Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tora tora tora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tora tora tora. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

4.05.2013 - GoodBye Kitty vol. 6 - Katowice

Goodbye Kitty to nazwa cyklicznej imprezy organizowanej przez Goodbye Kitty Crew (a to ci niespodzianka, czyż nie?). Trochę historii: ekipa GKC powstała w 2008 r., na pierwszych 3 edycjach Goodbye Kitty grały kapele raczej mało znane, z mojego punktu widzenia do tych bardziej znanych zaliczał się grający crossover Świniopas. Po trzech edycjach Goodbye Kitty Crew zawiesiła działalność na 1,5 roku. Po tym czasie wznowili działalność, w poszerzonym składzie. Poszerzono też formułę samych koncertów. Zrezygnowano z hc, a postanowiono zaprosić zespoły grające różne odmiany punk rocka, oi! i ska-punk.

W 2011 r. w katowickim klubie Kultowa zagrali Podwórkowi Chuligani, Załoga Andrzeja i Bachor. Rok później, na 5. edycji, ponownie w tym samym klubie, zagrali: Bulbulators, Degeneracja, Skunx i po raz kolejny Bachor. Niestety miałem wątpliwą przyjemność być na tym koncercie, ale o tym trochę później.   

W tym roku organizatorzy zaprosili 5 zespołów: Tony Tarantula & his Bastards z Zagłębia, Headless Babies z Warszawy, Tora Tora Tora ze Śląska, The Sandals z Poznania oraz Pilsner Oiquell z Czech. Przez długi czas wahałem się, czy pojechać na koncert. 4/5 składu już widziałem, więc jakiegoś wielkiego ciśnienia nie było. 2 maja uznałem, że jednak nie chce mi się jechać, ale dzień później zmieniłem zdanie i zarezerwowałem 2 bilety (nie załapałem się już na te za 15 zł, ale i tak lepiej zapłacić 17 zł niż 20, ale to chyba oczywiste). Jak widać powiedzenie "Kobieta zmienna jest", może także dotyczyć facetów. Swoją drogą, wiedzieliście, że tytuł jednej z arii "Rigoletta" Giuseppe Verdiego to:
La donna è mobile
czyli "Kobieta jest zmienna"? Ot, taka ciekawostka.


Kolejność kapel, kilka dni przed koncertem, uległa zmianie, o czym organizatorzy poinformowali na facebooku:
jako pierwsi bez zmian Tony Tarantula & His Bastards
The Sandals
Pilsner Oiquell
Headless Babies
Tora Tora Tora !!!
Kolejnosc moze ulec zmianie tylko w przypadku The Sandals i Pilsner Oiquell
Koncert, jak widać na plakacie, miał zacząć się o godzinie 18, ale w takie bajki w naszym kraju już chyba nikt nie wierzy. A może jednak? Oczywiście zaczęło się z opóźnieniem (prawie 1,5 h). Bywały już w Polsce imprezy z opóźnieniem nawet 5-godzinnym, więc nie ma się co czepiać. Chciałbym jednak doczekać czasów, gdy godzina rozpoczęcia gigu będzie zgodna z tą podaną na plakatach/w zapowiedziach. W innych krajach da się, więc chyba nie wymagam zbyt wiele. Kolejność też się zmieniła, ale to akurat dobrze, bo można było się szybciej ewakuować do domu. Zwłaszcza, gdy nie chciało się widzieć pewnych zespołów.

Jako pierwsi, ok. 19:20, zagrali Tony Tarantula & his Bastards, czyli sajkowy zespół z Zagłębia. Projekt Maćka (perkusisty) powstały po zakończeniu w 2012 r. działalności Bela Lugosi Horror Orchestra (wielka szkoda, bo to naprawdę był dobry zespół). Tony'ego Tarantulę i jego bękarty widziałem do tej pory tylko raz, w maju ubiegłego roku, gdy grali na afterparty po katowickim marszu zombie. W porównaniu z tamtym koncertem widać, a właściwie to słychać, naprawdę spory progres. Na polskiej scenie psychobilly, która jest jeszcze mniejszą niszą niż scena ska (wiem, że ciężko w to uwierzyć), powoli wyrasta konkretny zawodnik. Kto wie, może za jakiś czas będzie to nasz sajkowy towar eksportowy. Pierwsze zagraniczne szlify mają już za sobą, bowiem w 2012 r. wystąpili na Psycho Therapy Fest w czeskim Vrchlabí. Żeby nie było zbyt dużo słodzenia - przydałoby się więcej piosenek po polsku!





Jeśli ktoś chciałby się zapoznać z twórczością zagłębiowskich fanów kiepskich horrorów i oldschoolowego grania w klimacie The Meteors czy The Meantraitors, to ma okazję, bo Tony Tarantula & his Bastards nagrali 2 demo-epki (obie dostępne na bandcampie). Oczywiście weźcie pod uwagę warunki w jakich je nagrano oraz sprzęt którym muzycy dysponują. 





Po prawie 30-minutowej przerwie, jako drudzy na scenie zameldowali się reprezentanci stolicy, Headless Babies. To właśnie ze względu na nich zdecydowałem się na przyjazd do Katowic. I bardzo dobrze zrobiłem, bo zagrali świetnie. Wcześniej nazwa zespołu obiła mi się o uszy, ale jestem leniwy z natury i nie chciało mi się sprawdzać, cóż to za twór. I to był błąd, bo grają tak, że nóżka sama chodzi. Ich muzyka skojarzyła mi się z grającymi brudnego rock'n'rolla przyprawionego punk rockiem i country The Blakauts - w zeszłym roku miałem przyjemność widzieć ich w akcji w Szczecinie (może w końcu skończę relację z tego wyjazdu). Warszawskie trio gra psychobilly/punk'n'roll i robi to elegancko. W ich secie było i trochę coverów ("I'm Your Man" Leonarda Cohena, "Jimmy Jazz" lewaków z The Clash, "Story Of My Life" Social Distortion), i trochę autorskich numerów, m.in. piosenka "Majtki", która znalazła się na ich demówce.



Chętnie kupiłbym to demo na jakimś tradycyjnym nośniku. Headless Babies zagrali także kawałek, który znajdzie się na pewnej specyficznej kompilacji, na którą pracuje śląski Castet. Co w niej takiego specyficznego? Długość utworów. Mają one trwać do 20 sekund. Nie powinien więc dziwić tytuł tej składanki - "Za krótko, za szybko". Kilka promocyjnych piosenek (będzie ponad 50 artystów), można przesłuchać TUTAJ

Wracając do koncertu. Szkoda, że pod sceną było mało ludzi (im bliżej końca setu, tym więcej ludzi dezerterowało spod sceny), większość jarała się Sandalsami i chujowymi Pilsnerami, więc olała dwie pierwsze kapele. Pewnie nieprędko Headless Babies znowu zagra na Śląsku, więc kto nie skorzystał z okazji i nie zobaczył ich w akcji teraz, ten ma pecha. 





Jako trzeci, ok. 21:40,  zagrali poznańscy The Sandals, zespół który widziałem już czterokrotnie. Jakimś wielkim fanem nie jestem, nie jestem też na bieżąco z ich wydawnictwami, jednak od czasu do czasu lubię ich posłuchać na żywo. W Katowicach Sandalsi zagrali na jedną gitarę (drugi gitarzysta nie mógł przyjechać z powodów rodzinnych), za to chwilami na dwa wokale (o ten drugi mogłaby się przyczepić scenowa milicja, ale cicho sza). Poniżej pewnego poziomu poznaniacy nie schodzą, więc nie mogło być lipy. Były hity z pierwszej płyty, takie jak "Piwo" czy "King Bruce Lee Karate Mistrz" Franka Kimono, był "Czerwiec '56" z epki o tym samym tytule, było co nieco z drugiego albumu i splitu "Oi! The Super Heroes" wydanego w zeszłym roku przez Bad Look Records, a nawet jakiś nowy kawałek. No i na koniec covery: biało-czerwona wersja "Yellow & Blue" Perkele (chociaż będąc na Górnym Śląsku ie musieli zmieniać kolorów) i "Młodzież z krańców wielkich miast" Ramzesa. Może nawet uda się odtworzyć całą setlistę, zobaczymy:

1. Rock'n'Roll
2. Czy pamiętasz?
3. Clockwork Army
4. Droga przez życie
5. Chuj bombki strzelił
6. King Bruce Lee Karate Mistrz (Franek Kimono cover)
7. Czas
8. I tak do zajebania
9. Piwo
10. Marching Orders cover
11. nowość
12. Niespotykanie spokojny człowiek
13. Uciec stąd
14. Czerwiec '56
15. White & Red (Perkele cover)
16. My młodzież z krańców wielkich miast (Ramzes & The Hooligans cover)
Koncert trwał godzinę i w jego czasie pod sceną wreszcie coś się działo. Niezbyt lubię towarzystwo spoconych półnagich facetów, więc grzecznie stałem sobie w bezpiecznej odległości.




 





Tego wieczoru miały zagrać jeszcze dwa zespoły: czeski Pilsner Oiquell i Tora Tora Tora. Tych pierwszych widziałem w 2010 r. przed Evil Conduct w Krakowie, gdzie zagrali tak słabo, że szkoda gadać, więc teraz nawet nie chciało mi się zostać na chociaż jednym kawałku. Tora Tora Tora to też nic ciekawego, zwłaszcza jeśli było się na ich koncertach kilka razy, więc spokojnie i o ludzkiej porze można było jechać do domu.

W tym roku na Goodbye Kitty zdecydowanie było lepiej niż rok temu. Wtedy było tak chujowo (starałem się znaleźć jakieś niewulgarne określenie, ale żadne nie oddawało tego zbyt dobrze), że wyszedłem z klubu przed Bulbulators, których jestem fanem. W tym roku ludzi dużo mniej (a przy okazji mniej ubiegłorocznej menażerii, co akurat było plusem) i mimo wszystko jakaś kiepska atmosfera. Może "udana" majówkowa pogoda zrobiła swoje? Muzycznie bardzo dobrze, towarzysko też niekiepsko, aczkolwiek to nie Tik Tak Punk Rock Memoriał w Czerwionce, gdzie samo witanie się ze znajomymi trwa często dłużej niż koncert jakiejś kapeli.

Koncert odbył się w klubie Granda, w tym samym miejscu była wcześniej Kultowa. Sam klub niewiele się zmienił. Jedyna zmiana w wystroju polegała chyba na ściągnięciu zdjęć/plakatów Kultu i Kazika. Barmanki dość ładne, za to lane piwo i ciemne, i jasne (podobno czeski Litovel) paskudne w smaku. Jedyne plusy tego piwa to to, że było zimne i mokre (no i w rozsądnej cenie - 5 zł; podczas gdy butelkowe od 7 zł). W Kultowej ceny bardziej szarpały kieszeń. Pod sceną w Grandzie jest jeszcze mniej miejsca niż w dawnej Kultowej, poświęcono trochę miejsca na stanowisko akustyka, i rzeczywiście było lepiej niż kiedyś.

Trzeba napisać o bramkarzach. Normalnie szok, bo pełna kulturka: dzień dobry, dobranoc itd.. Niby nic, ale takie szczegóły się liczą.

Już powoli kończąc mała uwaga... modowa, wszak w pankroku ubiór to podstawa. O dziwo, niewielu było delikwentów łączących pasek z szelkami (raptem dwóch, więc tendencja spadkowa). Królowały jednak, raczej wśród młodszych osób, szelki typu "pasy od malucha" (mistrzem był typ w biało-czerwonych szelach). Oprócz tego wiecznie żywe rozciągnięte polówki. Dało się zauważyć koszulki marnych kapel i tych fajniejszych (żeby nie było niedomówień, fajne są te, których słucham, inne kapele = syf, cytując tekst pewnego skuterowego gangu): Kult, Disturbed, NOFX, Dead Kennedys, Horrorshow, Ramzes & The Hooligans, The Gits, MiSanDao. Można było zauważyć skinów prosto z żurnala i jabolową punkową młodzież, która początkowo brylowała pod sceną. Ech, jak się pomyśli o czasach, gdy miało się naście lat, kubki smakowe nie buntowały się przy "degustowaniu" jaboli, a pogować chciało się nawet przy Maryli Rodowicz... To byli czasy.  

Na koniec jeszcze zdjęcia parkietu w czasie koncertów 3 pierwszych kapel:











Autorem wszystkich zdjęć jest xbetonx, więcej znajdziecie na jego blogu - xbetonx.blogspot.com.

niedziela, 6 stycznia 2013

10.11.2012 - Pils, HardCase, Krangshaft, Tora Tora Tora - Ruda Śląska

10 listopada po raz kolejny odwiedziłem Berzę w Rudzie Śląskiej. Tym razem okazją był koncert Punk vs. Hardcore, 2 kapele hardcore'owe i 2 punkowe.


W porównaniu do poprzedniego gigu (ON2B i Inkwizycja), tym razem pojawiło się więcej ludzi. Jako pierwsi zagrali reprezentanci śląskiego hc - HardCase. Gdy widziałem ich pierwszy raz, w katowickiej Zaszytej, to zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Teraz niestety już tak dobrze nie było, ot poprawny hardcore punk, nic ponadto. 

Po HardCase przyszła kolej na reprezentantów Tychów, czyli Pils. To ich debiut w Rudzie Śląskiej. Ostatnio widziałem ich ponad rok temu w Sosnowcu, w trochę innym składzie. Tak czy siak, ten zespół zawsze gra dobre koncerty. Nie inaczej było i tym razem.  

Swój debiutancki album pt. "Punk Rock Gang" wydali w 2008 r. (minęło już prawie 5 lat, ależ ten czas leci) i to właśnie z niego pochodziła większość zaśpiewanych piosenek, m.in. tytułowy "Punk Rock Gang", "Idź się pierdol", "Psychiatryk", "Płonie Warszawa" (czyżby zapowiedź zadym z okazji 11 listopada?). Oczywiście nie mogło zabraknąć hitów ze świetnej demówki, czyli "Nie chodzi nam o miłość", "Świnie" i "Tyski song".    




Po zakończeniu jednego z utworów, pewna załogantka w typie B.O.P.P. (słuchacze Lumpex'75 powinni wiedzieć o co chodzi) usilnie domagała się, by Pilsi zagrali jej cokolwiek, obojętnie co (cóż, widać że raczej nie ogarniała, co to za zespół gra), a ona w tym czasie zaśpiewa, a właściwie "zaśpiewa". Niestety zlitowali się nad nią i skłoterka zaczęła się wydzierać, jak nieboskie stworzenie. Ciekaw jestem, czy sama "wokalistka" wiedziała, co tam charczy. Zapewne była to kolejna fanka crust punka.


Wśród publiczności był m.in. Iglak, wokalista Bulbulators, został więc zaproszony do zaśpiewania numeru Ramones, znanego chociażby z koncertów jego macierzystego zespołu. Lipy nie było, parafrazując Hardcorowego Koksa.





Nie był to jedyny ramonesowy akcent, bowiem Pilsi zaśpiewali też "Bonzo rusza na Bittburg" (na wydanej bodaj w 2011 r. kompilacji "Poland 4 Ramones" utwór ten wykonał Włochaty, Pilsi natomiast nagrali nań polską wersję "Let’s go").


Także nowe kawałki, jak np. "Punk Rock Song", brzmiały bardzo dobrze. Myślę, że nie tylko ja chciałbym wreszcie dostać w swe łapska drugi album Pilsów.

Gdy kapela skończyła swój set i zaczęła zwijać sprzęt wspomniany wcześniej Igla, krzycząc "tyskie psy, tyskie psy", najgłośniej domagał się bisu. Co w tej sytuacji mili zrobić Pilsi? No musieli po prostu zagrać.

Był już hardcore i był punk rock, więc nadeszła pora na kolejną kapelę hc - Krangshaft, hardcore prosto ze śląskiej hałdy. Na koncercie tym do zespołu oficjalnie dołączył Dylek, współzałożyciel HardCase. 

Krangshaft to w miarę młody twór na śląskiej scenie, istnieją od 2009 r. Widziałem ich po raz pierwszy i grali całkiem fajnie, ale minusem była długość utworów. W hc ma być szybko i na temat. Im utwory są dłuższe, tym wg mnie nudniejsze. Na koniec zagrali covery nowojorskich kapel, m.in. Sick Of It All . Mimo wszystko chętnie zobaczę ich jeszcze raz, w jakimś normalnym klubie.

Na samym końcu miał zagrać zespół Tora Tora Tora, ale niestety ustawiali się tak długo, że musiałem już iść na tramwaj, zwłaszcza że następnego dnia wracałem do Rudy, tym razem w celach sportowych. Właściwie to żadna strata, bo TTT widziałem już kilka razy i fanem nie jestem. 

Koncert, jak się później dowiedziałem, zakończył się zadymą. Ludziom, którzy przyjechali z TTT (lub też przyjechali na nich) bardzo przeszkadzał zakaz palenia w sali koncertowej, na który wyczuleni są mieszkańcy Berzy. Cytując Fakira, notabene obecnego także na Berzie, "jebac tych ciuli"!


niedziela, 19 sierpnia 2012

10.08.2012 - Tora Tora Tora, Los Perdidos - Chorzów

W piątek, 10 sierpnia, w chorzowskim Rebel Garden Cafe odbyła się druga edycja "Rebel Rock". Na pierwszej edycji zagrały TU-100, Pataconez i Organized Noiz - nazwy, które absolutnie nic mi nie mówią. Druga edycja to polska Tora Tora Tora oraz Los Perdidos, z - wbrew brzmiącej z hiszpańska nazwie - czeskiego Holešova. Koncert, o czym informuje nas plakat, odbył się w ramach projektu "Łączy nas Olza" stowarzyszenia Grupa Twórcza "Ocochodzi". Projekt realizowany jest przy wsparciu chorzowskiego Urzędu Miasta, dlatego też, zapewne, wstęp był wolny.


Na początek napiszę co nieco o klubie, a właściwie knajpie lub - jak sami o sobie piszą - klubokawiarni. Rebel Garden położone jest w dość niecodziennym sąsiedztwie. Mianowicie, tuż obok Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, a konkretnie przy jego bramie głównej. Przed samym koncertem zastanawiałem się, gdzie dokładnie będzie scena, bo - jak widać na zdjęciu - budynek z zewnątrz nie wygląda na zbyt duży, w środku też nie ma za wiele przestrzeni albo, jak kto woli, jest bardzo kameralny. Warto wspomnieć, że wcześniej w budynku tym było... terrarium.

zdjęcie z oficjalnej strony Rebel Garden Cafe (http://www.garden.republikarebel.pl/o-nas )
Okazało się, że koncert będzie przed budynkiem. W miejscu, gdzie na zdjęciu stoją ludzie, stały parasole, a kawałek dalej na prawo - scena. Skoro jesteśmy przy opisie lokalu, grzechem byłoby nie wspomnieć o wyszynku. A jest o czym wspominać. Pozwólcie, że zacytuję fragment "Wieści spod bramy" z lutego ubiegłego roku:

Nie jesteśmy pewni, czy w Rebel Garden Cafe jest największy wybór herbat (choć jest duży), ale na 100 procent mamy największy wśród lokali w WPKiW wybór piw – i to jakich! W Polsce – na szczęście – wciąż działają małe browary, wypuszczające w świat pyszne piwa. Można więc u nas „powalczyć ze smokami” – kosztując cztery rodzaje piwnych Smoków z browaru Fortuna. Witnica – ten browar z ziemi lubuskiej ostatnio dał o sobie znać, wypuszczając piwa Miodowe, Cytrynowe, Celtyckie ciemne... – także dostępne w Rebel Garden. A jeżeli już mowa o piwach miodowych – kultowe jest już oferowane u nas piwo Miodowe z browaru Ciechan. Nie ograniczamy się jednak do polskich piw. Tylko u nas lejemy z kega słynnego Radegasta. Wybór czeskich piwa też może zaskoczyć: od jasnych typu pils po piwa ciemne, czy pszeniczne. Proponujemy piwa m.in. z browarów Cerna Hora, Primator, Jezek, Janacek, Gambrinus i... długo by wymieniać. W końcu skok za wschodnią granicę – proponujemy piwa z ukraińskiego browaru Obolon. Ba!, a co powiedzieć o piwie o znajomej nazwie Rebel? Nic, tylko kosztować – byle z głową..

Przejdźmy jednak do koncertu. Park Śląski (dawniej WPKiW) to miejsce licznie odwiedzane przez Ślązaków, zarówno tych jeżdżących na rowerach czy rolkach, jak i tych, którzy po prostu spacerują, wszak lepiej iść do parku niż do kolejnej galerii handlowej. Gdy ok. 19:00 przybyłem pod Rebel Garden Cafe, pod parasolami siedziało już trochę ludzi (zarówno takich, którzy przyszli na piwo, jak i takich, którzy pojawili się przede wszystkim ze względu na koncert, na piwo oczywiście też), w okolicy także dało się zauważyć nieprzypadkowych osobników. Jako pierwszy, ok. 20:00, na scenę wszedł zespół Tora Tora Tora (po japońsku będzie to wyglądało tak: トラ・トラ・トラ!, taka ciekawostka).

Tora Tora Tora to kapela z Katowic, po części z pobliskiego Os. Tysiąclecia. W jej skład wchodzą Sid (wokal) oraz Jabol (perkusja) znani ze ZBEERA (na koncie 3 albumy). Skład dopełniają Pafeł i Hołek na gitarach oraz Cham na basie. Co grają? Punk rocka, rzecz jasna. Jak sami piszą o swojej muzyce:

Chcemy pokazać że grać prosto, nie znaczy od razu prostacko, że z gitar można wycisnąć naprawdę sympatyczne dzwięki. W naszych utworach stawiamy na dosyć rozwiniętą linię melodyczną , punkową zajadłość, oraz, mamy nadzieję niebanalne texty .

TTT widziałem wcześniej ze 2 lub 3 razy. Gdy byłem na ich koncercie po raz pierwszy -  na gigu z okazji 10-tych urodzin Parku Wolności - czekałem, zresztą jak większość publiki, głównie na piosenki Zbeera. Zagrali wtedy m.in. "Kumpli". O, mam nawet zdjęcie ich setlisty.


Teraz, ponad 1,5 roku później, cały set stanowiły piosenki Tory - aczkolwiek mogę się mylić, wszak sami wiecie, piwo, nawet w niedużych ilościach, różnie wpływa na percepcję. Zagrali m.in. "Czego chcesz?", "Jak mam cię kochać Polsko?", "Adrenaline", "Neonowy sen" (o swoim mieście)" Drzwi" oraz firmowy numer "Tora Tora Tora". Miejscami Sida było niezbyt dobrze słychać, ale ogólnie występ jak najbardziej na plus. Ludzie jednak woleli siedzieć/stać i pić piwo, niż ruszyć pod scenę.  

Już przy pierwszych taktach, przy Rebel Garden zaczęli się zatrzymywać przypadkowi przechodnie oraz rowerzyści. Część, o dziwo, nie uciekła w popłochu. Ba, niektórzy nawet zostali do końca. Jak widać, jednak ten punk rock nie taki zły, jak go malują.

Po lokalsach z TTT na scenę weszli Czesi z Los Perdidos (po czesku "Ztracenci"). Wcześniej nazywali się Rozdílné podoby i śpiewali po czesku, jednak kiedy w Meksyku indiańscy rebelianci zaczęli walczyć o swoje prawa, postanowili zmienić nazwę oraz śpiewać po hiszpańsku (śpiewanie po czesku wydawało im się smutne i mroczne), co zdecydowanie wyróżnia ich spośród kapel zza naszej południowej granicy. Od tamtego czasu swoją muzykę określają mianem "chiapas punk". Chiapas, od nazwy stanu w południowym Meksyku, gdzie od 1994 r. działa rebeliancka Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego. Ich muzyka, mimo określenia "punk", to mieszanina różnych stylów - oprócz punk rocka i muzyki latynoskiej, także ska, reggae (nawet tego heavy) i rocka. Najprościej byłoby napisać, że grają wypadkową muzyki Ska-P, Manu Chao i... no właśnie, sam nie wiem czego jeszcze.

Los Perdidos to kwintet, w skład którego wchodzą perkusista Stráťa, basista Šefča, gitarzyści Madruga i  Segafredo oraz wokalista Padre. Do tej pory dorobili się 2 albumów, "Somos Los Perdidos" z 2009 r. i "Poco Dinero" z 2011 r. (a także kilka nieoficjalnych wydawnictw). Mający greckie korzenie Padre, kilka lat mieszkał w hiszpańskiej Andaluzji, później dołączył do niego także Madruga. Żeby dopełnić ich umiędzynarodowienie warto dodać, że basista regularnie jeździ do Chin. 

W czasie koncertu w Chorzowie, Los Perdidos zaprezentowali - oczywiście jak już dostali piwo (mam nadzieję, że jakieś polskie), którego w pewnym momencie zaczęli się domagać - zarówno własne kompozycje, jak i covery. Wymienić można np. "Somos Los Perdidos", "La cucaracha", "Poco Dinero", "Validez de la esperanza", "¡Viva Zapata!" (chyba najlepszy kawałek na koncercie), "Bora Bora Bora" czy "Welcome to Tijuana" z repertuaru Manu Chao.

Podsumowując występ czeskich Latynosów: zagrali bardzo sprawnie, porwali nawet do tańca kilka osób, plusem był także język. Czasem jednak brakowało im energii i po prostu przynudzali. Myślę, że pomogłoby tutaj poszerzenie instrumentarium o jakieś dęciaki, chociażby jeden saksofon lub trąbkę. Jest też inny minus - długość występu. Był po prostu za długi, jestem zdania, że lepszy niedosyt niż przesyt. O 22:30 opuszczałem progi Rebel Garden Cafe już nieco znużony ich graniem. Nie mam pojęcia, jak długo potem jeszcze grali. Tak czy siak, wypad uznaję za udany. Zawsze warto poznawać nowe kapele.
 
Zdjęcia z koncertu autorstwa Tomka Stefanika (Stef-Foto) - album na facebooku: