Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

The Puppini Sisters - The Rise & Fall of Ruby Woo

Czas na trochę historii, aczkolwiek niezbyt odległej. Nieco ponad 3 lata temu napisałem swoją pierwszą recenzję (oczywiście nie liczę tu recenzji książek, które musiałem pisać na studiach). Napisałem wówczas dla RudeMaker.pl kilka słów o "The Rise & Fall of Ruby Woo" The Puppini Sisters. Poniżej nieco podrasowana wersja tejże recenzji.

The Puppini Sisters - The Rise & Fall of Ruby Woo [2007]



„The Rise & Fall of Ruby Woo” to drugi album londyńskiego tria, w skład którego wchodzą dwie Brytyjki, Stephanie O’Brien i Kate Mullins, oraz Włoszka – Marcella Puppini. Choć wszystkie oprócz śpiewania grają także na instrumentach wspomaga je trzech instrumentalistów: kontrabasista „Mister Mister”, obsługujący fortepian oraz instrumenty perkusyjne „Two Toms” oraz „Ol’ Mar” grający na gitarze, mandolinie i pandeiro. Ich udział ma niebagatelny wpływ na brzmienie albumu, wszak przekrój instrumentarium jest dość szeroki - od kontrabasu, poprzez skrzypce, po trójkąt. 

Już patrząc na okładkę można domyślić się, że będziemy mieli do czynienia z retro. I tak w rzeczywistości jest. Jednak, o ile słowo „retro” w wielu przypadkach brzmieć może jak zarzut, w tym tak nie jest. The Puppini Sisters inspirują się latami 30. i 40., zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i modę. Ich muzyka to swoisty amalgamat, w którym jazzujący swing miesza się z muzyką wykonywaną przez amerykańskie żeńskie grupy wokalne, popularne zwłaszcza w okresie powojennym. Wszystko to doprawione jest bardziej współczesnymi brzmieniami.



Słuchając płyty „The Rise & Fall of Ruby Woo” cały czas po głowie chodziła mi myśl: „już to gdzieś słyszałem”. Nic dziwnego, bo jak się później okazało większość utworów znajdujących się na płycie mieliśmy już okazję słyszeć w niejednym wykonaniu. Czego tu nie ma? Są tu utwory (skomponowane lub wykonywane) przez takich artystów jak: R.E.M., Barry Manilow, Louis Armstrong czy Beyonce Knowles.

Nie ma sensu opisywać każdego utworu, więc poprzestanę na kilku, które wyróżniają się spośród reszty (przekładając na bardziej zrozumiały język – te, które najbardziej mi się podobają).

Na uwagę zasługuje zwłaszcza "Soho Nights", pierwszy na płycie oryginalny utwór zespołu. Prawdopodobnie zawarto w nim autobiograficzne treści. Możemy dowiedzieć się, że to w Soho życie było piękną grą, to tam tańczono jak głupcy, jednak czy historia ta pobudzi do tańca słuchaczy? Według mnie tak.

Do najlepszych utworów na płycie należy także "Crazy in Love". Oryginał, śpiewany przez Beyonce i rapera Jay-Z, kilka lat temu odniósł niesamowity sukces, zdobywając pierwsze miejsca na listach przebojów i bijąc rekordy sprzedaży. Wersja The Puppini Sisters na szczęście niewiele ma wspólnego z pierwowzorem. Dość powiedzieć, że wykorzystano tu m.in. skrzypce, na których gra Steph O'Brien. Płytę warto kupić chociażby dla tego utworu. 

Zatrzymajmy się na dłuższą chwilę przy "It Don't Mean a Thing If It Ain't Got That Swing", skomponowanym w 1931 r. przez Duke'a Ellingtona, a przed "siostrami" śpiewanym przez takie tuzy światowego jazzu, jak Ella Fitzgerald, Nina Simone, czy Django Reinhardt. Członkinie The Puppini Sisters są absolwentkami londyńskiego konserwatorium muzycznego Trinity Colege of Music, więc nie można im zarzucić muzycznej ignorancji, lecz czy wystarczy to, by mierzyć się z Ellą - nie bez przyczyny nazywaną "First Lady of Song"? Porównań "siostry" nie unikną. 



Teraz czas pomarudzić. Podstawowym zarzutem jest to, że na płycie dominują covery. Szkoda, bo utworów napisanych przez The Puppini Sisters słucha się bardzo dobrze, jednakże ma się wrażenie, że są one tylko dodatkiem. Dla mnie cover, nawet najlepiej zaaranżowany, to tylko cover. Jakże wymowny jest fakt, iż na okładce nie zaznaczono kto napisał utwory śpiewane przez "siostry", dla mnie jest to spore nadużycie. 

Debiutancka płyta zespołu "Betcha Bottom Dollar" składała się wyłącznie z interpretacji cudzych utworów, tak więc widać tendencję spadkową. Chciałbym, aby na kolejnej płycie to cudze utwory były w mniejszości, by były swego rodzaju wisienką na torcie.

Płyty słucha się przyjemnie, jednak nie pozostaje w pamięci na dłużej. Właśnie to jest drugim zarzutem Po przesłuchaniu debiutanckiego albumu, nawet po roku, w głowie siedziały mi "Mr Sandman", "Tu Vuo Fa L'Americano" i "Jeepers Creepers". Tutaj niestety tak nie jest. No, może małym wyjątkiem będzie "Soho Nights". 

Posiadana przeze mnie płyta to "wydanie polskie", czyli w porównaniu do międzynarodowego dość okrojone (chodzi głownie o objętość wkładki). W tym przypadku brakuje także jednego utworu - "Don't Sit Under The Apple Tree". Coś za coś. Niższa cena, ale uboższe wydanie. 

Żałuję, że w 2008 r. nie było mi dane pojechać na koncert The Puppini Sisters. Cóż, trzeba mieć nadzieję, że jeszcze zawitają do naszego kraju.

Końcowa ocena płyty: 3,5/5

sobota, 2 lutego 2013

Podcast + recenzja singla New Kingston

Od wczoraj można słuchać nowego odcinka podcastu RudeMaker.pl.

Tym razem zajmiemy się światkiem przestępczym i jego najsłynniejszymi przedstawicielami. Usłyszycie tu piosenki zarówno o amerykańskim gangsterze okresu prohibicji, znanym jako The Big Fellow, Snorky i Scarface, jak i o Jesse Jamesie. Jest też i Clyde Barrow, wraz ze swoją partnerką Bonnie Parker. Oprócz tego trochę mniej lub bardziej oczywistych odniesień do gangsterskiego świata.



Piosenki nagrane w ciągu ostatnich lat przeplatane są "trzaskami" sprzed lat kilkudziesięciu. Jakie to piosenki i jacy artyści? Tego, jeśli sami nie zgadniecie, dowiecie się w przyszły czwartek. A dzień później kolejny podcast, będzie sporo młodych zespołów z różnych stron świata.



Następny odcinek tematyczny będzie najwcześniej za 2 tygodnie.


Jest coś do posłuchania, więc czas na coś do poczytania.

New Kingston - Your Turn To Cry [2012]




New Kingston to młody zespół, w skład którego wchodzą mieszkający w Brooklynie trzej bracia, synowie reggae'owego muzyka Courtneya LJ Pantona: gitarzysta Stephen (aka SUKI), perkusista Courtney oraz najmłodszy w zespole Tahir (aka SLIM), grający na klawiszach. Cała trójka, oprócz grania na instrumentach, udziela się też wokalnie, aczkolwiek wiodącą rolę odgrywa najstarszy z braci, Stephen. Doświadczenie zdobywali grając jako backing band na koncertach takich artystów, jak Collie Buddz, Gyptian czy Mr. Vegas, jednak ich ojciec, a zarazem menadżer, miał inną wizję kariery swoich synów.

Jak na razie bracia Pantonowie mają na koncie album "In The Streets" wydany w 2010 r. i "The Kingston E.P." z 2011 r. Ostatnią pozycją w ich dyskografii jest singiel "Your Turn To Cry" (lub też, jak to ostatnio napisała mi wytwórnia "Waiting On The World To Change", tak czy siak, chodzi o to samo), zwiastujący płytę pt. "Kingston University" (premiera 5 lutego). W ten sam dzień premierę będzie miał także klip do promującego album singla "Life", wyreżyseruje go Edwin Escobar.


Przejdźmy do singla już wydanego. "Waiting On The World To Change" jest coverem, autorem oryginału jest John Mayer, amerykański artysta pop/blues rockowy. Natomiast "Your Turn To Cry", fragmentami jest dziwnie podobny do piosenki o tym samym tytule śpiewanej przez Bettye LaVette. A może to tytuł zasugerował mi to podobieństwo? Nie wiem.

Cóż można napisać o "Your Turn To Cry / Waiting On The World To Change", wyprodukowanym przez Deana Frasera? Punktem wyjściowym w muzyce New Kingston, także i w opisywanym singlu, jest reggae, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę doświadczenia Courtneya Pantona seniora. Jest to bardzo słodka muzyka, można by to chyba nazwać "bubblegum reggae". Sam zespół określa swoją muzykę mianem "reggae crossover". Można i tak, wszak oprócz reggae i nowoczesnego popu, mamy tu także r&b, a w innych numerach nawet jazz. Przyznaję, to co grają, łatwo wpada w ucho. Myślę, że spokojnie mogłoby być puszczana w radiach i królować w telewizjach muzycznych. Idealna propozycja na wakacyjne hity. Tylko, czy po dłuższym czasie New Kingston wciąż będzie się kołatać gdzieś po zakamarkach mojej głowy, jak to zdarzało się niejednej piosence? To już inna kwestia. Zobaczymy.

Tak swoją drogą, ciekaw jestem, jak bracia Panton wypadają na koncertach.   

A wam, szanowni czytelnicy i czytelniczki, która wersja bardziej się podoba?



vs.


To na koniec jeszcze trochę muzyki tria:

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Etana - Reggae

Kolejny wpis, kolejna recenzja. Podobnie, jak ostatnio, będzie to recenzja epki, ale tym razem artystki pochodzącej z rejonów odleglejszych niż Hiszpania. Chodzi o ETANĘ


Etana - Reggae [2012]


W listopadzie ubiegłego roku, nakładem wytwórni VP Records, ukazał się – niestety tylko w formacie cyfrowym – singiel Etany zatytułowany "Reggae". Ów singiel był, a właściwie wciąż jest, zapowiedzią trzeciego studyjnego albumu artystki, który do sklepów trafi pod koniec lutego.

Etana (co w języku suahili oznacza "The Strong One") przyszła na świat jako Shauna McKenzie 22 maja 1983 r. w Kingston. Gdy miała 4 lata, jej rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Mimo, że dołączyła tam do dziewczęcej grupy Gift, a ich muzyką zainteresował się Universal Records (niestety, albo i stety, miała inną wizję swej kariery niż wytwórnia), jej droga do światowego sukcesu zaczęła się po powrocie na rodzinną wyspę. Co ciekawe, wróciła by otworzyć na Jamajce kafejkę internetową. Los jednak chciał inaczej. Cóż, nieodwołalna wola bogów, na którą nikt nie ma wpływu.

Najpierw chórki u Richiego Spice'a, potem własny przebojowy singiel "Wrong Address", później "Roots" i poszło jak z płatka – debiutancki album "The Strong One", nominacje do nagród, później kolejna płyta "Free Expressions" i trasa po Europie. 

Na "Reggae", jak przystało na rasową epkę, utworów jest niewiele – tylko 3, ale za to jakie! To niezwykle klimatyczna fuzja reggae, soulu, r&b i popu (w jak najlepszym tego słowa znaczeniu) okraszona charyzmatycznym wokalem. Mimo słodkich dźwięków, nie brak tu - podobnie, jak na płytach długogrających - poważnych tematów. Mamy tu np. piosenkę o miłości, ale raczej z rodzaju tych, które nie są usłane samymi różami.

my new man loves me, he loves to call me wife but I can’t imagine living without you in my life, let’s start over

Do tych poważnych utworów zaliczyć należy także "Better Tomorrow", w którym Etana śpiewa: "nigdy więcej bólu, nigdy więcej głodnych dzieci, nigdy więcej łez, nigdy więcej wojen i podziałów religijnych"Wokalistka nie widzi jednak wszystkiego w czarnych barwach, bowiem "jutro będzie lepiej", nadejdą jaśniejsze dni. Pewnie niejedna organizacja zajmująca się prawami człowieka, a zwłaszcza dzieci, chciałaby mieć ten utwór za swój hymn.

Mimo, że "Better Tomorrow" trwa 7,5 minuty to nie nudzi się nawet przez chwilę. Warstwa instrumentalna, chórki, później także przypominające afrykańskie chóry, głos Etany - wszystko idealnie tu pasuje. 

"Better Tomorrow" to także tytuł nadchodzącego wielkimi krokami trzeciego albumu Etany. Zatrzymajmy się zatem przy nim trochę dłużej. Inspiracja do napisania tekstu był dokument obejrzany przez wokalistkę w telewizji National Geographic. Zobaczyła w nim, jak mały chłopiec przeszukuje wysypisko śmieci z nadzieją znalezienia plastikowych butelek, które mógłby wymienić na jedzenie. Wtedy zaczęła sobie wyobrażać życie bez wody, jedzenia i schronienia.

Jest też i piosenka na temat mniej dołujący, piosenka w której refrenie usłyszymy:

hit me like a drum, play chords and I will strum, sing out and I will come cause reggae you’re the one

Oczywiście nie należy zapominać o niebagatelnej zasłudze producentów. To właśnie Shane C. Brown z Juke Boxx Productions i Stanley “Rellee” Hayden z A-Team Music (współproducent tytułowego numeru) sprawili, że epka brzmi tak świeżo.  

Gdybym musiał poszczególne piosenki ustawić na podium to złoty medal zdobyłoby "Reggae", srebro "4 Play 2 Love (Start Over)”, a brąz "Better Tomorrow", aczkolwiek za kilka dni kolejność mogłaby być zupełnie inna.

Jeśli nie lubisz soulującego popowego reggae przyprawionego subtelnymi dubowymi efektami to ta epka zdecydowanie nie jest dla ciebie. Jeśli jednak masz otwarty umysł i lubisz poznawać nowości - bo osobom, które miały już kontakt z muzyką Etany, nie trzeba jej polecać - to powinieneś posłuchać, a może nawet i kupić "Reggae" (na iTunes, w przeliczeniu, kosztuje niecałe 10 zł). Żal tylko, że płyty z tak smakowitymi kąskami nie można postawić na półce. Cóż, takie czasy, coraz więcej albumów i singli wychodzi tylko w formacie cyfrowym.

Czekam niecierpliwie na - nagraną w Tuff Gong i wyprodukowaną przez Shane’a Browna - trzecią płytę.

Warto wspomnieć, że Etana wystąpiła dwukrotnie w naszym kraju. W 2011 r., wraz z Dub Akom Band, zagrała na wrocławskim One Love Sound Fest. Wówczas w swoim secie, jak można było przeczytać w relacjach kompetentnych osób, zahaczyła o ska i rocksteady. Niestety, nie dane mi było tego zobaczyć/usłyszeć, czego do dzisiaj żałuję. Rok później zagrała w Bielawie, dzień przed rozpoczęciem Regałowiska. Pozostaje czekać na kolejną wizytę w Polsce.

Na koniec trochę innych piosenek Etany: