Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francja. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 listopada 2013

14.11.2013 - Éjectés - Katowice

W poprzedniej relacji, pisząc o kapelach często odwiedzających Polskę, nie napisałem o zespole, który mógłby powalczyć z Parasolkami o palmę pierwszeństwa w tej "dziedzinie". I, mam takie wrażenie, wygrałby. Chodzi o francuski Éjectés, znany także jako Les Éjectés, a ostatnimi czasy pod nazwą Steff Tej & Ejectes.

14 listopada zespół po raz kolejny zagrał w Polsce. Pierwszym przystankiem na trasie obejmującej oprócz Polski także Niemcy i Czechy, była Praga. Później zespół udał się do Katowic, następnie wyskoczył na jeden występ do niemieckiego Fürth, by wrócić na 3 koncerty do naszych południowych sąsiadów. Wreszcie, po raz kolejny, zawita do Polski, by zakończyć tour w czeskim Kladnie.   



W Polsce Steff Tej (czyli lider grupy) i spółka, nie licząc czwartkowego koncertu w Katowicach, zagrają także w Warszawie, Toruniu, Gdyni, Lublinie i... po raz drugi w stolicy województwa śląskiego. 

Ejectes na przestrzeni lat zmieniło się i to bardzo. Zmieniał się zarówno skład grupy, jak i jej styl. Wystarczy posłuchać chociażby "Ragga Protest Songs" z 1994 r. i "Gangsta Skanka" z 1997 r. Na ich płytach było i reggae, i ska, i punk rock, i rock, elementy ragga, bluesa, hip-hopu oraz multum innych gatunków. Na koncertówce "Live At Home 73'01" przeczytać można:
La musique des ÉJECTÉS, subtil mélange reggae soul, ska rock, rocksteady hip-hop en fait un groupe unique.    

Na ostatnim albumie, "Dr Rocksteady" z 2012 r., zespół wrócił do jamajszczyzny, oczywiście zagranej po swojemu.




Zespół do tej pory widziałem tylko raz, w 2009 r. na festiwalu Winter Reggae, który odbył się w chorzowskiej hali Kapelusz. Podobnie, jak przy Yellow Umbrella, odwołam się do moich ówczesnych odczuć:
wcześniej nie słyszałem żadnego utworu i nie zachęcili mnie do przesłuchania. Zagrali kilka szlagierów, np. "Monkey Man", "Jimmy Jazz", "Bad Boys" czy "Skinhead Girl", ale ogólnie jakieś dziwne to było.

Po kilku latach jednak przesłuchałem kilka albumów Ejectes, ot tak z ciekawości, nie nastawiając się na jakąś specjalną muzyczną ucztę dla uszu. Są zespoły, które nagrywają bardzo dobre płyty, ale niezbyt dobrze wypadają na żywo, są też takie, które na koncertach wypadają świetnie, za to ich studyjne nagrania - delikatnie mówiąc - nie porywają. Francuzów umieściłbym gdzieś pomiędzy tymi dwiema grupami. Koncerty grają dobre, ale - mimo całej energii, zgrania ze sobą członków zespołu, obycia ze sceną - nie chwytają za serce. Płyt natomiast słucha się dobrze, aczkolwiek jest mnóstwo zespołów, które grają ciekawiej. 



Wrócę jednak do koncertu w Rajzefiber. Katowickiego klubu, usytuowanego w centrum miasta, niemalże vis-à-vis Galerii Katowickiej, którego ambicją jest rozwiązanie weekendowych problemów jakże licznej nieco starszej "młodzieży", która nierzadko staje przed dylematem "gdzie by tu iść w tych Katowicach". W Rajzefiber byłem pierwszy raz, więc nie wiem, czy rzeczywiście chadza tam ta starsza młodzież, wiem jednak, że wystrój (podobno to dzieło człowieka odpowiedzialnego także za nowy wystrój chorzowskiego Zanzibaru) i klimat zachęcają do kolejnych odwiedzin. 

Gdy wszedłem na piętro (klub znajduje się w kamienicy, prowizoryczna szatnia jest przy wejściu do budynku) w głównej sali, nazwijmy ją koncertową, było już sporo ludzi. Jednak, poza kilkoma wyjątkami, nie są to bywalcy ska gigów. Większość, takie przynajmniej mam wrażenie, była związana w jakiś sposób z katowickim oddziałem Alliance Française, który był (współ)organizatorem koncertu. AF jest także odpowiedzialny za występy Ejectes w Lublinie i Toruniu (Warszawy i Gdyni nie jestem pewien). Część tych ludzi (wyelegantowana, a jakże) siedziała sobie przy stolikach popijając wino - idę o zakład, że w życiu nie słyszała o Ejectes. Od razu przypomniał mi się koncert New York Ska-Jazz Ensemble na Róże Jazz Festival w Zielonej Górze (swoją drogą, wczoraj przeglądałem zdjęcia z tego pierwszorzędnego wyjazdu).

Ejectes, tym razem w czteroosobowym składzie, zaczęli ok. 20:15. Na pierwszy ogień poszło "Raggacronyme" i "Jalmince", później m.in. "Dr Rocksteady", "Les Ramones & les Heptones", "Jamaïcan Stylee" i "Punk rocker". Nie zabrakło coverów, oprócz "Monkey Man" The Maytals, publiczność usłyszała także "Les Copains d'abord" Georgesa Brassensa, "Skinhead Girl" Symaripa i "Rudy, A Message to You" Dandy'ego Livingstone'a. Poniżej cała setlista, aczkolwiek, kolejność raczej nie była dokładnie taka sama, a jakich dokładnie dokonano zmian, to już wie chyba tylko Steff Tej. 


Z klubu wychodziłem ok. 21:15 (wiadomo, arbeit macht frei), akurat zespół grał "Rudy'ego". Początkowo naprawdę ciężko było ten utwór rozpoznać, nawet gdy słyszało się go setki razy w różnych wykonaniach. Być może to zasługa harmonijki ustnej (a właściwie harmonijek, bo Steff miał ich kilka), nader często używanej przez lidera grupy. Fanem harmonijki (podobnie, jak melodyki używanej przez Brylewskiego) w reggae czy ska nie jestem, jednak w przypadku Ejectes dobrze brzmiała z resztą instrumentów. Nadawała utworom nietypowego charakteru, jeśli była używana także w nagraniach studyjnych, to nie zwróciłem na to ani razu uwagi.  

Prawie 10 lat temu na tzw. deplach (pamięta ktoś jeszcze tamte czasy?) ludzie po powrocie z koncertu Ejectes pisali, że spodziewali się reggae lub ragga, a dostali ska-punk. Ja w zeszłym tygodniu nastawiałem się na ska (albo coś skapodobnego), a dostałem... rocka. Tak jest, rocka - z elementami reggae i ska. Skankowe utwory (a zwłaszcza "Monkey Man" Tootsa), i to nawet z harmonijką, były naprawdę dobre, ale całość... Mnie się to nie podobało, nie tego się spodziewałem. Do tańca to nie zachęciło, ewentualnie do delikatnego poruszania nogą. 

Zapewne w innym towarzystwie ("z klimatu" - tak to określmy) atmosfera byłaby inna. Mimo wszystko, pewnie za kilka lat znowu pójdę na koncert Ejectes, chociażby po to, by pomarudzić.  

Z zaufanego źródła wiem, że koncert skończył się przed 23. Ok. 22 zespół zrobił sobie przerwę na zwilżenie gardeł, by potem znowu zagrać, a nawet bisować.    



Zdjęcia autorstwa Przemysława Grzesiaka. Dostępne także TUTAJ.



























Relację można przeczytać także na

niedziela, 10 listopada 2013

WYWIAD: Bobby Sixkiller (Francja)

Zapraszam do przeczytania kolejnego, już trzeciego, wywiadu z pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine". Tym razem z reprezentantami NCY Soul City Rockers, czyli zespołem BOBBY SIXKILLER. Na pytania FJ odpowiadał Boris, basista kapeli. 

Na początek, stuprocentowy standard – jak się zaczęła wasza historia i jak na obecną chwilę wygląda skład?

Wszystko zaczęło się w 2008 r., od czterech muzyków. Parę miesięcy później było nas pięciu. Skład się nie zmienił. Więc tak: Mick na gitarze i wokalu, Ben na klawiszach oraz chórki, Laurent - druga gitara i chórki, potem Gui na perkusji, no i ja – Boris, na basie. No, a od zeszłego roku mamy swoich handlarzy, Vala i Cimera.




Jako że ska nie jest szczególnie eksponowane w mediach, to co robicie poza graniem muzyki?

Oczywiście, muzyka nie jest czymś z czego żyjemy. Wszyscy skończyliśmy albo kończymy studia, więc pracujemy albo jesteśmy bezrobotni. Generalnie zależy od chwili, tylko jeden z nas ma stałą pracę. Nie jest to najlepsza sytuacja, gdyż ciężko skrzyknąć wszystkich w jednym momencie, to czy uda się koncert, pojedzie w trasę, czy też wejdzie do studia. Nie możesz prosić o wakacje, gdy jesteś podpisany pod kontraktem.

Jakie są wasze inspiracje? Czy można uznać amerykańskich Untouchables za jeden z "tych" zespołów? Mam na myśli to, że byli jednymi z pierwszych łączących soul ze ska. 

Naturalnie, wiele rzeczy nas inspiruje. Jesteśmy piątką ludzi i każdy z nas słucha trochę innej muzyki. Jedynie okres lat 60. i 70. nas łączy. Untouchables są zajebiści, ale jeśli mielibyśmy wybrać jedną kapelę ze Stanów, to myślę, że byliby to The Aggrolites. Myślę, że za wszystkich mogę powiedzieć: głównie jamajszczyzna do lat 70., 2-tone, Motown i wykonawcy związani z ruchem northern soulowym w Anglii, pierwszy funk, trochę surfu...



Na waszej stronie – www.bobbysixkiller.fr – można ściągnąć wasz album „Lonely Road”, epkę i split z Branlarians. Jak wszyscy wiedzą, to początki są trudne, a już szczególnie te z nagrywaniem materiału (studio, pieniądze itd.). Skąd więc, biorąc pod uwagę koszt i trudności z tym związane, wziął się pomysł na podzielenie się swoją twórczością?

Tak, to prawda, że ciężko dzisiaj cokolwiek wydać. Epka i split są już wyprzedane (może coś jeszcze znajdziesz w jakichś sklepach wysyłkowych), więc było to dość oczywiste, żeby je udostępnić w internecie. A jeśli idzie o LP, to czekaliśmy rok (swoją drogą, jeszcze nie jest wyprzedany, brać póki jest!). Wiesz co, my ściągamy muzykę jak każdy, nie jesteśmy na tyle bogaci, żeby kupić wszystko, co nam się podoba. Nie mam pewności, czy to wpływa na sprzedaż płyt takich nie utrzymujących się z grania kapel. Czasem kupuję płyty, które już mam w postaci mp3, ponieważ mi się podobają i chcę wesprzeć ten zespół. Myślę, że wielu robi podobnie. Albo nie, już wiem! Chodzi o to, żeby nasza muzyka dotarła do jak największej grupy ludzi.


free download

Kto was słucha we Francji? Macie jakiś "target"?

Nie mamy specjalnie wytypowanych słuchaczy. Wielu różniących się od siebie ludzi lubi naszą muzykę, i dobrze. Biorąc pod uwagę to, co gramy, to często widzimy skinów, modsów, pankowców, rude boys.... Tylko gnoje nie są mile widziani (faszyści i ich kumple), ale nie mieliśmy nigdy z nimi problemów.


Graliście na francuskich festiwalach Spirit of 69 i Dance Ska La. Co możecie o nich powiedzieć? Jakie wrażenia? 

Graliśmy na Dance Ska La po raz drugi, trzy lata po pierwszej okazji, ale tym razem na głównej scenie, i było całkiem spoko. Te dwa festiwale są naprawdę świetne i pozwalają zobaczyć kapele, które nie są często obecne we Francji. Ale to dość daleko od Polski (nie dość, że na zachód, to jeszcze na południe). W zasadzie są to największe tego typu festiwale w kraju. Francja to nie najlepszy grunt pod ska i reggae, większe sceny są w Niemczech czy Hiszpanii.

Mieliście też okazję grać z dobrze znanymi wykonawcami (m.in. Mr. Symarip, The Upsessions, Moon Invaders, 8°6 Crew). Który koncert uważacie za najlepszy albo który zostanie najdłużej w waszej pamięci?

Nie uważam, że mamy jakieś zajebiste koncerty, ale najlepsze są te w małych i brudnych miejscach, w których jesteś w naprawdę dobrym kontakcie z widownią. Lubimy większe sceny, gdyż jest tam lepsza jakość dźwięku i światła, ale nie jest się tam wtedy tak blisko publiki. No i to zawsze przyjemność, gdy gra się z kimś dobrze znanym i lubianym. Nasz pierwszy koncert był z 8°6 Crew i od tamtej pory od czasu do czasu się spotykamy. Się zakumplowaliśmy po prostu. Myślę więc, że najlepszy jest ten pierwszy, o ile się tego naprawdę chce.

Co możecie powiedzieć o francuskiej scenie? Możesz zarekomendować jakieś mniej znane francuskie kapele?

Mamy kilka naprawdę dobrych zespołów, takich jak wcześniej wspomniane 8°6 Crew, czy też Two Tone Club, Moon Hop. A z młodszych stażem to warto poznać 65 mines street, The Branlarians, The Groovin’ Jailers z północy, The Sarah Connors (Paryż), The Run (też stolica), Old Dodge Fellows (Lille). Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem!

free download


Mieliście propozycje, żeby grać "za wodą" albo bardziej na wschód?

Jesteśmy w kontakcie z Groverem i mamy w planie Easter Ska Jam w Niemczech (5 koncertów) w marcu. Rok temu też byliśmy
w Niemczech, a ponadto na Słowacji i w Czechach, podczas wiosennej trasy. Graliśmy raz w Koszycach, to chyba najbliżej Polski. Jeżeli znowu nas zawieje na wschód, to mam nadzieję, że udałoby się zagrać w Polsce. Chcielibyśmy, no ale nie jest łatwo, gdyż każdy ma swoje zajęcia. Ale jakby się udało, to byłoby naprawdę fajnie. 

Jakie plany na przyszłość?

Easter Ska Jam, gdzie gramy jako my, ale też jako zespół z Kingiem Hammondem. Poświęcimy trochę czasu na nowy album, będziemy grali tyle koncertów, ile tylko będziemy mogli, no i po prostu będziemy bawić się dalej!


free download

Chcielibyście coś przekazać czytelnikom?

Wpadnijcie na bobbysixkiller.fr, żeby posłuchać naszej muzyki, na nasze fb, żeby wiedzieć, co i jak, no i miejmy nadzieję, że pewnego dnia spotkamy się w Polsce. Dzięki za zainteresowanie. Pozdrawiam!

Dzięki za wywiad!



BOBBY SIXKILLER w sieci:


Wywiad można przeczytać także na

niedziela, 8 września 2013

31.08.2013 - VII Festiwal Reggae - Sosnowiec

W ostatnią sobotę sierpnia jedna z dzielnic Sosnowca po raz siódmy rozbrzmiała jamajskimi dźwiękami. Wszystko za sprawą kolejnej edycji Festiwalu Reggae (występującego wcześniej pod nazwą Festiwal Muzyki Reggae, Art Działań Różnych i Sportu Niecodziennego). W tym roku w Parku Leśna, któremu w 2011 r. nadano imię Jacka Kuronia, zagrały trzy zespoły - wbrew nazwie festiwalu, co cieszy, więcej miało być ska, niż reggae. 


W poprzednich latach w Kazimierzu Górniczym można było już zobaczyć kapele grające ska, ot chociażby Yellow Umbrella, Yellow Cup, Dr. Ring-Dinga czy Ziggie Piggie. W tym roku organizatorzy postawili na Skaferlatine z Francji oraz Całą Górę Barwinków, a także - najmłodszy w zestawie, reprezentant reggae - aYarise. 

Informacja o koncercie Skaferlatine, pojawiła się na facebooku zespołu już w czerwcu. Co prawda napisali, że zagrają na 6. edycji, ale co tam. Jeszcze nie widziałem ich w akcji, więc pojawiła się idealna okazja, i to niemalże tuż za miedzą. Gdy organizatorzy ogłosili oficjalną zapowiedź, chęć przyjazdu do Sosnowca tylko wzrosła.

Od początku nastawiałem się na zobaczenie wszystkich zespołów, ostrzyłem sobie zęby zwłaszcza na tak zachwalany przez wielu reggae'owy aYarise, czyli nowe wcielenie Comeyah. Do tego dodajmy Całą Górę Barwinków, która na początku sierpnia wydała nowy album pt. "Beat 2 Meet U" (jego zapowiedzią był klip do piosenki "Agro"), no i Francuzi. Czy potrzeba czegoś więcej na miłe spędzenie sobotniego wieczoru?

Niestety, jak to czasem bywa, plany zweryfikowało życie, a właściwie drogowcy, którzy rozkopali Katowice oraz KZK GOP. Mimo iż Kazimierz Górniczy jest oddalony o ok. 30-35 km, to jechałem tam dłużej niż do Krakowa (oddalonego o ponad 90 km). Idealnie pasuje tu utwór - bynajmniej nie ska czy reggae'owy - zatytułowany... "Jebać KZK GOP".



Na aYarise już się nie załapałem, za to zdążyłem na CGB. Ba, nawet na spokojnie można było wypić 2 piwa (w tym coś takiego, całkiem niezłe swoją drogą). Nie o piwie jednak chciałem napisać. 

Cała Góra Barwinków to jeden z najpopularniejszych polskich zespołów ska, ich utwory grane są w radiach, zespół występuje na wielkich festiwalach (Heineken Open'er Festival, Przystanek Woodstock), juwenaliach, zapraszany jest do TV, co pewnie nieraz naraziło członków zespołu na zarzuty o komercję i inne pierdoły (ze strony zwolenników "ska getta", rzecz jasna). Tak à propos, Miles Davis, jeden z najwybitniejszych jazzmanów w historii muzyki, w swojej autobiografii (ISBN 83-923317-4-5napisał:
Jako muzyk i jako artysta zawsze chciałem dotrzeć z moją muzyką do jak największej rzeszy ludzi. Nigdy się tego nie wstydziłem. Nigdy nie byłem zdania, że muzyka zwana "jazzem" była przeznaczona wyłącznie dla wąskiego grona albo powinna zostać zamknięta w muzeum pod szkłem jak tyle innych starych dzieł, uznanych za artystyczne Zawsze uważałem, że jazz musi dotrzeć do tylu ludzi, do ilu się da, tak samo jak muzyka popularna - a czemu nie? Nigdy nie podzielałem zdania, że mniej znaczy lepiej - że im mniej ludzi cię słucha, tym jesteś lepszy, bo twoja muzyka jest zbyt skomplikowana dla większej masy. Mnóstwo jazzmanów publicznie używa tego argumentu, że gdyby chcieli docierać do szerokiej publiczności, musieliby sprzeniewierzyć się swojej muzyce. A po cichu sami marzą, żeby słuchało ich jak najwięcej ludzi. Nie będę tu rzucał nazwiskami. To nie jest istotne. Ale zawsze uznawałem, że muzyka nie ma granic, nie ma wyznaczonych terytoriów, gdzie może się rozwijać i rozprzestrzeniać, że nie ma ograniczeń dla twórczości. Dobra muzyka pozostaje dobra niezależnie, jak się nazywa. I nigdy nie znosiłem kategoryzowania. Nigdy. Dla szufladek nie ma w muzyce miejsca. (...) W życiu chciałem tylko jednego: dąć w moją trąbkę, tworzyć muzykę i sztukę, komunikować moje emocje przez muzykę.
Oczywiście, kontrakt z Columbią oznaczał więcej pieniędzy, ale cóż złego, że ci płacą za twoją pracę, do tego płacą dobrze? Nigdy nie widziałem żadnej wartości w ubóstwie, ciężkiej doli i ogólnym dołku. Nie planowałem dla siebie takiego życia.          
Wstawcie sobie "ska" lub "reggae" zamiast "jazz" i będzie, jak znalazł. Barwinki istnieją od 2002 r., mają na koncie 4 albumy (ostatni to wspomniany wcześniej "Beat 2 Meet U") i od lat konsekwentnie grają (na koncie mają setki koncertów) i nagrywają muzykę ska, a przy okazji non stop się rozwijają. Porównajcie chociażby debiut z 2004 r. i "Kocham kłopoty" wydane 6 lat później. Jest progres? Jest! Przez te lata widziałem ich kilka razy i za każdym razem grali bardzo dobrze, nie inaczej było i tym razem. W Sosnowcu na ich koncercie pod sceną było rojno, i w większości nie byli to przypadkowi ludzie, którzy przyszli, bo akurat coś (nieistotne co) się działo. No chyba, że przypadkowi ludzie znają teksty grającej kapeli, wtedy życzyłbym sobie takowych delikwentów na wszystkich koncertach ska. Zespół zagrał bodajże co nieco z wszystkich płyt, w tym z mojej ulubionej "Kocham kłopoty" (np. "Bracia Strach"), a także z najnowszej, m.in. "Agro".
sprawdź to, na parkiecie już ciasno

to właśnie my, to właśnie my rozbujamy to miasto      
No i rozbujali. A skoro grali w Sosnowcu nie mogło zabraknąć także "Nie mam czasu", wszak klip do tej piosenki kręcili właśnie w tym mieście. Po zakończeniu setu nadeszła pora na bisy, byłem przekonany, że wśród nich znajdzie się "Rudi", a tu niespodzianka! Barwinki zagrały "Monkey Mana" (po polsku byłoby to "Z mąki man", wiadomo) plus coś z własnego repertuaru. Dla takich chwil warto chodzić na koncerty! 

Apel do Barwinków, do innych kapel także: gdy gracie jakiś cover, powiedzcie z łaski swojej, kto śpiewał go w oryginale, wszak nie każdy musi kojarzyć The Maytals, a jednak warto by klasykę poznawało jak najwięcej młodych ludzi. 

 



















 

Na koniec album "Beat 2 Meet U", od niedawna dostępny na spotify i deezerze. Ej, sprawdź to! Oczywiście płytę można także zakupić na stronie Fonografiki.


Niestety dobre koncerty zaczęły się i skończyły na Barwinkach. Największy zawód na sosnowieckim VII Festiwalu Reggae sprawił zespół z Francji. Przyznać muszę, że nigdy nie wgłębiałem się jakoś bardzo w twórczość Skaferlatine, jednak liczyłem na to, że zagrają ska, a nie jakieś nudziarstwa z kilkoma wartymi wspomnienia przebłyskami. Skaferlatie grał w Polsce dwa pojedyncze koncerty (w 1993 r. w Zgorzelcu i w 1994 r. w Dzierżoniowie) oraz trzy trasy: w 1996, 1997 i 2000 r. Zwieńczeniem tej ostatniej był koncert w Bogatyni, gdzie kapela swój ostatni koncert, później zawiesiła działalność i wróciła dopiero w zeszłym roku (grając ponownie w Bogatyni).

Skaferlatine był jednym z pierwszych zagranicznych zespołów ska, które odwiedziły nasz kraj. Ówczesne wojaże po Polsce, wraz z Makenem (DJ Bass Reprodukktor Xiądz Maken I), przyczyniły się do powstania piosenki "Mister Pracham", o czym powiedział zaproszony na scenę Maken. Cóż, może w latach 90. muzyka tego zespołu była czymś świeżym, zwłaszcza dla spragnionego ska polskiego słuchacza, ale teraz to już szału nie robi. Jednym z najjaśniejszych punktów - bo jednak takowe były, aczkolwiek zdecydowanie za mało - w koncercie Skaferlatine był utwór "Rude Boys & Girls". "Tarzan Game", znany z drugiej części składanki "United Colors of Ska", także był niczego sobie. Gdyby w tym klimacie był cały koncert, to Francuzi zdobyliby moje serce i zachęcili do przyjścia na następny koncert.  
    
Gdybym nie nastawiał się na to, że Skaferlatine gra ska to może i by mi się podobało, no ale bez przesady. Jeśli ma zagrać "legendarny zespół ska z Francji" to wypadałoby zagrać ska, a nie to co można było usłyszeć w Sosnowcu. W wywiadzie w pierwszym numerze "RudeMaker Ska Zine" wokalista Las Melinas powiedział, że musi "jednak czuć tego chuligana w nucie", z przykrością stwierdzam, że w muzyce Francuzów go zabrakło.  












Krótko wideorelacja zrobiona przez ludzi, dla których muzyka jamajska = pokój, miłość, dready i Jah. 


Zdjęcia z logo MDK Kazimierz pochodzą z oficjalnego profilu Domu Kultury na facebooku. Warto wspomnieć, że na Festiwalu pojawiła się także ekipa "Ska Delight"!