Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 stycznia 2015

Klawe chłopaki, które nie strzelają ślepakami. Od ReCovers do Soul Pistols, od Soul Pistols do...

Po długiej przerwie, spowodowanej m.in. przeprowadzką, brakiem internetu itd., pora na reaktywację bloga. Zapewne będzie mniej relacji z koncertów, rzadsze też będą wpisy, ale lepszy rydz niż nic, czyż nie?

Na początek wywiad! 


Zapraszamy do przeczytania wywiadu, a właściwie dwóch wywiadów z zespołem SOUL PISTOLS. Pierwszy wywiad przeprowadzono w czerwcu 2013 r. przy zbieraniu materiału do drugiego numeru świętej pamięci "RudeMaker Ska Zina". Na pytania odpowiadał wówczas Krzysiek (poza tym dotyczącym Skautów - na które odpowiedział Grzegorz). Druga część to wywiad przeprowadzony przez Jacka (aka Jst) z Grzegorzem Zacharewiczem. Wielkimi krokami zbliża się trzecia edycja Ostróda Ska Reggae STOMP, więc nie powinien dziwić temat rozmowy. Czytając oba wywiady możecie zobaczyć, jak potoczyły się losy zespołu, czy wyszło coś z zapowiedzi. Zapraszamy do czytania!

Zanim "narodził" się Soul Pistols, graliście jako ReCovers Band. Dlaczego zmieniliście nazwę? I dlaczego akurat na Soul Pistols (fascynacja soulem, może Sex Pistols)? I czy za zmianą nazwy, pójdzie też zmiana repertuaru?

To prawda. Nazwa ReCovers pojawiła się w momencie kiedy sami nie byliśmy pewni czy chcemy grać dla siebie i kilku kumpli, czy z tego projektu może wyjść coś więcej. Początkowo byliśmy nastawieni na zabicie nudy przez pogranie coverów za piwko i przy piwku, stąd wyraźne nawiązanie do tego faktu w pierwszej nazwie. Jednak w pewnym momencie poczuliśmy, że z tej kapeli może być coś więcej, coś autorskiego i świeżego. Postanowiliśmy więc zmienić nazwę na mniej "kojarzącą się". Nowa nazwa jest bardziej intrygująca. Co prawda nie kojarzy się jednoznacznie z reggae czy ska, ale soul bez wątpienia jest jednym z głównych korzeni, z których wyrosła muzyka jamajska. A pistolety – wiadomo, klawe z nas chłopaki, zabójczo przystojni, nie strzelamy ślepakami a tak poważnie, to niech każdy interpretuje jak mu pasi. Zmiana nazwy nie wpływa na dotychczasowy repertuar. Jednak czujemy, że wciąż się rozwijamy, a razem z nami kawałki, które gramy. Zaczynaliśmy grając piosenki w ich oryginalnych aranżach. Teraz coraz częściej bawimy się konwencją, zmieniamy aranżacje znanych hitów na reggae'owe, albo dopisujemy polski tekst do jamajskich szlagierów.


Soul Pistols to projekt stricte koncertowy, czy w planach (bliższych lub dalszych) macie wejście do studia?

Już weszliśmy do studia, pytanie tylko kiedy z niego wyjdziemy. Aktualnie wybraliśmy kilka numerów i nagrywamy do nich traki.

Będziecie grać tylko covery, czy także autorskie numery? Czy granie przez współczesne zespoły dość już wiekowych piosenek ma sens? Jaki? Czego to uczy? Co daje (przede wszystkim muzykom)?

Autorskie kawałki, które może z czasem się pojawią robić będziemy pod innym szyldem, jednak szeroko pojęta zabawa z coverami będzie kontynuowana. Czy granie coverow ma sens? Według nas tak, a ten sens różnie można odbierać. Możemy uznać to jako trybut dla wielkich Jamajców, albo szerzenie "ska-propagandy". W Olsztynie ludzie kojarzą i lubią piosenki, które gramy, a także ich autorów, to że mogą pobujać przy nich na żywo odbierają chyba jako sporą frajde. Z pewnością dla nas jako muzyków jest to sposób na podciągnięcie swoich umiejętności. Ja czuję, jak bardzo ja sam i razem jako zespół podciągnęliśmy się wokalnie.


Czy macie jakichś ulubionych jamajskich artystów lub okresy w muzyce jamajskiej?

Łączy nas ten sam nabożny stosunek do jamajskiego oldschoolu, do skinhead reggae, rocksteady i ska. Do artystów, na których wypisanie nie starczyłoby tego wywiadu. Poza tym każdy z nas ma jeszcze jakieś indywidualne ciągoty bliższe lub dalsze reggae, jednak oldschool jest na absolutnym topie.

Czy jest obecnie na Jamajce/świecie artysta (oczywiście, chodzi o kogoś z młodszego pokolenia), którego piosenki za 40 lat, będą brały na warsztat zespoły, takie jak Soul Pistols?

Jasne! W sumie to nawet czasem gramy fragment piosenki takiego zespołu – Aggrolites na przykład! Wielka sprawa, tak jak 2-tone odkurzył ska, tak Aggro odkopało skinhead reggae. Jest wiele świetnych zespołów, które grając ocierają się o klasykę. Ja uwielbiam The Upssessions, Los Granadians czy Red Soul Community.

Skąd w ogóle pomysł na granie takiej, a nie innej muzyki?

Nie rozumiem pytania, a co mielibyśmy grać? Rapsy? Przecież to najpiękniejsza muzyka z niezwykle szerokim spektrum przekazu od romansu do slackness, od krzyku o wolność i sprawiedliwość do pochwały dobrej zabawy na parkiecie. Większość z nas poznała tę muzykę dużo wcześniej i grała w innych ska, reggae kapelach. My po prostu nie mieliśmy innej możliwości niż grać BOSS SOUND. 

Co musiałoby się wydarzyć, by muzyka ska/rocksteady/early reggae, miała w Polsce taką pozycję, jak reggae (szeroko pojęte, z pominięciem rzecz jasna early/skinhead)?Historia polskiego roots reggae i różnych jego mieszanek z punk rockiem i innymi gatunkami sięga poprzedniego systemu politycznego, potem długo długo nic i wielki boom w 2005 r., kiedy to ukazały się debiutanckie albumy Vavamuffin, Jamala, Natural Dread Killaz. A w ska?

Nic. W Polskę nie uderzy nagle meteor, z którego wyjdzie super kapela, którą pokochają rzesze rodaków, a my wszyscy, słuchający dotąd tej muzyki będziemy chodzić w splendorze. Może niektórzy tak to widzą, mają na to nadzieję, ale nic takiego się nie stanie. To może oklepana gadka, ale kluczem jest edukacja, praca u podstaw, bez napinek. Ja wszystkie te komponenty widzę w scenie sound systemowej, która powoli w Polsce powstaje. Fire Corner w Olsztynie, Sweet and Dandy w Łodzi, Live Injection w Warszawie i inne imprezy w polskich miastach są kluczem. Puszczać dzieciakom Derricka Morgana z winyla, rozkochać je aż upomną się o jego koncert. Z grubsza właśnie tak to wyglądało, jeśli chodzi o polską scenę reggae do 2005. My nie powinniśmy ani płakać, ani się podpalać tylko robić swoje. 


Czym wy tam oddychacie na Warmii i Mazurach, że co i rusz coś się u was dzieje? Real Cool Sound, Husky, ReCovers Band / Soul Pistols, wcześniej Skauci, imprezy z cyklu Fire Corner, ostatnio Ska Reggae Stomp, a do tego Ostróda Reggae Festival. Tylko pozazdrościć.

Warmińsko-mazurskie sensi, zielone płuca Polski a poważnie to chyba Bóg rzucił w jedno miejsce pomiędzy Ostródę a Olsztyn kilka-kilkanaście osób, którym się chce robić ferment. Gdy zaczynały nigdy nie zakładały profitów i fejmu, a jednak coraz więcej ludzi dostrzega ich robotę. A my ciągle nie mówimy ostatniego słowa, to dopiero początek...

fot. Karolina Paziewska

No i na koniec pytanie o... Skautów. Czy to już zakończony rozdział, czy od czasu do czasu przy jakichś okazjach (takich jak styczniowy Ostróda Ska Reggae Stomp) będziecie reaktywować kapelę?

Tak chcieliśmy zamknąć Skautowy rozdział, żeby móc się skupić na Soul Pistols w takim stopniu, żeby mogło to ruszyć do przodu. Czas jednak pokazał, żeby nigdy nie mówić "nigdy". Jak będzie w przyszłości? Mamy tak dużo nowych pomysłów i pięknych kawałków do pokazania ludziom, że szkoda to marnować grając ludziom te same kawałki co 10 lat temu. Na szczęście polska ska publiczność dorasta i ma coraz bardziej świadomy gust, dzięki czemu jest coraz mniej "Mamoniowego" podejścia do tej muzyki i muzyki w ogóle. Chcielibyśmy żeby brzmienie starych kawałków z czarnych krążków było dla ludzi właśnie czymś nowym i odświeżającym.


Rozmawiamy przed 3. edycją ostródzkiego Ska Reggae STOMP. Skojarzenie tej imprezy z zespołem Soul Pistols jest oczywiste. Czy ktoś spoza zespołu także jest zaangażowany w organizację imprezy i czy jest to całkowicie autorski pomysł zespołu? Czy może konkretnie kogoś z członków?

Oprócz mnie i basisty Soul Pistols - Marka Ignatjuka, imprezę współorganizuje też Bartek Kucharski aka DJ Husky. Od pierwszej edycji bardzo nam pomagał ogarniając scenę DJ-ską. Dzięki doświadczeniu przy organizacji cyklu Fire Corner czy współtworzeniu audycji Reggae Front w UWM FM wyrobił się na konkretnego zawodnika i chwała mu za to!

STOMP jest jedyną tak tematycznie ukierunkowaną imprezą w Polsce. Jest już, mam nadzieję, stałym punktem w waszych corocznych planach?

Pierwszy STOMP wyszedł spontanicznie. Chcieliśmy zrobić koncert zespołowi The Bartenders, a wyszło to co wyszło. Impreza przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Na drugiej edycji, oprócz lokalsów, pojawiło się jeszcze więcej osób z całej Polski. O ile frekwencja z roku na rok będzie wzrastać - STOMP będzie grał dalej.

fot. Luc Chives (fotoślad.pl)

Póki co stawiacie na krajowy skład imprezy, ale może w przyszłości, wzorem imprez niemieckich, poszerzycie skład o jakąś zagraniczną gwiazdę? I czy w ogóle wybiegacie myślami do kolejnych edycji imprezy?

No właśnie potrzebujemy młodej krwi wśród zespołów ska reggae w Polsce, bo inaczej na kolejne edycje headlinerzy przyjeżdżać będą zza granicy. ;) Pojawiają się już takie opcje na ewentualne kolejne edycje, ale wszystko rozbija się o frekwencję i czy impreza finansowo się zamknie. Wszystko jest organizowane przez naszą trójkę i opiera się na biletach. Nie otrzymujemy niestety żadnych dotacji od miasta. Tak więc kolejne edycje zależą tylko od Was wszystkich, którzy na nich się zjawią.

Jak kształtowała się frekwencja w Barze u Zdzicha podczas pierwszej i drugiej edycji?

Frekwencja oscylowała w okolicach 500 osób.

Wracając do samego zespołu, czy po sukcesie jakim bez wątpienia była piosenka "Pod choinkę", doczekamy się kolejnych produkcji rodem z JamLab studio?

"Pod choinkę" było pieczołowicie zaplanowanym przedświątecznym spontanem hehehe. Miało być symbolicznie - taki 'kawałek na święta' a wyszło bardzo fajnie. Jeśli chodzi o inne produkcje - zaczęliśmy nagrywać materiał na nasz coverowy album Soul Pistols, ale rozjechało się to w czasie. Materiał zamierzamy na pewno ukończyć. Kiedy? Nigdy nie pytaj zespołu "kiedy wyjdzie płyta", dopóki materiał się nie tłoczy na nośniku, a na okładkach schnie farba.



A samo studio na olsztyńskiej Nagórkach to inicjatywa i prywatny zakątek Grzegorza?

Tak jest to mój mały azyl. Zaadaptowałem akustycznie niewielkie pomieszczenia. Zniosłem trochę uzbieranego sprzętu, żeby nie tłuc się więcej po salkach prób i żeby móc w spokoju płodzić muzyczne pomysły czy grać próby. Jest zabawa.

Samo zebranie się na probe zespołu jest dla Was problemem? Pytam dlatego, że Krzysiek, wokalista mieszka teraz w Warszawie, Grzegorz i Marcin w Olsztynie, a bracia Maciej i Marek w Ostródzie...

Tak, jesteśmy trochę porozjeżdżani. Próby gramy głównie przed koncertami. Nie mamy takiego luksusu, żeby móc spotykać się choćby raz w tygodniu. Tak, Krzysiek siedzi w Warszawie, a tu na linii oln-ostr sprawa często się zmienia.

Próby odbywają się na Nagórkach?

Tak, gramy na Nagórkach albo w Ostródzie.

Plany koncertowe oprócz STOMPa już jakieś są?

I tutaj małe zaskoczenie, bo tegoroczny STOMP będzie ostatnią imprezą, którą zagramy z Soul Pistols. Osoby z zespołu mają różne inne zajęcia i plany. Do tej pory udawało się to wszystko godzić i czasem gdzieś zagrać, ale ostatecznie nie chcemy się bawić w ciągłe wymienianie muzyków i reanimowanie tego projektu. W Soul Pistols muzyka kleiła się tak dobrze właśnie dlatego, że żaden z nas nie był z łapanki, ogłoszeń czy innych castingów. Znaliśmy się od dawna tak samo jak od dawna znaliśmy i uwielbialiśmy muzykę, którą gramy. Nie oznacza to, że nie będziemy w ogóle grać. Przynajmniej ja bez tego nie wyobrażam sobie życia.

Po stracie Molotova, imprezy w Olsztynie koncentrują się teraz w Andergrancie i Carpenterze. Jak to wszystko się układa? Kluby spełniają swoje role? Jak wygląda to z Waszej perspektywy, bo przecież grywacie i w jednym i drugim klubie?

Tak, Molotov był specyficzną knajpą. Bez wątpienia ożywiał koncertowo Olsztyn. Klub Nowy Andergrant jest dobry na duże koncerty na kilkaset osób. Ma zaplecze i porządne nagłośnienie. Carpenter Inn na starówce fajnie się sprawdza przy klubowych imprezach dj'skich (m.in Fire Corner) czy niewielkich kameralnych koncertach. Pojawiło się też fajne, muzyczne miejsce na średniej wielkości koncerty - Klub Amnezja. Zespoły szukające miejsca na koncerty tu w Olsztynie mogą śmiało uderzać do tych miejsc.

Kilka słów od zespołu do czytelników?

*Słuchajcie dobrej muzy.*
*Chodźcie na koncerty.*
*Zakładajcie zespoły.*
*Zbierajcie vinylowe płyty!*

poniedziałek, 17 lutego 2014

The Offenders w Polsce!

The Offenders został założony w 2005 r. we Włoszech przez Valerio, wokalistę, gitarzystę oraz autora tekstów. Od 2009 r. zespół stacjonuje w Berlinie. Muzyka, którą grają to fuzja różnych gatunków od 2-tone ska, przez rocksteady i early reggae, po rockabilly i mod79. Przez cały okres swojej działalności The Offenders koncertował w takich krajach jak: Austria, Francja, Czechy, Słowacja, Serbia, Chorwacja, Węgry, Szwecja, Dania, Wielka Brytania, Hiszpania i wiele innych, ma również na koncie trasę po Chinach oraz koncerty na największych ska festiwalach, takich jak This is Ska, Force Attack, Mighty Sounds, Rudeboys Unity czy Dynamite.

Jednym z największych hitów The Offenders był "Hooligan Reggae", który znalazł się na ich debiutanckim albumie (wydanym w 2007 r. przez mały niemiecki label Conehead Records). Sukces tej płyty zaowocował pierwszą trasą po Niemczech, a później także podpisaniem kontraktu z Grover Records, jedną z najbardziej znanych na świecie wytwórni ska. W 2009 r., po sesji nagraniowej do "Action Reaction", Valerio i perkusista Francesco "Checco" Mirabelli przenieśli się do Berlina. Tam do zespołu dołącza Alexander Paulsen aka Captain Elysium (organy Hammond / keyboard). W tym samym czasie The Offenders coraz częściej 2tone ska miksuje z punk77/power popem, i tak jest do tej pory. 



W 2011 r. nakładem Black Butcher Records ukazuje się trzeci album "Shots, Screams & Broken Dreams", a rok później - tym razem dzięki Destiny Records - "Lucky Enough To Live". Zespół ma także na koncie kilka epek i singli. Ostatni singiel, "Berlin Will Resist (Riot 87 In SO36)" promuje piąty album w dorobku The Offenders. "Generation Nowhere", bo o nim mowa, miał premierę 17 stycznia tego roku (ukazał się na CD i limitowanym białym LP). Tę ostatnią płytę promuje trasa "Ska Rockers - Live & Loud", w czasie której zespół zagra w Niemczech, Austrii, Grecji, Francji, Rosji, Czechach oraz Polsce.
 
W kwietniu, dzięki agencji Piranha Booking & Promotion, zespół po raz pierwszy zawita do naszego kraju, zagra tu dwa koncerty. Pierwszy w toruńskim klubie Dwa Światy w ramach 9. edycji imprezy Toruń-SKA potańcówka. Publiczność rozgrzeje CT-Tones.


Prosto z Torunia Offendersi pojadą do Poznania, gdzie zagrają na 6. edycji minifestiwalu Reaktor. Oprócz nich zagra 5 kapel reprezentujących różne nurty punk rocka. Poniżej plakaty obu gigów:



 

  

Jeśli mnie pamięć nie myli, swoją przygodę z The Offenders zacząłem od albumu "Shots, Screams & Broken Dreams". Po pierwszych przesłuchaniach płyta niezbyt przypadła mi do gustu, ale jeszcze nie spisałem jej na straty. I bardzo dobrze, bo z czasem po wielokrotnym gruntownym przesłuchaniu (na słuchawkach!) zostałem jej fanem, do teraz od czasu do czasu lubię sobie zanucić "Walk of Shame" lub "Never Welcome". Pewnie podobnie będzie z najnowszym wydawnictwem zespołu.

Bilety na busa kupione, więc pozostaje odliczać dni do wizyty w piernikowym mieście! No i wreszcie zobaczę na żywo CT-Tones. Pewnie niezbyt szybko powtórzy się taka okazja. Już teraz wiem, że to będzie zacny wyjazd. 






poniedziałek, 3 lutego 2014

24.01.2014 - TeSkapsie - Bytom

Bytom - miasto na Górnym Śląsku, ponad 174 tys. mieszkańców (od lat tendencja spadkowa). Koncertów (jakichkolwiek), jak na lekarstwo, a jeśli już coś się dzieje to przeważnie jakieś elektroniczno-alternatywne cudactwa. Nic więc dziwnego, że ucieszyła mnie informacja o koncercie ska. Trochę mniej ucieszyła godzina rozpoczęcia (piątek, 20:00), ale na szczęście w tym kraju koncerty prawie ZAWSZE mają opóźnienie, więc spokojnie zdążyłem dojechać z pracy (którą kończyłem właśnie o 20:00), ba! jeszcze musiałem czekać.

W ten piątkowy wieczór w klubie Brama miał zagrać zespół TeSkapsie, "śląska legendarna grupa widmo" rodem z Piekar Śląskich. W 2012 r. chwaliłem ich po koncercie w Chorzowie. Teraz już tak różowo nie będzie, niestety.   


Od września 2012 r. zespół zagrał 4 koncerty (vide lista w facebookowym opisie), tylko raz zapuścił się poza granice Górnego Śląska. W międzyczasie szukali wokalisty lub wokalistki, ale - z tego, co widzę po zdjęciach - śpiewak wciąż jest ten sam. Zmniejszyła się za to sekcja dęta (ostał się jeno puzon i saksofon), przybył kolejny gitarzysta (tylko po co?).

W 2012 r. TeSkapsie zrobili na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie, warto było wtedy zarekomendować ten zespół ludziom z innych części kraju. Po ostatnim koncercie odczucia mam wprost przeciwne. Grupa, która, zdaje się, chce być uważana za grającą ska, w Bytomiu ska prawie w ogóle nie zagrała, była go śladowa ilość. Był za to rock'n'roll, było trochę reggae, był rock, były jakieś inne pierdoły. Gdyby wyrzucić wokalistę (albo jakoś ograniczyć jego rock'n'rollowe zapędy) i jednego gitarzystę to zapewne całość brzmiałaby bardziej strawnie, bo właśnie instrumentalne kawałki były najlepsze (a to puzon i saksofon ładnie zaznaczyły swoją obecność, a to klawiszowiec porwał się na małe solo, które jednak po chwili skutecznie zagłuszono). Plus należy się za dobór coverów, jeden klasyk ska ("Gangsters" Specialsów) i kilka z rejonów odległych od jamajszczyzny - "Lucille" i "Slippin' and Slidin'" Little Richarda (grane także m.in. przez Johna Lennona), "Sunny" Bobby'ego Hebba (znane najbardziej z wykonania Boney M.) czy "Mój jest ten kawałek podłogi" Mr. Zooba. Ten ostatni kawałek - na który, notabene, mam wręcz alergię - kończył set. Później, po małej przerwie, zespół miał jeszcze co nieco zagrać, ale wolałem się ewakuować.

Koncert zaczął się ok. 21:00, a już po 30 min. grania zespół zrobił sobie 15-minutową przerwę... żeby ochłonąć. Jeśli, w co wątpię, takie było zarządzenie klubu (tak jak swego czasu na koncercie Vespy w Śląskim Jazz Clubie) - ok, nie czepiam się. Siła wyższa. Jeśli kapela serio była tak niemiłosiernie zmęczona po dwóch kwadransach, cóż, jej członkowie musieliby udać się na korepetycje do weteranów rodem z Jamajki, którzy grają bez przerw godzinę, mimo że mają na karku po 60-70 lat. 

Trzeba przyznać, że publiczności się podobało (przy "Kawałku podłogi" był szał), nawet tzw. przypadkowym ludziom. Cóż, w klubie niewiele było osób, które przyszły tylko ze względu na koncert. Większość po prostu, jak co piątek, przyszła na piwo. Przy stolikach siedziały i kobiety, które menopauzę już dawno mają za sobą, i pijani dresiarze, i wąsaci jegomoście w średnim wieku - pierwszy raz byłem w Bramie, klientela nie zachęca do powtórki. Na koncert tak naprawdę przyszło garstka, w tym oczywiście bliscy/znajomi członków zespołu. 

Tylko, co z tego, że przypadkowym ludziom się podobało? Zagrałaby Marylka pospołu z Bajmem i reakcja byłaby podobna. Rozrywka serwowana przez weselnych grajków też się podoba, pijana tłuszcza tańczy i woła o jeszcze, ale chyba nie o to chodzi.      

Tak czy siak, jeszcze nie spisuję TeSkapsie na straty, może w końcu dotrze do nich, jaki jest właściwy kierunek. Jak to swego czasu powiedział jeden z najbardziej znanych polskich alkoholików: NIE IDŹCIE TĄ DROGĄ! 


Poniżej zdjęcia Krzysztofa Kadisa.























Relację można można przeczytać także na

niedziela, 26 stycznia 2014

Yellow Cap - Pleasure

Yellow Cap to zespół pochodzący z niemieckiego Görlitz. Został założony w 1998 r. i od tamtego czasu wydał 4 studyjne albumy. 17 stycznia premierę miał kolejny - "Pleasure", wydany nakładem Pork Pie.



Przyznać muszę, że jest to mój pierwszy kontakt z Yellow Cap, a przynajmniej pierwszy dłuższy. Płytę dostałem jeszcze przed premierą, więc gruntowanie ją przesłuchałem. "Pleasure" to 14 utworów (oprócz ska usłyszymy tu trochę soulu, latino i reggae) zaśpiewanych po angielsku, niemiecku oraz portugalsku. Całość w przeważającej części utrzymana w średnim tempie, bez tak charakterystycznej dla wielu niemieckich zespołów "kwadratowości" (a może takową gębę niemieckim zespołom swego czasu przyprawiły, popularne także w Polsce, kapele w rodzaju No Sports, Skaos czy Moskovskaya? - to już pytanie do fascynatów niemieckiej ska-sceny). 

Na płycie usłyszeć można kilkoro gości, m.in. Richarda Alexandra Junga oraz Jaritę Freydank, znaną bardziej pod pseudonimem "JariSoul". Dr. Ring-Ding udzielił się - w swoim dobrze znanym stylu, który chyba nigdy mi się nie znudzi - w "Take a Cab". Zaznaczył także swoją obecność w "No Money Man", aczkolwiek trzeba się dobrze wsłuchać, by go usłyszeć 

Jaritę vel JariSoul słychać na płycie zdecydowanie częściej, i bardzo dobrze! Dla samego refrenu "Boys in Town", który wraz z JariSoul śpiewa wokalista Yellow Cap Kay Natusch, warto mieć na swojej półce ten krążek. "Boys in Town" to zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Wśród tych naj wymieniłbym także anglojęzyczną wersję "Gabrieli" oraz "Schön daneben" (również z gościnnym udziałem Jarity).

Na płycie znalazła się także druga wersja "Gabrieli", zaśpiewana przez Kaya po portugalsku. Niestety, w przeciwieństwie do piosenek śpiewanych po anielsku, tutaj słychać, że portugalski nie jest ojczystym językiem wokalisty, akcent już nie ten i jakoś mniej buja niż oryginalna wersja. Numer ratują chórki, które śpiewa Adwoa Hackman, urodzona w Monachium wokalistka o ghańskich korzeniach. Zapewne niejedna osoba zastanawia się, dlaczego niemiecki zespół pokusił się o śpiewanie po portugalsku. Jest to pokłosie ubiegłorocznej trasy po Brazylii, gdzie - jak wiadomo -  językiem urzędowym jest właśnie portugalski. O swoich wrażeniach z koncertów w Ameryce Południowej Kay Natusch opowiadał w wywiadzie udzielonym RudeMaker.pl. Także w tym roku Yellow Cap rusza do Brazylii, zespół spędzi tam prawie miesiąc (12.02-18.03).



Trzeba także napomknąć o "Schön daneben", numer ten bowiem został napisany, by wspomóc Pfand gehört daneben, organizację wspierającą... zbieraczy butelek, "osoby, które nie mają wystarczająco pieniędzy na spokojne życie i muszą zbierać butelki, aby dostać za nie pieniądze i z tego żyć", jak dopowiedział w wywiadzie lider Yellow Cap.

"Pleasure" zyskuje z każdym przesłuchaniem, co i rusz w ucho wpadają kolejne instrumentalne smaczki. Dodajmy do tego naprawdę dobry wokal Kaya i dostajemy pierwszorzędny album. Może nie będzie to pretendent do albumu roku, ale i tak jego słuchanie to - jak zapowiada tytuł - prawdziwa przyjemność.    

Płyta została wydana w ładnym digipacku, do tego książeczka z tekstami i zdjęciami zespołu; szkoda jednak, że pominięto w niej teksty utworów bonusowych, tzn. "Schön daneben" i portugalskiej wersji "Gabrieli". Uznajmy to za drobne niedopatrzenie.

W najbliższy piątek odbędzie się koncertowa premiera "Pleasure". Obok Yellow Cap w Scheune Dresden wystąpią DiscoBalls z Czech i Mr Wallace z Holandii.



Recenzję można przeczytać także na 


niedziela, 19 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

What will happen when a group of Jamaican music fans meets, fans who don’t utterly condemn the music which glory days are definitely over and we talk about the late 70’s and early 80’s, when new romantic was triumphant? Then, dear readers, a creature begins to exist: Rude Boy George (the other option was Flock of Scooters). The similarity to the pseudonym of the Culture Club vocalist is not accidental, as this gentleman, known for the hit singles such as "Karma Chameleon" and "Do you really want to hurt me", is a new romantic icon.


The band Rude Boy George was set up in January 2013 in NY by the musicians who got their experience in the bands Bigger Thomas and Across The Aisle. The group members are Roger Apollon (voc; Bigger Thomas), Megg Howe (voc; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, backup voc), Jim Cooper (per; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bass; Bigger Thomas), Jackie Chasen (sax, backup voc; Across The Aisle), Jesse Gosselin (guit; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (guit; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Earlier in the band there were also Spencer Katzman (guit; Bigger Thomas) and Dave Barry (keyboard; Beat Brigade/The Toasters).

Two of the members are well-known ska bloggers (Marc Wasserman - Marco on The Bass; Steve Shafer - The Duff Guide to Ska).


The band’s debut was on April 13th in Electric Avenue (the event of the bloggers mentioned above) at Manhattan club Characters NYC.


Some movies from the debut gig:

Soft Cell cover

Culture Club cover

Squeeze cover


But before they decided to play concerts, they issued their versions of The Human League hits – “(Keep Feeling) Fascination”, produced by Wayne “Waylo” Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). What’s more, they announced the coming out of the six-track EP. I couldn’t wait!



But the summer was gone and nothing happened. The autumn was gone, the winter began. The year ended, and I still didn’t hear from them. Until January 8th, when there was the premiere of  ”Take On” EP. From the initially announced list of six tracks, only three appeared, plus two remixes.

Among these three songs there are The Human League “(Keep Feeling) Fascination”, INXS “Don’t Change” and The Romantics “Talking In Your Sleep” (at the end you’ll find the original versions). They also added the remixes of the last two songs, including one featuring The English Beat toaster. All songs were recorded in May 2013 in West Orange in Bill Laswell’s studio (by the way, listen to his "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub" – really good job), produced by “Waylo” Lothian.


If you’re not a musical orthodox and you like musical experiments, “Take On” EP should appeal to you. The members of Rude Boy George perfectly balanced the proportions of Jamaican rhythms they play on daily basis and the music which undoubtedly can be called embarrassing and shameful, though still listened and enjoyed by lots of people, and not only those, who became soaked with new romantic when they were young. Frankly speaking, I initially thought this EP contains too little ska and reggae, but I quickly took to it. Take skilled instrumentalists, add a fine vocalist – Megg Howe from Across the Aisle – some dub here and there, and even the length of tracks (the shortest is almost 4 minutes long) don’t bother you. But beware! Once you listen, you’re likely to listen to it dozens of other times!

Spirit of 80s! 
  


czwartek, 16 stycznia 2014

Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"

Dr. Ring Ding to persona ogólnie znana w ska i reggae światku muzycznym, zarówno europejskim (w tym polskim), jak i światowym. Nie tylko dzięki swoim albumom - solowym i z The Senior Allstars, ale i kooperacjom (tak nagraniowym, jak i koncertowym) z artystami z różnych stron świata, dość wspomnieć choćby o Jamajczykach - i to tych pierwszoligowych - pokroju Doreen Shaffer, Derrick Morgan, Ken Boothe i Lord Tanamo, polskich The Bartenders i Dreadsquadzie, Oldies But Rudies z Hiszpanii, holenderskim Rotterdam Ska-Jazz Foundation (płyta "Today's Special" wydana pod szyldem Kingston Kitchen!), słowackim Polemic czy też ostatnio fińskim The Blaster Master. 

Efektem takiej międzynarodowej współpracy jest także projekt Dr. Ring Ding Ska-Vaganza, czyli kooperacja Richarda Alexandra Junga z barcelońskim Freedom Street Band oraz takimi muzykami, jak saksofonista altowy i barytonowy Mathias Demmer z The Busters, Markus Dassmann z The Senior Allstars grajacy na gitarze i organach, saksofonista tenorowy Genís Bou z Gramophone Allstars, wibrafonista Altfrid M. Sicking, amerykańska wokalistka jazzowa Stephanie K., Markus Passlick grający na instrumentach perkusyjnych (m.in. congach) czy pochodzący z Kadyksu młody trębacz Bruno Calvo. No i Queen of Ska we własnej osobie. 10 lat po rozwiązaniu Dr. Ring Ding & the Senior Allstars, flircie z dancehallem, reggae, a nawet calypso, Richie postanowił wrócić do korzeni, do tradycyjnego ska. I jest to bardzo udany powrót!


Album "Piping Hot" Dr. Ring Ding Ska-Vaganzy ukazał się w listopadzie 2012 r. nakładem niemieckiego Pork Pie (CD) oraz hiszpańskiego Buenritmo Producciones (LP). Równolegle Jump Up Records z Chicago wydało dwa limitowane siedmiocalowe single, na obu znalazło się po jednej piosence z "Piping Hot" oraz po jednej wcześniej nigdzie niepublikowanej. Od pewnego czasu, czyli od kiedy mam gramofon, zacząłem wkręcać się w winyle, dlatego też nie mogłem nie kupić jednej z tych siódemek (za czas jakiś zakupię następną). W Polsce single te można kupić w łódzkim Hot Shot Wear (przy okazji można się zaopatrzyć w dobre t-shirty) lub w sklepie Jimmy Jazz Records. Ja na pierwszy ogień wybrałem wytłoczony na czerwono-brązowym winylu singiel "Sammy Don't Go Out No More / Crazy".   


   

Pierwsze, co przykuwa wzrok to oczywiście charakterystyczna okładka - dzieło Chema Skndl!, meksykańskiego ilustratora, autora licznych plakatów i okładek (dość wspomnieć chociażby "Fat is Back" The Caroloregians). Jest jednak jedna rzecz, do której muszę się przyczepić - zbyt mała dziurka w winylu, trzeba ją było porządnie rozepchać! Może amerykańskie winyle już tak mają, nie wiem.

Jestem entuzjastą twórczości Dr. Ring-Dinga z The Senior Allstars (właściwie to lubię go w każdej odsłonie, zarówno soundsystemowej, jak i z żywym bandem), więc od kiedy tylko usłyszałem - najpierw na koncercie, później na spotify - "Piping Hot" z miejsca stałem się fanem tego albumu. Na stronie A zamieszczono "Sammy Don't Go Out No More", jeden z moich ulubionych numerów z albumu, prawdziwy killer. Kawałek opowiadający o Sammym (w klipie zagranym przez Mikołaja Tabako z The Bartenders / Upbeat Quartet), który wypadł z obiegu. Nie w głowie mu wyjścia do knajpy z kumplami, 
no more ladies nights
and no more two for one
 to se ne vrati. Założę się, że niejeden z was zna takiego Sammy'ego.


Stronę B zajmuje piosenka, którą można znaleźć tylko na tym krążku - cover piosenki skomponowanej w 1961 r. przez Willie Nelsona, a śpiewanej przez szereg artystów na Patsy Cline (przy okazji jeden jej największych przebojów), a kończąc na Julio Iglesiasie i LeAnn Rimes. "Crazy", bo o tym utworze mowa, to ballada o pewnym zakochanym wariacie.

I'm crazy for trying
and I'm crazy for crying
and I'm crazy for loving you
Wersja Dr. Ring-Dinga i jego zespołu przebija te wszystkie wersje country i pseudocountry.

Jeśli ktoś, niezbyt zadowolony z dancehallowych nawijek Doktorka, spisał go na straty, to ten singiel i cały ostatni album udowadniają, że artysta ma jeszcze wiele do powiedzenia. Nie bez przyczyny zasłużył sobie na miano ojca chrzestnego europejskiego ska. Tym bardziej cieszą jego częste wizyty w Polsce oraz współpraca z polskimi artystami/producentami (Dreadsquad to zdecydowanie jeden z naszych najlepszych towarów eksportowych!), poniżej kilka przykładów.








Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"
7" - limited edition - red-brown vinyl

Recenzję można przeczytać także na 


piątek, 10 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

Co stanie się, gdy pewnego dnia spotka się grupa fanów jamajskich brzmień, która nie potępia jednak w czambuł muzyki, która lata swej świetności - a mowa tu o końcówce lat 70. i początku 80., kiedy triumfy święciło new romantic -  ma już dawno za sobą? Wtedy, szanowni czytelnicy, powstaje twór o nazwie Rude Boy George (drugą opcją było Flock Of Scooters). Podobieństwo do pseudonimu wokalisty Culture Club Boy George'a bynajmniej nie jest przypadkowe, wszak dżentelmen ów - znany z takich hitów, jak "Karma Chameleon" czy "Do You Really Want to Hurt Me" - jest niemalże ikoną ruchu new romantic.


Zespół Rude Boy George został założony w styczniu ubiegłego roku w Nowym Jorku przez muzyków, którzy doświadczenie zdobywali w Bigger Thomas czy Across The Aisle. W skład RBG wchodzą mianowicie: Roger Apollon (wokal; Bigger Thomas), Megg Howe (wokal; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, chórki), Jim Cooper (perkusja; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bas; Bigger Thomas), Jackie Chasen (saksofon, chórki; Across The Aisle), Jesse Gosselin (gitara; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (gitara; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Wcześniej w zespole grali też Spencer Katzman (gitara; Bigger Thomas) oraz Dave Barry (klawisze; Beat Brigade/The Toasters).
Dwóch spośród członków Rude Boy George to także znani ska blogerzy. Marc Wasserman prowadzi bloga
Marco on The Bass, natomiast Steve Shafer - The Duff Guide to Ska.


Zespół swój sceniczny debiut zaliczył 13 kwietnia na Electric Avenue (przedsięwzięcie wspomnianych wcześniej blogerów) w manhattańskim klubie Characters NYC.


Trochę ruszających się obrazków z debiutanckiego gigu:

cover Soft Cell

cover Culture Club

cover Squeeze


Zanim jednak zdecydowali się na koncerty, puścili w świat swoją wersję "(Keep Feeling) Fascination", jednej ze sztandarowych piosenek The Human League. Producentem ich wersji jest Wayne "Waylo" Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). Dodatkowo zapowiedzieli, że jeszcze latem 2013 r. ukaże się 6-utworowa epka. Nie mogłem się doczekać!


Lato jednak minęło i nic. Minęła jesień, zaczęła się zima. Rok się skończył, a tu wciąż ni widu, ni słychu. Aż do 8 stycznia. Wtedy własnie premierę miała epka "Take On". Z zapowiadanych 6 piosenek, ostatecznie znalazły się na niej 3, dodatkowo 2 remiksy.

Wśród 3 piosenek znajdują się "(Keep Feeling) Fascination" Human League, "Don't Change" INXS i "Talking in Your Sleep" The Romantics (na końcu znajdziecie oryginalne wykonania). Dodano także remiksy dwóch ostatnich piosenek, w tym jeden z gościnnym udziałem toastera The English Beat. Wszystkie piosenki zarejestrowano w maju 2013 r. w studiu Billa Laswella (swoją drogą, posłuchajcie sobie jego "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub", kawał dobrej roboty) w West Orange. Całość wyprodukował wspomniany wcześniej “Waylo” Lothian.


Jeśli nie jesteście muzycznymi ortodoksami i lubicie muzyczne eksperymenty, to "Take On EP" powinno się wam spodobać. Członkowie Rude Boy George idealnie wyważyli proporcje między rytmami jamajskimi, które grają na co dzień, a muzyką, którą bez cienia wątpliwości można nazwać synonimem obciachu. Obciachu, który wciąż jest słuchany przez wielu ludzi, i to niekoniecznie tych, którzy nasiąknęli new romantic za młodu. Co prawda, początkowo uważałem, że na tej epce za mało jest ska i reggae, ale... szybko się do niej przekonałem. Weźmy sprawnych instrumentalistów, dołóżmy do tego świetny wokal Megg Howe z Across the Aisle, kilka dubowych smaczków tu i ówdzie, a nawet długość utworów (najkrótszy ma prawie 4 minuty) jakoś nie przeszkadza. Uwaga! Jak już raz posłuchacie, to wielce prawdopodobne jest, że posłuchacie jeszcze kilka (albo i kilkanaście) razy.


Tak swoją drogą, zamiast noworomantycznych syntezatorów dajmy organy Hammonda i może nam wyjść prawdziwa na przykład skinhead reggae'owa petarda - "Smalltown Boy ina rege stajli" chociażby. Czekam na coś takiego!



Spirit of 80s! 
  



Może kiedyś któryś polski zespół weźmie na warsztat coś z repertuaru Kapitana Nemo lub Kombi? Chyba tylko jedna kapela mogłaby się na to odważyć. Zgadujcie, może traficie która.



Relacje można przeczytać także na