niedziela, 15 września 2013

13.12.2012 - Ziggie Piggie & Gabi Mystic, The Bartenders meet Dr. Ring-Ding - Sosnowiec

Podobno jeśli powiedziało się A, to trzeba także powiedzieć B. W drugą stronę ta zasada chyba także działa, więc skoro już w ostatnim wpisie (lub, jak kto woli, blogonotce) napomknąłem o pewnym koncercie Ziggie Piggie, wypadałoby napisać o nim nieco więcej. Zaczynamy!

W grudniu ubiegłego roku The Bartenders, czyli ska-jazzowe combo wprost z Warszawy, po raz trzeci połączyli swoje siły z Dr. Ring-Dingiem vel Ryśkiem. W trakcie wspólnej minitrasy po Polsce odwiedzili 4 miasta: Sosnowiec, Warszawę, Wrocław i Poznań. W poszczególnych miastach Barmanów i Doktora wspierali CT-Tones, Las Melinas i wspomniane wcześniej sosnowieckie Ziggie Piggie. Miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie na pierwszym przystanku trasy The Bartenders meet Dr. Ring-Ding! Exclusive Ska Reggae Dancehall Show!, który odbył się w sosnowieckim klubie 2Doors

Pretekstem do kolejnego - już trzeciego - spotkania The Bartenders i Dr. Ring-Dinga była premiera "Piping Hot", 15 studyjnego albumu w dorobku tego ostatniego (płyta została nagrana pod szyldem Dr. Ring Ding Ska-Vaganza - połączone siły Ring-Dinga i barcelońskiego Freedom Street Band oraz muzyków z kilku innych zespołów, nie zabrakło także Doreen Shaffer). Album ten, po flircie Doktora m.in. z dancehallem, miał być powrotem do tradycyjnego ska, muzyki znanej z debiutanckiego "Dandimite!", wydanego w 1995 r. z The Senior Allstars.





Kolejność występów miała wyglądać tak:

★ 19:00 / Dr Love
★ 20:00 / Ziggie Piggie & Gabi Mystic
★ 21:00 / The Bartenders meet Dr. Ring Ding
po koncercie afterparty -> Dr Love

Niestety koncertowa rzeczywistość w Polsce często z zapowiedziami (zwłaszcza dotyczącymi godzin występów) ma niewiele wspólnego. Tak było i tym razem. Podobno - takie chodziły słuchy - to zasługa właściciela lokalu, który czekał aż pojawi się więcej ludzi. Ile w tym prawdy, nie wiem. 

Ziggie Piggie zaczęło grać po 21. W tekście o Open Ska Festivalu wspominałem o często zmieniającym się składzie zespołu, 13 grudnia w klubie 2Doors, oprócz jedynego stałego członka kapeli, czyli Stecyka, zagrali Victor Quero, Bogusia Ludwińska (znana m.in. z nieistniejącego już zespołu Banda de Chicas), Janusz Rutkowski i Mikołaj Tabako (dwaj ostatni, rzecz jasna, to członkowie The Bartenders). W rolę wokalistki wcieliła się Gabi Budzianowska (Natural Mystic Akustycznie) - to głównie ona udzielała się wokalnie na płycie "Old Songs".   




Na początek Ziggie Piggie zagrało instrumentalne intro, potem "Live up" i "Same old songs". Później była mała przerwa spowodowana... oświadczynami. Tak jest, pewien dżentelmen - o czym została wcześniej uprzedzona Gabi, która dokonała odpowiedniej zapowiedzi - oświadczył się na scenie swojej pani, wielkiej fance Ziggie Piggie. Cóż wtedy mógł zagrać zespół, jeśli nie "I love you"? Następnie publiczność usłyszała "Why oh", "Shake", "Rude girl" i... koniec (dokładnie o 21:39). Gabi akurat zapowiada "Pied Piper", a tu zonk - lekko zdezorientowani muzycy muszą schodzić ze sceny. Szansa, że znowu zobaczy się ten zespół z dwoma dęciakami jest niewielka, więc tym bardziej szkoda. 

Zarówno Barmanów, jak i Doktorka widziałem w akcji tylko po jednym razie. Barmanów w 2011 r. w Oleśnie Śląskim na VII Majówce Reggae, natomiast Ring-Dinga - w wersji soundsystemowej - 3 lata wcześniej w Częstochowie na X urodzinach Rub Pulse, nic więc dziwnego, że nastawiałem się, delikatnie mówiąc, na prawdziwą ska petardę. I się nie zawiodłem!
 
Kiedy byłem  na The Bartenders w Oleśnie Śląskim, na wokalu był trębacz Mikołaj Tabako. Wtedy był to najsłabszy element w zespole. Później do zespołu dokooptowano Kubę Sadowskiego (znanego także jako Earl Jacob), który notabene za niecały tydzień - po 3 latach grania z Barmanami - odchodzi z zespołu. Przed sosnowieckim gigiem obejrzałem kilka filmików z koncertów Bartendersów i niestety nie powalił mnie wokal Kuby, miało się wrażenie, jakby nie do końca czuł ska. Daleko mu było do jego imiennika, pierwszego wokalisty The Bartenders Kuby Wirusa.  


W Sosnowcu szybko jednak zmieniłem zdanie. Dawał chłopak radę. Ach, jak on zaśpiewał kawałek "Warszawo" (autorstwa perkusisty Marka Gonzáleza)! Utwór ten jest tak przesiąknięty emocjami do swego (rodzinnego czy przybranego) miasta, że trzeba - no po prostu trzeba i już - zatrzymać się przy nim chwilę dłużej.  

Warszawo, Warszawo, Warszawo!
Kto raz w sercu miał cię, stracony,
Kto poznał twój cień, naznaczony,
Bliznami miłości i brzytwy,
Kto zna twe gonitwy,
Wiślany smak żytni,
Gdy drą się rybitwy,
Na zawsze twój jest.

Warszawo, Warszawo, Warszawo! 
Kto dachy twe schodził nocami,
Kto widział jak lśnisz latarniami,
Skąpana w granacie przedświtu,
Kto kół pierwszych zgrzytu,
Nie kryjąc zachwytu,
Wysłuchał, ten nigdy,
Nie zapomni cię.
Gdy Ślązak - a jak wiadomo, na Górnym Śląsku nie darzy się zbytnią estymą stolicy i warszawiaków - zachwyca się utworem o Warszawie, to coś w nim musi być. Chciałbym, aby kiedyś ktoś napisał podobny utwór właśnie o Brudnym Południu. Na punkowym podwórku coś już powstało (miejsca dość, więc też sobie zacytuje, wszak dobre teksty trzeba promować):

niebo waży milion ton i ma kolor rtęci
pewnie poszłoby na złom, gdyby dało się odkręcić

to nie złota polska jesień, tylko czarna śląska zima
świat w niskiej rozdzielczości - taki mikroklimat

sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
Bobrek, Zaborze, Ligota i Fryna
Bobrek, Zaborze, Ligota i Fryna

nie jest łatwo o oddech, ale trzeba sobie radzić,
czarny kleks na życiorysie, pęknięcie w krajobrazie

sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
sam dobrze nie wiem, co mnie tu trzyma
Bobrek, Zaborze, Ligota i Fryna
Bobrek, Zaborze, Ligota i Fryna'
(Whitman - Fryna) 
Teraz pozostaje czekać na ska ze śląską duszą.

Mimo iż stołeczni ska-jazzowcy zagrali bodajże tylko 3 utwory (w tym "I need you" z debiutanckiej epki) to było naprawdę zawodowo. Trzeba będzie w końcu wybrać się do Warszawy na ich koncert! 

Po tych kilku utworach z repertuaru The Bartenders, zespół przekształcił się w backing band, bo na scenie pojawił się Richard Alexander Jung, czyli Dr. Ring-Ding. Współpraca Junga z warszawskim combo zaczęła się, gdy został zaproszony do zaśpiewania w jednym z utworów na debiutanckim albumie Bartendersów. Album ten, po wielu perypetiach, ukazał się nakładem Fonografiki w kwietniu 2013 r. 


I tutaj, bez zbędnego ociągania, zaczęło się szaleństwo. Co prawda był to koncert promujący album "Piping Hot", jednak utworów z tej płyty było najmniej, co dziwić nie powinno, wszak Dr. Ring-Ding jest artystą niezwykle płodnym (co rusz pojawiają się nowe produkcje, zarówno kooperacje z artystami z różnych zakątków świata, jak i autorskie numery). Oprócz artystycznej płodności Doktorka, warto wspomnieć o swobodzie z jaką porusza się po różnych gatunkach, niezależnie czy jest to tradycyjne ska lub ska-jazz, reggae, dancehall czy calypso. I w każdym z nich sprawdza się znakomicie.

W Sosnowcu zaprezentował solidną przekrojową dawkę jamajskiej muzyki: "Dandimite Ska", "Call Di Doctor", "Bad Company", "In The Mood For Ska", "Dancehall Nice Again", "The Needle", "Seven Days (One Week)", "Doctor's Darling", "Polish Vodka", "Push Wood", a z nowych piosenek "Trafficker", "Noah", "Sammy Don’t Go Out No More", "All Because I Love You". To oczywiście nie wszystko. Największą furorę zrobiła oczywiście "polska wódka", wszak jak to mówi Rysiek:

polska wódka smakuje bardzo dobrze



A gdy śpiewa się o wódce to wypadałoby zwilżyć nią gardło, co czym prędzej uczyniono.

Dr. Ring-Ding, jak można było się przekonać, to istne sceniczne zwierzę. Żartom, przekomarzaniom się z publicznością (a zwłaszcza z jednym człowiekiem) - także po polsku - nie było końca. Człowiek ten potrafiłby zmusić do zabawy nawet sztywniaków z polskiego Sejmu. Doktor, po bodaj trzykrotnym powrocie na scenę, skończył grać ok. 0:15. Publiczność pożegnano klasykiem, "Latin Goes Ska".

Gdy już Bartendersi i Ring-Ding zakończyli bisy na scenę wyszedł Dr Love i zaczęło się skandowanie "Rysiek, Rysiek, Rysiek". Rysiek wyszedł więc na scenę i rzekł:
wszystkie Ryśki to porządne chłopy
Już nie pamiętam, czy przed 13 grudnia "Piping Hot" w ogóle nie słuchałem, czy tylko przesłuchałem pobieżnie, ale po koncercie album stał się jednym z moich ulubionych, do dzisiaj często gości w moich głośnikach. A do następnego występu Ring-Dinga musiałem czekać aż do 13 lipca, ale o tym innym razem.

Kto czyta, ten lata (część 1)

Słuchanie muzyki i chodzenie na koncerty to jedno, warto jednak także o muzyce czytać, i to niekoniecznie o gatunkach, których słucha się na co dzień. Jeśli ktoś w miarę regularnie zagląda na tego bloga, to wie, że swego czasu polecałem książkę o Urbaniaku. Poniżej znajdziecie inne pozycje dotyczące muzyki, muzyków i subkultur, przede wszystkim biografie i autobiografie różnych artystów, ale nie tylko. Są tu i książki świetne, wręcz wybitne, i te tylko dobre, i takie nad którymi powinna zapaść kurtyna milczenia (nad okładką jest odpowiedni znaczek, żeby nie było wątpliwości).


John Lennon o sobie (wybór: Miles)

tytuł oryginału: John Lennon in His Own Words; Wydawnictwo Britannica, Poznań - Koszalin 1991, ISBN 83-85365-03-6



Marcin Babko - Irek Dudek: Ziuta Blues

In Rock, Poznań 2008, ISBN 978-83-60157-38-1



Zdzisław Skwara - Z piosenką i pistoletem przez wojnę

Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2004, ISBN 83-7399-056-9



Olga Jackowska, Kamil Sipowicz - Kora i Maanam. Podwójna linia życia

Iskry, Warszawa 1998, ISBN 83-207-1576-8
były, zdaje się, dwa różniące się okładkami wydania tej książki



Marcin Lewandowski - Język subkultury punków

Poznańskie Studia Polonistyczne, Poznań 2007, ISBN 978-83-8817-688-3



Bogdan Prejs - SUBkultury młodzieżowe. Bunt nie przemija

KOS, Katowice 2005, ISBN 83-89375-81-8




Mikołaj Lizut - PRL. Punk Rock Later

Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2003, ISBN 83-88807-31-5




Ryszard Marek Groński - Proca Dawida. Kabaret w przedsionku piekieł


Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, ISBN 978-83-7495-021-3



Penny Rimbaud - Zbuntowane życie 

tytuł oryginału: Shibboleth - My Revolting Life; Jirafa Roja, Warszawa 2006, ISBN 83-89143-58-5 




Marek Gaszyński - Pan Tadeusz Jazz czyli krajobraz po bitwie. Historia polskiego jazzu z lat 1945-1959 w sześciu księgach wierszem

Wydawnictwo Trio, Warszawa 2008, ISBN 978-83-7436-164-4


Maciej Chłopek - Bikiniarze: pierwsza polska subkultura

Wydawnictwo Akademickie "Żak", Warszawa 2005, ISBN 83-89501-27-9



Louis Armstrong - Moje życie w Nowym Orleanie

tytuł oryginału: My Life in New Orleans; Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 1974



Andrzej Makowiecki - Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego

Agora, Warszawa 2011, ISBN 978-832-680-357-4



Terry Teachout - Pops. Życie Louisa Armstronga

tytuł oryginału: Pops. A Life of Louis Armstrong; Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011, ISBN 978-83-245-8985-2



Miles Davis (przy współpracy Quincy'ego Troupe'a) - Miles. Autobiografia

tytuł oryginału: Miles. The Autobiography; Constanti, Warszawa 2006, ISBN 83-923317-4-5



Jerzy Radliński - Obywatel Jazz

Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 1967



Marek Gaszyński - Fruwa twoja marynara

Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, ISBN 83-7469-427-0



Zofia Komedowa Trzcińska - Komeda, Zośka i inni

J. P. - Poland, Warszawa 1996, ISBN 83-906497-0-5




Tytuł "Kto czyta, ten lata" wziął się od mojego polonisty z czasów szkoły średniej, który - jak opowiadał - kiedyś na wakacjach usłyszał te słowa od pewnego dzieciaka i od tego czasu zawsze powtarzał je swoim uczniom, chciał nawet wymalować to hasło wielkimi literami na ścianie.

wtorek, 10 września 2013

27.07.2013 - Open Ska Festival: Jumanji, Ziggie Piggie, Big Mandrake - Sosnowiec

W sobotę 27 lipca w sosnowieckim pubie Siwy Dym odbył się Open Ska Festival, koncert inaugurujący działalność Tone2Tone (o której pisałem tutaj), grupy pasjonatów ska i innych gatunków mających swe korzenie na Jamajce. Co prawda słowo "festival" mogło trochę mylić, bowiem w Siwym Dymie zagrały tylko 3 zespoły, powiedzmy jednak, że to licentia poetica organizatorów. 


Przejdźmy do rzeczy. W sobotę, kiedy słupek rtęci sięgał ponad 30 stopni, Katowice, do których zajrzałem przed gigiem były dosłownie opustoszałe. Istne miasto widmo. Nawet na ul. Mariackiej (nazywanej tu i ówdzie katowicką Stodolni), zwykle obleganej przez tłumy, było raptem ze 25 osób.Większość, co dziwić nie powinno, wybrała okoliczne zbiorniki wodne i baseny (takie jak chorzowska Fala). Wróżyło to, niestety, nie najlepiej frekwencji na koncercie. Jak się później okazało, jednak wcale aż tak źle nie było.

Gwiazdą sosnowieckiego koncertu miał być wenezuelski zespół Big Mandrake. Zespół grający... ska-punk. Tak jest, ska-punk, czyli gatunek którego fanem nie byłem, nie jestem i nie będę. Jak wiadomo, od każdej reguły podobno musi być jakiś wyjątek, i Big Mandrake takowym jest. Kto wie, może za jakiś czas przypasują tu słowa Marii von Ebner-Eschenbach:
Wyjątki nie zawsze są potwierdzeniem starej reguły: mogą być również zapowiedzią nowej.
Przed Wenezuelczykami zagrały 2 kapele: Jumanji oraz Ziggie Piggie. Ciekawostką miało być to, że ten drugi zespół miał zagrać głównie materiał se swojej debiutanckiej płyty "Light Smyk Music".

Występ pierwszego zespołu, czyli bytomskiego Jumanji, wolałem sobie odpuścić - "muzyka rockowa z elementami reggae i SKA wzbogacona o brzmienie skrzypiec" mnie nie kręci. No, byłem na końcówce koncertu, wcześniej także słyszałem próbkę ich twórczości i do mnie to nie trafia. Członkowie zespołu są jeszcze bardzo młodzi, więc kto wie, może za kilka lat ich muzyka wyewoluuje w nieco innym kierunku. Oby.

Po Jumanji na scenie zainstalowali się członkowie Ziggie Piggie, które tego wieczoru występowało w składzie Stecyk, Victor Quero, Rudi, Bart PapaJah, Gabi Mystic i Bartosz Mizera. Zespół ten przeszedł już tyle zmian personalnych, że ciężko to wszystko ogarnąć. Widziałem ich już wiele razy i chyba ani razu nie wystąpili w identycznym składzie. Ot, taka ciekawostka.


Niestety, podobnie jak na poprzednim koncercie Ziggie Piggie w Sosnowcu, na którym miałem przyjemność być (relacja pewnie będzie za jakiś czas; właściwej chronologii na tym blogu nie znajdziecie), zespół zanim tak naprawdę się rozkręcił już musiał kończyć. Organizatorzy Open Ska Festivalu obawiali się przerwania koncertu przez policję, tak jak to zdarzyło się przed 2 laty, gdy w tym samym miejscu Horrorshow świętował swoje XVI urodziny. Gwiazdą był wtedy francuski Skarface, który niestety nie pograł zbyt długo, bo przyjechała policja wezwana przez okolicznych mieszkańców, którym rzekomo przeszkadzała zbyt głośna muzyka. 






Na Open Ska Festivalu wokalistami Ziggie Piggie była Gabi Budzianowska (Natural Mystic, Natural Mystic Akustycznie) oraz... Tomasz Fabryczny, czyli Rudi (znany z Konopians i oczywiście Horrorshow). Zgodnie z zapowiedziami zespół - w tym niezbyt długim czasie - zaprezentował sporą dawkę hitów z "Light Smyk Music" (że wspomnę choćby o "Rudi Rude Boy", "69", "Skinhead Reggae Revolution" czy "Why Oh?!), ale było też co nieco z późniejszych nagrań (np. "I Love You" i "Same Old Song").

Przez chwilę na wokalu był także niejaki Żaba z nieodżałowanej kapeli Black Gang (co ja bym dał, żeby móc jeszcze raz zobaczy ich na żywo), który akurat obchodził urodziny.





Publiczność, co jakiś czas krzyczała "stare Ziggie Piggie", ciekaw jestem, czy chodziło raczej o skład występujący lata temu w sosnowieckim Nietoperzu, czy może o ten z pierwszej płyty (z dziewczynami na wokalu).

Cóż można napisać o samym występie Ziggie Piggie? Po chwilowym, niezbyt dobrze przyjętym przez dotychczasowych fanów, eksperymencie z elektroniką na singlu "Moonstomp" (i kilku koncertach promujących tenże krążek), zespół wrócił do korzeni. I chwała mu za to, bo naprawdę są profesjonalistami w tym, co robią. Jeśli ktoś będzie miał okazję, to polecam koncert Ziggie Piggie w Sosnowcu, na swoim terytorium. Zawsze jest jakaś taka inna, specyficzna atmosfera.

Po reprezentantach zagłębiowskiej szkoły ska, na scenie pojawili się goście z Caracas. Big Mandrake, bo o nim - jak łatwo się domyślić - mowa, do Polski przyjechali wprost z Czech. Jak można było przeczytać w zapowiedziach Open Ska Festivalu, Wenezuelczycy od 2005 r. byli co roku na trasie w Europie. Teraz, oprócz Czech i Polski, odwiedzili także Niemcy, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Austrię, Holandię, Szwajcarię i Słowenię. Ponad 1,5 miesiąca w trasie, robi wrażenie, zwłaszcza, że kokosów na tym nie zarobią.   

Big Mandrake do Europy przyjechali promować ubiegłoroczny album "La Fantástica Máquina Mágica" (dostępny do ściągnięcia na bandcamp) oraz tegoroczną epkę pt. "La Criminal Fábrica de Rumores", od tytułu tego ostatniego wzięła się nazwa całej trasy - The European Criminal Tour 2013.

Udostępnienie całego albumu do odsłuchu na soundcloud (zdaje się, że dopiero później wrzucono go na bandcamp) było strzałem w dziesiątkę. Przesłuchałem go przed koncertem raz, a potem kolejny i jeszcze jeden, i tak dobiłem do kilkunastu, a może i 20. Nie mogłem się już doczekać koncertu.




Na koncercie był prawdziwy ogień. Szybko doczekałem się "Ye Ye Ye", piosenki z ostatniego albumu, która już po pierwszym przesłuchaniu nie chciała opuścić mojej głowy. Nie zabrakło także "Estamos listos". Co jeszcze zagrali nie jestem w stanie napisać. Zresztą, nie to jest istotne. Istotne jest to, że Big Mandrake porwał do zabawy ludzi (na zdjęciach aż tak tego nie widać) i - co zawsze cieszy - sam także dobrze się bawił. 

Było i szybkie ska-punkowe tempo, było i niemalże reggae'owe zwalnianie. Dla każdego coś miłego. Dobry kontakt z publiką, solówki (zwłaszcza na dęciakach) i wygłupy na scenie, do tego trochę The Clash, Ramones i... muzyki bałkańskiej - po prostu energia, której chciałoby się doświadczać na wszystkich gigach. W bodajże 2 kawałkach gościnnie zagrał krajan Big Mandrake, Victor Quero. Ku uciesze bawiących się ludzi, nie pojawiła się policja, zespół więc grał i grał. 

Nie wiem, co w sobie mają hiszpańskojęzyczne zespoły, ale aż chce się ich słuchać. Może to zasługa języka, będącego miłą alternatywą dla obecnego wszędzie języka angielskiego, a może odpowiedni klimat w ich krajach? 











Szkoda tylko, że koncerty Big Mandrake były robione na ostatnią chwilę i kapela nie zdążyła umieścić Sosnowca i Warszawy na koszulkach zrobionych z okazji europejskiej trasy.

Jeszcze trochę publiki:




Podsumowując: żar lał się z nieba, komary postanowiły ugryźć publiczność dosłownie w każde (nawet zakryte) miejsce, a zespoły... Zespoły zaprezentowały się wręcz wyśmienicie. Nawet mieszkańcom okolicznych bloków podobało się tak bardzo, że nie zadzwonili na policję z uprzejmym donosem o zakłócaniu ciszy nocnej. Tak trzymać!

Autorem zdjęć jest Krzysztof Gajewski (Ska Delight, Tone2Tone).

A teraz zabieram się za czytanie relacji z koncertu Ziggie Piggie i Big Mandrake w Warszawie.

niedziela, 8 września 2013

31.08.2013 - VII Festiwal Reggae - Sosnowiec

W ostatnią sobotę sierpnia jedna z dzielnic Sosnowca po raz siódmy rozbrzmiała jamajskimi dźwiękami. Wszystko za sprawą kolejnej edycji Festiwalu Reggae (występującego wcześniej pod nazwą Festiwal Muzyki Reggae, Art Działań Różnych i Sportu Niecodziennego). W tym roku w Parku Leśna, któremu w 2011 r. nadano imię Jacka Kuronia, zagrały trzy zespoły - wbrew nazwie festiwalu, co cieszy, więcej miało być ska, niż reggae. 


W poprzednich latach w Kazimierzu Górniczym można było już zobaczyć kapele grające ska, ot chociażby Yellow Umbrella, Yellow Cup, Dr. Ring-Dinga czy Ziggie Piggie. W tym roku organizatorzy postawili na Skaferlatine z Francji oraz Całą Górę Barwinków, a także - najmłodszy w zestawie, reprezentant reggae - aYarise. 

Informacja o koncercie Skaferlatine, pojawiła się na facebooku zespołu już w czerwcu. Co prawda napisali, że zagrają na 6. edycji, ale co tam. Jeszcze nie widziałem ich w akcji, więc pojawiła się idealna okazja, i to niemalże tuż za miedzą. Gdy organizatorzy ogłosili oficjalną zapowiedź, chęć przyjazdu do Sosnowca tylko wzrosła.

Od początku nastawiałem się na zobaczenie wszystkich zespołów, ostrzyłem sobie zęby zwłaszcza na tak zachwalany przez wielu reggae'owy aYarise, czyli nowe wcielenie Comeyah. Do tego dodajmy Całą Górę Barwinków, która na początku sierpnia wydała nowy album pt. "Beat 2 Meet U" (jego zapowiedzią był klip do piosenki "Agro"), no i Francuzi. Czy potrzeba czegoś więcej na miłe spędzenie sobotniego wieczoru?

Niestety, jak to czasem bywa, plany zweryfikowało życie, a właściwie drogowcy, którzy rozkopali Katowice oraz KZK GOP. Mimo iż Kazimierz Górniczy jest oddalony o ok. 30-35 km, to jechałem tam dłużej niż do Krakowa (oddalonego o ponad 90 km). Idealnie pasuje tu utwór - bynajmniej nie ska czy reggae'owy - zatytułowany... "Jebać KZK GOP".



Na aYarise już się nie załapałem, za to zdążyłem na CGB. Ba, nawet na spokojnie można było wypić 2 piwa (w tym coś takiego, całkiem niezłe swoją drogą). Nie o piwie jednak chciałem napisać. 

Cała Góra Barwinków to jeden z najpopularniejszych polskich zespołów ska, ich utwory grane są w radiach, zespół występuje na wielkich festiwalach (Heineken Open'er Festival, Przystanek Woodstock), juwenaliach, zapraszany jest do TV, co pewnie nieraz naraziło członków zespołu na zarzuty o komercję i inne pierdoły (ze strony zwolenników "ska getta", rzecz jasna). Tak à propos, Miles Davis, jeden z najwybitniejszych jazzmanów w historii muzyki, w swojej autobiografii (ISBN 83-923317-4-5napisał:
Jako muzyk i jako artysta zawsze chciałem dotrzeć z moją muzyką do jak największej rzeszy ludzi. Nigdy się tego nie wstydziłem. Nigdy nie byłem zdania, że muzyka zwana "jazzem" była przeznaczona wyłącznie dla wąskiego grona albo powinna zostać zamknięta w muzeum pod szkłem jak tyle innych starych dzieł, uznanych za artystyczne Zawsze uważałem, że jazz musi dotrzeć do tylu ludzi, do ilu się da, tak samo jak muzyka popularna - a czemu nie? Nigdy nie podzielałem zdania, że mniej znaczy lepiej - że im mniej ludzi cię słucha, tym jesteś lepszy, bo twoja muzyka jest zbyt skomplikowana dla większej masy. Mnóstwo jazzmanów publicznie używa tego argumentu, że gdyby chcieli docierać do szerokiej publiczności, musieliby sprzeniewierzyć się swojej muzyce. A po cichu sami marzą, żeby słuchało ich jak najwięcej ludzi. Nie będę tu rzucał nazwiskami. To nie jest istotne. Ale zawsze uznawałem, że muzyka nie ma granic, nie ma wyznaczonych terytoriów, gdzie może się rozwijać i rozprzestrzeniać, że nie ma ograniczeń dla twórczości. Dobra muzyka pozostaje dobra niezależnie, jak się nazywa. I nigdy nie znosiłem kategoryzowania. Nigdy. Dla szufladek nie ma w muzyce miejsca. (...) W życiu chciałem tylko jednego: dąć w moją trąbkę, tworzyć muzykę i sztukę, komunikować moje emocje przez muzykę.
Oczywiście, kontrakt z Columbią oznaczał więcej pieniędzy, ale cóż złego, że ci płacą za twoją pracę, do tego płacą dobrze? Nigdy nie widziałem żadnej wartości w ubóstwie, ciężkiej doli i ogólnym dołku. Nie planowałem dla siebie takiego życia.          
Wstawcie sobie "ska" lub "reggae" zamiast "jazz" i będzie, jak znalazł. Barwinki istnieją od 2002 r., mają na koncie 4 albumy (ostatni to wspomniany wcześniej "Beat 2 Meet U") i od lat konsekwentnie grają (na koncie mają setki koncertów) i nagrywają muzykę ska, a przy okazji non stop się rozwijają. Porównajcie chociażby debiut z 2004 r. i "Kocham kłopoty" wydane 6 lat później. Jest progres? Jest! Przez te lata widziałem ich kilka razy i za każdym razem grali bardzo dobrze, nie inaczej było i tym razem. W Sosnowcu na ich koncercie pod sceną było rojno, i w większości nie byli to przypadkowi ludzie, którzy przyszli, bo akurat coś (nieistotne co) się działo. No chyba, że przypadkowi ludzie znają teksty grającej kapeli, wtedy życzyłbym sobie takowych delikwentów na wszystkich koncertach ska. Zespół zagrał bodajże co nieco z wszystkich płyt, w tym z mojej ulubionej "Kocham kłopoty" (np. "Bracia Strach"), a także z najnowszej, m.in. "Agro".
sprawdź to, na parkiecie już ciasno

to właśnie my, to właśnie my rozbujamy to miasto      
No i rozbujali. A skoro grali w Sosnowcu nie mogło zabraknąć także "Nie mam czasu", wszak klip do tej piosenki kręcili właśnie w tym mieście. Po zakończeniu setu nadeszła pora na bisy, byłem przekonany, że wśród nich znajdzie się "Rudi", a tu niespodzianka! Barwinki zagrały "Monkey Mana" (po polsku byłoby to "Z mąki man", wiadomo) plus coś z własnego repertuaru. Dla takich chwil warto chodzić na koncerty! 

Apel do Barwinków, do innych kapel także: gdy gracie jakiś cover, powiedzcie z łaski swojej, kto śpiewał go w oryginale, wszak nie każdy musi kojarzyć The Maytals, a jednak warto by klasykę poznawało jak najwięcej młodych ludzi. 

 



















 

Na koniec album "Beat 2 Meet U", od niedawna dostępny na spotify i deezerze. Ej, sprawdź to! Oczywiście płytę można także zakupić na stronie Fonografiki.


Niestety dobre koncerty zaczęły się i skończyły na Barwinkach. Największy zawód na sosnowieckim VII Festiwalu Reggae sprawił zespół z Francji. Przyznać muszę, że nigdy nie wgłębiałem się jakoś bardzo w twórczość Skaferlatine, jednak liczyłem na to, że zagrają ska, a nie jakieś nudziarstwa z kilkoma wartymi wspomnienia przebłyskami. Skaferlatie grał w Polsce dwa pojedyncze koncerty (w 1993 r. w Zgorzelcu i w 1994 r. w Dzierżoniowie) oraz trzy trasy: w 1996, 1997 i 2000 r. Zwieńczeniem tej ostatniej był koncert w Bogatyni, gdzie kapela swój ostatni koncert, później zawiesiła działalność i wróciła dopiero w zeszłym roku (grając ponownie w Bogatyni).

Skaferlatine był jednym z pierwszych zagranicznych zespołów ska, które odwiedziły nasz kraj. Ówczesne wojaże po Polsce, wraz z Makenem (DJ Bass Reprodukktor Xiądz Maken I), przyczyniły się do powstania piosenki "Mister Pracham", o czym powiedział zaproszony na scenę Maken. Cóż, może w latach 90. muzyka tego zespołu była czymś świeżym, zwłaszcza dla spragnionego ska polskiego słuchacza, ale teraz to już szału nie robi. Jednym z najjaśniejszych punktów - bo jednak takowe były, aczkolwiek zdecydowanie za mało - w koncercie Skaferlatine był utwór "Rude Boys & Girls". "Tarzan Game", znany z drugiej części składanki "United Colors of Ska", także był niczego sobie. Gdyby w tym klimacie był cały koncert, to Francuzi zdobyliby moje serce i zachęcili do przyjścia na następny koncert.  
    
Gdybym nie nastawiał się na to, że Skaferlatine gra ska to może i by mi się podobało, no ale bez przesady. Jeśli ma zagrać "legendarny zespół ska z Francji" to wypadałoby zagrać ska, a nie to co można było usłyszeć w Sosnowcu. W wywiadzie w pierwszym numerze "RudeMaker Ska Zine" wokalista Las Melinas powiedział, że musi "jednak czuć tego chuligana w nucie", z przykrością stwierdzam, że w muzyce Francuzów go zabrakło.  












Krótko wideorelacja zrobiona przez ludzi, dla których muzyka jamajska = pokój, miłość, dready i Jah. 


Zdjęcia z logo MDK Kazimierz pochodzą z oficjalnego profilu Domu Kultury na facebooku. Warto wspomnieć, że na Festiwalu pojawiła się także ekipa "Ska Delight"!