadrans przed północą.








Wreszcie, z 1,5-godzinnym opóźnieniem, miała zagrać jedna z dwóch największych gwiazd Brutal Sound Fest, BUZZCOCKS. Kapela założona w 1976 r. w brytyjskim Bolton. Zespół, który można zaliczyć do najważniejszych zespołów pierwszej fali punk rocka. Nagrywają do dzisiaj (ostatni album to wydany 6 lat temu "Flat-Pack Philosophy"), ale lata świetności mają już za sobą. Tak czy siak, to legenda, którą trzeba było zobaczyć, nawet gdyby obecnie nagrywali dubstepy lub inny modny chłam.

Mimo iż akustyk zespołu ustawiał sprzęt przez PONAD 30 minut, przez co koncert zaczął się dopiero ok. 0:37, przez pierwsze 2 piosenki pod sceną było słychać jeden wielki hałas. Istna kakofonia. Szybko trzeba było się ewakuować na bezpieczną dla uszu odległość. Na tarasie było słychać trochę lepiej, tylko trochę!



Dopiero po chwili ogarnięto sytuację i wreszcie zespół zaczął jakoś brzmieć. Tylko co z tego, skoro panowie z Buzzcocks po prostu przynudzali. Czasem urządzali sobie jakieś jam session, improwizacje itd. Publiczność usłyszała m.in. "Get on Our Own", "I Don't Mind", "Fast Cars", "Autonomy" i "Nothing Left". Dobrze, że na bis zagrali "Ever Fallen In Love" i "Orgasm Addict", co zrekompensowało resztę koncertu. O 1:40 zakończyli swoje "show".





fot. Aneta Stańska


fot. Baks


fot. Baks


fot. Aneta Stańska


O 2:10, czyli 2 godziny później niż napisano na biletach, swój koncert zaczęła kolejna brytyjska gwiazda - COCKNEY REJECTS. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, w ich przypadku nie było żadnego przynudzania. Było tak, jak powinno być na koncercie oi!-owej legendy. Zagrali m.in. "Oi! Oi! Oi!", "East End", "We Can Do Anything", "The Power & The Glory". Nie zabrakło też hymnu West Hamu, "I'm Forever Blowing Bubbles". Jakież było moje - reszty publiki zresztą też - zdziwienie, gdy po 25 minutach zakończyli swój występ. Sam zespół wydawał się tym skonsternowany. Sytuacji nie polepszyło wytłumaczenie, zdaje się Brylewskiego, że Cockney Rejects musiało zejść ze sceny, bo... czeka na nich samolot.



Jedno wiem na pewno, jeśli CR przyjadą jeszcze kiedyś do Polski to nie omieszkam przyjechać na ich koncert, bo grają wyśmienicie. I trochę żal, że w 2009 r. mając ich za miedzą (grali w zabrzańskim Wiatraku), wybrałem inny gig. Teraz wiem, że to był błąd.

fot. Baks


fot. Baks

fot. Baks

fot. Baks

fot. Baks

fot. Baks

Po koncercie, nie czekając na after party, postanowiliśmy jak najszybciej udać się w okolice Pałacu Kultury i Nauki, a nuż coś się będzie działo i jakoś szybciej minie prawie 5 godzin do odjazdu Polskiego Busa. Niestety wszystko było jeszcze pozamykane, więc chwilę, niektórzy drzemiąc, spędziliśmy na Dworcu Centralnym, później trochę czasu w McDonald's, na szczęście otwierają go o 5:30. Uwaga: w tym maku nie ma toalety dla klientów! Po wypiciu szejków, kawy i zjedzeniu tostów lub innych śniadaniowych rzeczy postanowiliśmy poszukać - ponownie w okolicy PKiN-u - jakiegoś kebaba. Na szczęście jest ich tam dostatek. Tanie, duże i nawet dobre, chociaż fanem baraniny nie jestem i już nie zostanę. W taki właśnie sposób minęła nam lwia część czasu pozostałego do odjazdu. Potem tylko, gdy zaczęło już świtać, wystarczyło podjechać autobusem na przystanek Politechnika, skąd metrem dojechaliśmy na stację Wilanowska, w pobliżu której jest "baza" Polskiego Busa. Pożegnał nas sam Stanisław Grzesiuk.


Podsumowanie

Wyjazd, mimo opóźnień, słabego występu Buzzcocks i krótkiego, ale treściwego, koncertu Cockney Rejects, zaliczam do udanych. Sam klub nie zachwycił - za mało miejsc do siedzenia, niezbyt dobre piwo, kiepskie i drogie jedzenie. Plus za strzałki prowadzące do FonoBaru. Plus dla ochrony, o dziwo całkiem sympatycznej. Chociaż nie ustrzegli się błędów. Zabierali np. niektórym ludziom łańcuchy od portfela. Jeśli takie było zarządzenie organizatora, to takie jest jego święte prawo, wszak to prywatna impreza. Jest jednak pewne "ale". Skoro nie wpuszczali z łańcuchami, to dlaczego wpuścili kolesia z paskiem naćwiekowanym 5-centymetrowymi ostrymi kolcami? W krakowie na Evil Conduct ochrona z takim sprzętem nie wpuszczała. I dobrze, bo to średnia przyjemność, gdy głupi ciul wpada z takimi akcesoriami na ludzi.

Największym minusem była sama Warszawa. Miasto, gdzie - zdaje się - w samym centrum trudno znaleźć budę z żarciem lub pizzerię. W ich poszukiwaniu trzeba przewędrować spory kawałek. Ciężko też było ze sklepami spożywczymi. Jeśli jakiś już pojawił się na horyzoncie, to akurat był zamknięty. Czy warszawiacy nie robią w soboty zakupów?

Jeśli w przyszłym roku organizatorzy wezmą sobie do serca uwagi uczestników to być może nie będę miał się do czego przyczepić. Tak czy siak, życzę im powodzenia i czekam na następną edycję!

Wszystkie filmiki wykorzystane w tej relacji to dzieło Łukasza Gołębiewskiego, więcej znajdziecie na jego youtube. Część zdjęć, jak widać na podpisach, jest autorstwa Anety Stańskiej (album na FB) oraz Baksa (album na facebooku Brutal Sound Festival).