poniedziałek, 3 grudnia 2012

24.11.2012 - Skadyktator Quartet + Las Melinas + Skampararas - Warszawa

Ostatnimi czasy w naszym kraju organizuje się coraz więcej imprez w klimacie ska/rocksteady/early reggae. Dość wspomnieć o olsztyńskim Fire Corner, regularnych koncertach warszawskich The Bartenders, szczecińskiej Vespy (o której kilka słów znajdziecie także na końcu) czy Las Melinas.

Aby wreszcie zobaczyć w akcji tych ostatnich - bo wstyd przyznać, ale moja wizyta w pobliskim Mikołowie, podobnie jak i na Orneta Ska Fest, spaliły na panewce - postanowiłem, wraz z 3 innymi osobami, pojechać do Warszawy, gdzie rzeczeni dżentelmeni rodem z Ornety, Trzebiela i Żar mieli zagrać koncert. Oprócz Las Melinas w stołecznym klubie Punkt & Radio Luxembourg miał także zagrać Skadyktator ze swoim nowym projektem oraz Skampararas.


Ze stolicy Górnego Śląska ruszyliśmy o 10:00, na miejscu byliśmy niecałe 5 godzin później. Po konsumpcyjno-zakupowych (piwo, wiadomo) odwiedzinach w Złotych Tarasach, udaliśmy się w stronę ul. Górczewskiej. Tutaj istotna uwaga dla P&RL, wysiadając vis-à-vis klubu, po prostu go nie zauważyliśmy, kebab w sąsiedztwie za to można by zobaczyć z kilkuset metrów. A może to dlatego, że byliśmy pod klubem ok. 17? Wokół ani jeden żywej duszy, nie licząc przejeżdżających samochodów i biegaczy. Tak czy siak, warto zainwestować w bardziej rzucający się w oczy baner/logo. No albo, od biedy, bardziej podświetlić obecny.

Przejdźmy do meritum, wszak chyba nikogo nie interesuje, gdzie i jakie piwo (jak się okazało Królewskie niestety nie jest zbyt dobre) wypiliśmy.

Jako pierwszy miał zagrać Skadyktator Quartet, czyli Skadyktator aka Wielki Imperator, polska inkarnacja Laurela Aitkena i jego zespół. Zespół, który jak na kwartet miał nadzwyczaj dużo członków. Zostańmy zatem przy nazwie Kosmiczne Combo. Już próba dźwięku zapowiadała smakowite ska dźwięki. Zespół przećwiczył kilka klasyków zarówno z zagranicy (z repertuaru Laurela Aitkena, The Ethiopians i Toots & the Maytals), jak i Polski, a to przez gościa specjalnego, ale o tym za chwilę. W pewnym momencie Badyl, klawiszowiec Las Melins, został poproszony o przesunięcie klawiszy, bo ego naszego zespołu jest olbrzymie i zepchnie instrument ze sceny. Cały czas Władca Ska Świata uświadamiał publiczności, która - mimo moich początkowych obaw - jak najbardziej dopisała, że to tylko próba, więc nie warto marnować energii. Dobrze, że posłuchałem.

fot. Maks Staniszewski

Ok. 21 zaczął się show. Skadyktator i Jego Kosmiczne Combo, w skład którego wchodzili m.in. saksofonista The Bartenders, jeden z członków Upbeat Quartet i Victor Quero - grający na wenezuelskim instrumencie cuatro (na co dzień gra na basie i gitarze). W sumie 8 osób plus Skadyktator.

fot. Maks Staniszewski

fot. Maks Staniszewski
Już na próbie można było usłyszeć jednego z gości zespołu - Gosię Andrzejewską (aka Atomową Divę), wokalistkę warszawskiego Radioaktywnego Świata. Dziewczyna ta, mimo iż z rejonów muzycznych raczej odległych od ska, ładnie śpiewała i - to chyba nie będzie przejaw seksizmu czy innego -izmu - była miła dla oka. Na scenie była też druga urocza niewiasta, na jej widok niejedno serce szybciej zabiło. Jak się później okazało to siostra Skadyktatora – szkoda, że w czasie koncertu nie śpiewała w chórkach.

fot. Maks Staniszewski
fot. Maks Staniszewski



Skadyktator i Jego Kosmiczne Combo zagrali m.in. "Sally Brown", "Skaledonia" (w oryginale "Caledonia"), "Shake" (oba utwory można usłyszeć na "Old Songs" Ziggie Piggie), "Mad About You", "54-46 Was My Number", "Train To Skaville", "Sahara" – czasem jeden kawałek płynnie przechodził w drugi, albo robiono swego rodzaju mash-upy (np. melodia z "Train To..." i tekst z "54-46"). Potem na scenę wszedł gość specjalny – Szczepan Lach (miał się pojawić także Grzegorz "Tiger" Mosurek, ale niestety nie udało mu się dojechać), współzałożyciel i lider sosnowieckiego Skankana, zespołu który miał być jednorazowym projektem utworzonym w celu zagrania koncertu na rzecz WOŚP w jednym z miejscowych liceów. Na szczęście dla fanów ska pierwotne założenie nie wypaliło i okazało się wieloletnim graniem. Szkoda tylko, że Skankan po niemiłej przygodzie (kradzież instrumentów i sprzętu) w Sopocie w 2009 r. właściwie już nie istnieje.

fot. Maks Staniszewski



Razem z Kosmicznym Combo Szczepan zaśpiewał "Dziewczyny", "Łoki-Toki" i "Situation Ska Vibration" (z płyty "Try to feel it", jak na razie ostatniej w dyskografii). Kolejnym gościem był Robert Brylewski, którego przywołano na scenę. Zagrano z nim oraz Szczepanem "Rudy a Message To You", w wersji nieco harcerskiej, bowiem Brylu miał przy sobie gitarę akustyczną.

W czasie koncertu, w pewnym momencie na scenie znalazł się także członek Las Melinas - wspomógł ansambl Skadyktatora grą bodajże na perkusji.

Po zakończeniu godzinnego setu, gdy już prawie wszyscy zeszli ze sceny, tajemniczy Skadyktator, którego bazą jest podziemny kompleks na Wyspach Bouveta, wraz z Victorem Quero akompaniującym na cuatro, zaśpiewał "Quizás, Quizás, Quizás", napisane ponad 60 lat temu przez Osvaldo Farrésa. Przez dziesięciolecia od powstania utwór ten, w różnych językach, coverowało wielu artystów, m.in. Prince Buster, The Skatalites i Laurel Aitken. Piosenka ta była idealnym zwieńczeniem występu, wisienką na torcie.

W trakcie tego koncertu nie dało się wystać w miejscu – no może pierwszych 10 czy 15 minut stałem w miarę spokojnie i po prostu patrzyłem, z uśmiechem na gębie. Ale potem już nie dawałem odpocząć stawom i kościom, trochę już zmęczonym podróżą. I pomyśleć, że to dopiero pierwszy występ tego wieczoru.

Las Melinas, czyli orkiestra prezentująca muzykę ska z elementami rock'n'rolla i swingu, zaprezentowała się w składzie 8-osobowym, a przez chwilę nawet 9-osobowym. Zaczęli grać o 22:25. Jeśli taniec na pierwszym zespole mnie zmęczył, to na Melinach miałem prawie stan przedzawałowy. No po prostu nie dało się nie tańczyć. Nawet głuchego, by rozruszali.

fot. Maks Staniszewski

fot. Maks Staniszewski

fot. Maks Staniszewski
fot. Maks Staniszewski

fot. Maks Staniszewski

Intro, trwające ładnych parę minut, zapowiadało ska-rzeź, a raczej ucztę.  Zagrali i coś nowego, i coś bardzo starego. Coś swojego i coś z repertuaru innych artystów. Usłyszeliśmy m.in. "Śniadanie", "Rock'n"Roll", "Rocks Teddy", "Hans Kloss/Czarne chmury" (jak wszyscy wiedzą, a przynajmniej powinni wiedzieć, Hans Kloss to taki polski James Bond), "Złe pijane dziewczyny", "Miasto", "Terminatora" Leningradu, "Guns of Navarone" The Skatalites i "Rivers of Babylon" (w wersji polskiej nawalił się on). W przypadku tego ostatniego warto by uskutecznić małą roots edukację i uświadomić ludziom, że autorami tego utworu jest The Melodians.



W pewnym momencie na scenę zaproszono Skadyktatora, z którym zagrano "Mad About You / My Boy Lollipop" i "Dynamite" Tommy'ego McCooka i The Supersonics. Kolejnym zaproszonym na scenę był Szczepan. Na koniec Las Melinas zagrali "Rumian Stajla". Skończyli grać po północy.

fot. Maks Staniszewski
fot. Maks Staniszewski
Ostatnie 15 minut musiałem spędzić przy piwopoju, bo nogi to - delikatnie pisząc - wchodziły mi w dupę.

Grzechem byłoby nie napomknąć o Maksie Staniszewskim, który w jednym kawałku zagrał na organach Hammonda. Chłopak ma, na oko, kilkanaście lat, ale jest multiinstrumentalistą. Z taką młodzieżą nie ma się co martwic o przyszłość ska w tym kraju. Zdjęcia jego autorstwa możecie zobaczyć w tej relacji, a także w galerii na RudeMaker.pl.

fot. Las Melinas
Jako trzeci na scenę wszedł zespół z Jastrzębia Zdroju, istniejący od 15 lat Skampararas. Zespół, którego fanem nigdy nie byłem, nie jestem, a po tym koncercie na pewno nie będę. Napisać, że zagrali przeokrutnie słabo to mało. Nawet kawałki, które na ostatniej podobno dobrej płycie - piszę podobno, bo jednokrotne przesłuchanie zajęło mi pół roku – jakoś brzmiały, na koncercie nie brzmiały w ogóle. Zespół ten, jak to określiła pewna osoba, prezentuje wszystko co najgorsze w polskim ska. Trudno się z tym nie zgodzić. Zagrali m.in. "Street Ska", "Izabelę", "Uzdrowisko Śląsk" (z gościnnym udziałem Skadyktatora), "Za reggae i ska". Czekałem tylko na koniec tego żenującego widowiska.

Ich występ miał jednak jeden plus, w tym czasie można było porozmawiać z ojcem założycielem RudeMakera, którego ostatnio widziałem ponad 4 lata temu (koncert The Aggrolites we Wrocławiu). Oby na następne spotkanie nie trzeba było czekać tyle lat.

Skoro już jesteśmy przy rozmowach to trzeba było także porozmawiać ze Skadyktatorem, który dzień wcześniej był w Bolonii na The Skatalites (zachwalał obecny, odmłodzony skład, i to bardzo). Nie omieszkałem też zapytać o film o ska, który Skadyktator kręci wraz z Krzysztofem Gajewskim. Panowie mają rozmach. Przeprowadzono już lub są w planach wywiady z Rico Rodriquezem, Red Soul Community, Soweto, Markiem Foggo, Die Tornados, przedstawicielem Grovera, Rocking Steady i innymi. Polskę reprezentuje m.in. Stecyk, którego naszym czytelnikom przedstawiać nie trzeba. Także i na warszawskim gigu kręcono materiał (mała próbka poniżej).



Jeszcze jadąc do Warszawy zastanawialiśmy się, gdzie pójść na afterparty, w planach był klub Miasto, gdzie w soboty są imprezy reggae. Niestety tym razem nie wypaliło. Zmęczenie dało o sobie znać, więc po 3 wyszliśmy z klubu, niektórzy przez płot, i poszliśmy na autobus, który... nie raczył zatrzymać się na przystanku. Koniec końców dotarliśmy na Dworzec Centralny, a o 8:15 ruszyliśmy do Katowic.

Wyjazd do stolicy zaliczam do nadzwyczaj udanych i to nawet mimo megasłabego występu "gwiazdy" wieczoru. Gwiazdami byli Melinasi. Oby udało się w miarę szybko znowu ich zobaczyć, w planach jest odwiedzenie Świdnicy, gdzie 6 grudnia Las Melinas gra z odmłodzoną Vespą i The Bauagans.

ps relacja pierwotnie ukazała się o TUTAJ

niedziela, 21 października 2012

28.09.2012 - Polsko-Český Punk Rock Show - Chorzów

Pod koniec września w trzech polskich miastach (Poznaniu Zielonej Górze i Chorzowie) można było zobaczyć punkowe show, i to nie byle jakie, bo Polsko-Český Punk Rock Show. W chorzowskiej Leśniczówce zagrały Dream Of The Queen i Bulbulators reprezentujący Polskę, a konkretnie jej najlepszą część, czyli Śląsk, oraz The Fialky zza naszej południowej granicy.



Warto napisać o samym klubie Leśniczówka, a właściwie to Leśniczówka Rock'n'Roll Cafe, bo tak brzmi pełna nazwa. Klub ten nie bezpodstawnie nazywa się tak, a nie inaczej. Wystarczy zerknąć na mapę.


Położenie w środku Parku Śląskiego (wcześniej Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku) nie ułatwia dotarcia na koncert, aczkolwiek jeśli ktoś chce to wszędzie trafi. Na piątkowym koncercie niestety tłumów nie było, zapewne swoje zrobiła tu lokalizacja.

Pierwszym zespołem miał być Dream Of The Queen, nowy zespół na śląskiej scenie. Nowy, ale tworzony przez doświadczonych muzyków, znanych z takich zespołów jak Pils, Elektryczny Pastuch, The End czy Nail To Coffin. Niestety dane było mi zobaczyć tylko, jak wchodzą na scenę, później poszedłem po znajomych z Rudy Śląskiej, którzy - a jakże - nie mogli trafić do Leśniczówki. Dodać trzeba, że wokalistą Dream Of The Queen jest Chmielo (wcześniej śpiewał m.in.w Propelers), a kapela nagrywa obecnie swój debiutancki album.

Po dłuższej przerwie, trwającej cały koncert, poświęconej poszukiwaniom zaginionych owieczek, wszyscy wreszcie spotkaliśmy się pod klubem. Był to idealny moment, bo niedługo na scenę mieli wchodzić Bulbulatorsi.  

Bulbulators to znana i ceniona marka na polskiej scenie, zresztą nie tylko polskiej, bo zdarzało im się grać także poza granicami naszego kraju, chociażby na słowackim festiwalu Punkáči deťom czy czeskim Fest Pod Parou. Na koncie mają 6 studyjnych albumów, ostatni to wydany przed dwoma laty "Principes Mortales Punk Aeterna". Od ubiegłego roku w zespole jest 5 osób, do Iglaka, Kondiego, Grubego i Buraka, dołączył syn tego ostatniego, Krzysztof "Lotos" Latosiński, grający na gitarze.

Mimo, iż widziałem Bulbulatorsów już wiele razy (sam nie wiem ile, na pewno ponad 10) to jeszcze nigdy nie zagrali słabego koncertu. Tak było i teraz. Kapela, jak zawsze, zaprezentowała przekrojowy set. Publiczność usłyszała zarówno piosenki z ostatniej płyty, które już spokojnie można nazwać hitami, jak i starsze kawałki. Było i "Hypnos", i "30 kul", i "Będę grzeczny", i "Sprawiedliwośc", i... można tak wymieniać jeszcze trochę. Były też covery, stały zestaw koncertowy Bulbów: "Teenage Kicks" Undertonesów, "My młodzież z krańców wielkich miast" Ramzesa i coś czego nie mogło zabraknąć na koncercie śląskich punkowców - hołdu złożonego Ramones.

Po Bulbach na scenę weszli goście z Czech - The Fialky, ostatnimi czasy coraz częściej grający w naszym kraju. Czesi mają na koncie 3 studyjne albumy, "Průser" (2007 r.), "Šance" (2008 r.) i wydany w tym roku "Kapitán 77". Wcześniej The Fialky widziałem dwukrotnie, na jednym z Memoriałów w Czerwionce i na Ska! Oi! Days w Sosnowcu. Z koncertu na koncert podobają mi się coraz mniej (gdy widziałem ich w Krakowie w październiku, za jakiś czas będzie relacja, to po prostu olałem ich występ). W Chorzowie zagrali m.in. "Punk sex pivo", "Punk 77", "Počernice boys" + oczywiście co nieco z ostatniej płyty, której do dzisiaj nie miałem okazji przesłuchać (i jakoś mnie do niej nie ciągnie).

Podsumowując: wyjazd słaby, jedynym plusem był koncert Bulbulatorsów i spotkanie znajomych. Dobrze, że mili ludzie zapewnili podwózkę prawie pod sam dom.
















wtorek, 16 października 2012

15.09.2012 - Rebel Ska Fest - Chorzów

Ponad miesiąc po pierwszej koncertowej wizycie w chorzowskim Rebel Garden Cafe, we wrześniu przyszła pora na kolejną. Tym razem, w ramach koncertu pod nazwą Rebel SKA Fest, miały wystąpić dwa zespoły grające ska, czyli to co tygryski lubią najbardziej.


W ten sam dzień w Sosnowcu miał być inny koncert (Horrorshow, Werwolf 77, Saint & Sinners i Tony Tarantula & his Bastards), więc właściwie do ostatniej chwili miałem dylemat, gdzie pojechać. Za wyborem Chorzowa przeważały 2 zespoły, których nie widziałem wcale lub od bardzo dawna oraz brak ska w Sosnowcu - w zeszłym roku grał np. francuski Skarface.

Podobnie, jak w sierpniu, także i teraz koncerty odbywały się przed Rebel Garden Cafe. Jedyną różnicą był brak sceny. Koncert, co nie powinno dziwić w naszym kraju, zaczął się z opóźnieniem. Na pierwszy ogień poszedł zespół o nazwie TeSkapsie.

O samym zespole wiadomo niewiele. Posiada profil na myspace, ale informacje na nim zawarte, oględnie mówiąc, są bardzo oszczędne w treści. W swojej biografii napisali:
Na początku było słowo ... potem dźwięki aż wreszcie powstało TeSkapsie...
W składzie, nie wiem na ile informacje te są aktualne, znajdziemy 9 osób: Marcin M., Mnichu, Krzychu, Czyżu, Maciej M., Marcin D., Wolf, Dudi, Tomski. TeSkapsie pochodzą z Piekar Śląskich i to głównie tam - w klubie Piekarnik - występują. Czasem zdarzają im się wypady do innych miast, w tym roku zagrali m.in. na festiwalu Najcieplejsze Miejsce Na Ziemi w Wodzisławiu Śląskim. Na festiwalowej stronie przeczytamy:
Te!Skapsie to śląska legendarna grupa widmo! Reggae, Ska Rock Staedy, Rock'n'roll a wszystko to w Jazz-owym zacięciu sekcji dętej! Od 2002 roku w zespole zaszło wiele zmian ale dalej walczą z niezniszczalną siłą!
"Śląska legendarna grupa widmo" - to chyba najtrafniejsze określenie tegoż zespołu. Zespołu, który do tej pory udało mi się widzieć w akcji tylko raz, a dokładnie 22.04.2012 r. we wspomnianym wcześniej Piekarniku. Zagrali wówczas z czeską kapelą Sultan Soliman.

Wróćmy jednak do chorzowskiego Rebel Ska Festu. TeSkapsie jak najszybciej powinni zadbać o jakąś promocję, bo naprawdę grają bardzo dobrze. 4-osobowa sekcja dęta (dwa saksofony, puzon i trąbka) ładnie, czasem jazzująco, "chodzi". Wokalista nie męczy swym głosem, a to ważne. Co zagrali? Nie mam pojęcia. Zdawało mi się, że słyszałem "Gangsters" The Specials, aczkolwiek czy to na pewno było to, czy tylko jakaś wariacja na temat - tego niestety nie wiem. Wiem za to, że kapela ta powinna wreszcie wziąć się w garść i dać okazję reszcie Polski do pójścia na koncert, ale żeby do tego doszło trzeba organizatorom dać o sobie znać i na dobry początek chociażby ułatwić skontaktowanie się ze sobą.  

Wszystko co dobre, jednak musi się skończyć. Po reprezentantach Piekar Śląskich, na "scenę" wyszedł, niemiłosiernie długo strojący się, Drenkrom ze Skrzyszofa. Nazwa ta absolutnie nic mi nie mówiła, nie słyszałem żadnego kawałka. Zajrzałem na stronę zespołu, ale nie wczytałem się w nią zbyt dokładnie, dlatego też przeoczyłem to:
Gramy energicznego punk rocka z domieszką ska i szczyptą osobistych fascynacji każdego z nas.
Widziałem mnóstwo różnych zespołów, głównie punkowych i z ręką na sercu muszę napisać, że był to najgorszy koncert na jakim byłem w tym roku. Drenkrom zdetronizował nawet Załogę Andrzeja, którą miałem wątpliwą przyjemność widzieć w maju. W skład zespołu ze Skrzyszofa wchodzi 9 osób, w tym 2 wokalistów, 2 gitarzystów i 3-osobowa sekcja dęta (trąbka, puzon, saksofon). Muzyka Drenkromu mogłaby zrobić furorę w latach 90. wśród polskich punków, ba! może nawet ich kasetę wydałby Silverton. Na scenie ska nie ma to racji bytu. Na współczesnej punkowej też już raczej nie. Dwóch wokalistów, z czego jeden wykrzykuje jakieś komunały przez megafon, napierdalanka (pardon my french) bez ładu i składu. Jednym słowem STRASZNE. Wytrzymałem z 15 minut i ewakuowałem się do domu.     
Jedynym plusem tego zespołu jest to, że dzięki niemu odbyła się ta impreza, bo to jeden z członków Drenkrom odezwał się do Darka Zalegi z Rebel Garden Cafe. W przyszłym roku w planach jest większa impreza ska, oby bez Drenkromu.

Na zakończenie kilka zdjęć, raczej nie aspirujących do World Press Photo. ;) Na ostatniej focie nieszczęsny Drenkrom.











  





wtorek, 9 października 2012

12.09.2012 - MiSanDao, Wee Wees, Opcji Jest Wiele - Kraków

Na początku sierpnia w sieci pojawiły się informacje o przyjeździe do Polski MISANDAO, oi!-owej kapeli rodem z Państwa Środka. Mieli zagrać w naszym kraju 2 koncerty - w Krakowie oraz w Warszawie. Początkowo rozważałem wizytę w stolicy, ale ostatecznie - ze względu na czas dojazdu ze Śląska i krótsze czekanie na powrotny środek lokomocji - przeważył Kraków.

Koncert w mieście Kraka odbył się w klubie Kot Karola, klubie pełnym zakamarków i zaułków. Nawet gdyby na koncert przyszło tam ze 200 osób, to i tak - zakładając, że wszyscy nie skupiliby się w salce koncertowej - nie byłoby tego widać. Z drugiej strony ta "zakamarkowatość" i grube mury, ma swoje zalety - nie trzeba wychodzić z klubu, by uniknąć wątpliwej przyjemności słuchania jakiegoś miernego zespołu - bo, zakładam, że i takowe ansamble grają tam koncerty.


Koncert rozpoczęła miejscowa kapela Opcji Jest Wiele. Powstali w 2008 r., dwa lata później wydali epkę pt. "Białe Tabletki". Na koncercie nie zaprezentowali nic, co mogłoby mnie zainteresować, ot taki sobie punk rock aspirujący do bycia ska punkiem, więc postałem chwilę pod sceną i poszedłem napić się piwa. 

Przy okazji, warto wspomnieć o cenie piwa, bo ta - delikatnie mówiąc - mnie zaskoczyła. Żubr w butelce sprzedawali po 5 zł, co biorąc pod uwagę lokalizację klubu (znajduje się przy samym Rynku, rzut kamieniem od Kościoła Mariackiego) było nader korzystną ceną. Ciekaw jestem, czy była to jednorazowa promocja tudzież promocja koncertowa, czy jest tam tak na co dzień.   

Jako drugi na scenę wszedł zespół Wee Wees, jak określono go w opisie wydarzenia na facebookulegendarna punkowa brygada z Krakowa. Zapewne tak legendarna, że ich legenda nie wyszła poza obręby miasta. Tymi oto słowy wokalista przywoływał publiczność:

Chodźcie słuchać moich słów, a jak nie to spierdalajcie.

To plus sama stylówa członków Wee Wees pozwalała domniemywać, że będzie co najmniej śmiesznie.




I w rzeczy samej, tak właśnie było. Grzechem byłoby nie zacytować tekstów kapeli. A jako że są przedstawicielami nurtu short track punk rock, nawet i dwóch. Najpierw coś po angielsku:
aj em e pank
aj em no fjuczer
i hew e leder
end aj hejt ju
aj em e pank
so stej ełej
bikoz aj kil ju
on ewry dej
 a teraz po polsku, wszak Polacy nie gęsi...:

starca emeryta
poczęstuje trepem
po co będzie łaził
ryj mu zara sklepie

a staruszce z siatą
i kundlem sierściuchem
morde zara złoje
mym nowym łańcuchem

ref. bo ja jestem inny
i nie mam przyszłości
więc się odpierdolcie
no bo tak
A tutaj wersja obrazkowa dla tych, którzy mają problemy z tak dużą ilością literek.


Było szybko i konkretnie. Prawie jak u GG Allina, którego jestem fanem. No może, w porównaniu do Allina, za dużo sacro punka, a za mało pornografii.  


Po supportach i ciągnącej się niemiłosiernie przerwie nadszedł czas na MiSanDao. Jak przystało na zespół skinheads, wzięli oni swoją nazwę od... lokalnego łakocia. Tego i kilku innych ciekawostek możemy się dowiedzieć z wywiadu przeprowadzonego z Lei Jun, wokalistą zespołu, przez Marcelinę Obrzydowską (ukazał się w tygodniku "Przekrój"). 

Jeszcze przed koncertem sam zespół wzbudził pewne kontrowersje swoimi poglądami. Odwołują się bowiem do pierwotnego etosu ruchu skinheads, głosząc hasło: NO NAZIS! NO RACISM! NO FASCISM!, a to różnym muzyczno-subkulturowym specom jest bardzo nie w smak.

MiSanDao powstał w 1999 r. w Pekinie. Trzy lata później wydali swój debiutancki album pt. "Clamp Down". W 2005 r. wydali własnym nakładem kolejny album, "Proud Of The Way". Zainteresowała się nim niemiecka wytwórnia Saalepower Records, dzięki której rok później ukazała się reedycja na CD i LP. Od tamtego czasu Chińczycy stali się bardzo popularni w Niemczech. Sporej popularności przysporzył MiSanDao także występ w filmie dokumentalnym "Oi! Skins in Beijing" nakręconym przez Maxa Celko i Heike Scharrera (część 1, 2 i 3). W 2007 r. Saalepower Records wydało "Tour Show in Europe", będący zapisem pierwszej europejskiej trasy chińskich skinheadów. Dwa lata później nakładem tej samej wytwórni ukazał się, jak na razie ostatni w dorobku MiSanDao, album "Chinese Boot Boys".

Do Krakowa pojechałem właściwie z jednego powodu - żeby zaliczyć koncert punkowego zespołu z Chin, wszak nieczęsto ma się okazję widzieć na własne oczy taką egzotykę. To że grają oi! music było dodatkowym, ale bardzo istotnym, smaczkiem. W sieci można natrafić na różne opinie na temat MiSanDao, wśród nich i takie, że to przeciętna (ba! nawet słaba), wtórna kapela, których wiele jest chociażby w samych Niemczech. Ich jedynym atutem jest to, że pochodzą z Chin. Cóż, każdy orze jak może. Prawda jest taka, że punk rock (także oi!, street punk czy inne podgatunki) to nie jest żadna wirtuozeria, bo i nie o to w tym wszystkim chodzi. Niewiele jest zespołów, grających coś oryginalnego, ale jak to się mówi, wszystko już było, a cytując tekst z "Rejsu":
Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.

Sam koncert Chińczyków to było solidne oi!-owe granie. Nie wiem, jak z płyt, bo słyszałem raptem ze 2 piosenki na youtube, ale na żywo jak najbardziej dają radę. Tematyką piosenek nie odbiegali od większości zespołów z tego nurtu (wiadomo, skinhead style, working class, piwo itd.). Co prawda na setliście widniały 2 tytuły po chińsku, ale dałbym sobie palec uciąć, że śpiewali tylko po angielsku.

Publiczność usłyszała m.in. "We Are Skinhead We Are Punk", "Chinese Boot Boys", "Skinhead Never Walks Alone", "It's Not My Game", "You Are Punk" i "Union In Beijing".

Po zakończeniu jeszcze dwukrotnie musieli bisować. Najpierw kontynuowali część oi!-ową (takimi kawałkami, jak "One More Beer" czy "Way Of Life"), a za drugim razem zagrali to czego brakowało mi w czasie zasadniczej części ich występu, ska i skinhead reggae. Na szczęście w końcu się doczekałem kilku kawałków, wśród których największy aplauz publiki zdobył cover pewnego klasyka. Kto był ten pewnie wie, o który skinhead hit chodzi. Jeśli nie, to podpowiem tylko, że było to coś z repertuaru "Ojca Chrzestnego Ska". 












Wypad do stolicy Małopolski zaliczam do udanych. Nie dość, że zobaczyłem 2 fajne koncerty, to wreszcie odwiedziłem przybytek zwany Kotem Karola (ostatnimi czasy sporo się tam dzieje). Teraz pora na coś z Japonii, najlepiej gdzieś na Śląsku.

Więcej zdjęć znajdziecie na PICASIE.