Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

Yellow Cap - Pleasure

Yellow Cap to zespół pochodzący z niemieckiego Görlitz. Został założony w 1998 r. i od tamtego czasu wydał 4 studyjne albumy. 17 stycznia premierę miał kolejny - "Pleasure", wydany nakładem Pork Pie.



Przyznać muszę, że jest to mój pierwszy kontakt z Yellow Cap, a przynajmniej pierwszy dłuższy. Płytę dostałem jeszcze przed premierą, więc gruntowanie ją przesłuchałem. "Pleasure" to 14 utworów (oprócz ska usłyszymy tu trochę soulu, latino i reggae) zaśpiewanych po angielsku, niemiecku oraz portugalsku. Całość w przeważającej części utrzymana w średnim tempie, bez tak charakterystycznej dla wielu niemieckich zespołów "kwadratowości" (a może takową gębę niemieckim zespołom swego czasu przyprawiły, popularne także w Polsce, kapele w rodzaju No Sports, Skaos czy Moskovskaya? - to już pytanie do fascynatów niemieckiej ska-sceny). 

Na płycie usłyszeć można kilkoro gości, m.in. Richarda Alexandra Junga oraz Jaritę Freydank, znaną bardziej pod pseudonimem "JariSoul". Dr. Ring-Ding udzielił się - w swoim dobrze znanym stylu, który chyba nigdy mi się nie znudzi - w "Take a Cab". Zaznaczył także swoją obecność w "No Money Man", aczkolwiek trzeba się dobrze wsłuchać, by go usłyszeć 

Jaritę vel JariSoul słychać na płycie zdecydowanie częściej, i bardzo dobrze! Dla samego refrenu "Boys in Town", który wraz z JariSoul śpiewa wokalista Yellow Cap Kay Natusch, warto mieć na swojej półce ten krążek. "Boys in Town" to zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Wśród tych naj wymieniłbym także anglojęzyczną wersję "Gabrieli" oraz "Schön daneben" (również z gościnnym udziałem Jarity).

Na płycie znalazła się także druga wersja "Gabrieli", zaśpiewana przez Kaya po portugalsku. Niestety, w przeciwieństwie do piosenek śpiewanych po anielsku, tutaj słychać, że portugalski nie jest ojczystym językiem wokalisty, akcent już nie ten i jakoś mniej buja niż oryginalna wersja. Numer ratują chórki, które śpiewa Adwoa Hackman, urodzona w Monachium wokalistka o ghańskich korzeniach. Zapewne niejedna osoba zastanawia się, dlaczego niemiecki zespół pokusił się o śpiewanie po portugalsku. Jest to pokłosie ubiegłorocznej trasy po Brazylii, gdzie - jak wiadomo -  językiem urzędowym jest właśnie portugalski. O swoich wrażeniach z koncertów w Ameryce Południowej Kay Natusch opowiadał w wywiadzie udzielonym RudeMaker.pl. Także w tym roku Yellow Cap rusza do Brazylii, zespół spędzi tam prawie miesiąc (12.02-18.03).



Trzeba także napomknąć o "Schön daneben", numer ten bowiem został napisany, by wspomóc Pfand gehört daneben, organizację wspierającą... zbieraczy butelek, "osoby, które nie mają wystarczająco pieniędzy na spokojne życie i muszą zbierać butelki, aby dostać za nie pieniądze i z tego żyć", jak dopowiedział w wywiadzie lider Yellow Cap.

"Pleasure" zyskuje z każdym przesłuchaniem, co i rusz w ucho wpadają kolejne instrumentalne smaczki. Dodajmy do tego naprawdę dobry wokal Kaya i dostajemy pierwszorzędny album. Może nie będzie to pretendent do albumu roku, ale i tak jego słuchanie to - jak zapowiada tytuł - prawdziwa przyjemność.    

Płyta została wydana w ładnym digipacku, do tego książeczka z tekstami i zdjęciami zespołu; szkoda jednak, że pominięto w niej teksty utworów bonusowych, tzn. "Schön daneben" i portugalskiej wersji "Gabrieli". Uznajmy to za drobne niedopatrzenie.

W najbliższy piątek odbędzie się koncertowa premiera "Pleasure". Obok Yellow Cap w Scheune Dresden wystąpią DiscoBalls z Czech i Mr Wallace z Holandii.



Recenzję można przeczytać także na 


niedziela, 19 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

What will happen when a group of Jamaican music fans meets, fans who don’t utterly condemn the music which glory days are definitely over and we talk about the late 70’s and early 80’s, when new romantic was triumphant? Then, dear readers, a creature begins to exist: Rude Boy George (the other option was Flock of Scooters). The similarity to the pseudonym of the Culture Club vocalist is not accidental, as this gentleman, known for the hit singles such as "Karma Chameleon" and "Do you really want to hurt me", is a new romantic icon.


The band Rude Boy George was set up in January 2013 in NY by the musicians who got their experience in the bands Bigger Thomas and Across The Aisle. The group members are Roger Apollon (voc; Bigger Thomas), Megg Howe (voc; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, backup voc), Jim Cooper (per; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bass; Bigger Thomas), Jackie Chasen (sax, backup voc; Across The Aisle), Jesse Gosselin (guit; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (guit; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Earlier in the band there were also Spencer Katzman (guit; Bigger Thomas) and Dave Barry (keyboard; Beat Brigade/The Toasters).

Two of the members are well-known ska bloggers (Marc Wasserman - Marco on The Bass; Steve Shafer - The Duff Guide to Ska).


The band’s debut was on April 13th in Electric Avenue (the event of the bloggers mentioned above) at Manhattan club Characters NYC.


Some movies from the debut gig:

Soft Cell cover

Culture Club cover

Squeeze cover


But before they decided to play concerts, they issued their versions of The Human League hits – “(Keep Feeling) Fascination”, produced by Wayne “Waylo” Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). What’s more, they announced the coming out of the six-track EP. I couldn’t wait!



But the summer was gone and nothing happened. The autumn was gone, the winter began. The year ended, and I still didn’t hear from them. Until January 8th, when there was the premiere of  ”Take On” EP. From the initially announced list of six tracks, only three appeared, plus two remixes.

Among these three songs there are The Human League “(Keep Feeling) Fascination”, INXS “Don’t Change” and The Romantics “Talking In Your Sleep” (at the end you’ll find the original versions). They also added the remixes of the last two songs, including one featuring The English Beat toaster. All songs were recorded in May 2013 in West Orange in Bill Laswell’s studio (by the way, listen to his "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub" – really good job), produced by “Waylo” Lothian.


If you’re not a musical orthodox and you like musical experiments, “Take On” EP should appeal to you. The members of Rude Boy George perfectly balanced the proportions of Jamaican rhythms they play on daily basis and the music which undoubtedly can be called embarrassing and shameful, though still listened and enjoyed by lots of people, and not only those, who became soaked with new romantic when they were young. Frankly speaking, I initially thought this EP contains too little ska and reggae, but I quickly took to it. Take skilled instrumentalists, add a fine vocalist – Megg Howe from Across the Aisle – some dub here and there, and even the length of tracks (the shortest is almost 4 minutes long) don’t bother you. But beware! Once you listen, you’re likely to listen to it dozens of other times!

Spirit of 80s! 
  


czwartek, 16 stycznia 2014

Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"

Dr. Ring Ding to persona ogólnie znana w ska i reggae światku muzycznym, zarówno europejskim (w tym polskim), jak i światowym. Nie tylko dzięki swoim albumom - solowym i z The Senior Allstars, ale i kooperacjom (tak nagraniowym, jak i koncertowym) z artystami z różnych stron świata, dość wspomnieć choćby o Jamajczykach - i to tych pierwszoligowych - pokroju Doreen Shaffer, Derrick Morgan, Ken Boothe i Lord Tanamo, polskich The Bartenders i Dreadsquadzie, Oldies But Rudies z Hiszpanii, holenderskim Rotterdam Ska-Jazz Foundation (płyta "Today's Special" wydana pod szyldem Kingston Kitchen!), słowackim Polemic czy też ostatnio fińskim The Blaster Master. 

Efektem takiej międzynarodowej współpracy jest także projekt Dr. Ring Ding Ska-Vaganza, czyli kooperacja Richarda Alexandra Junga z barcelońskim Freedom Street Band oraz takimi muzykami, jak saksofonista altowy i barytonowy Mathias Demmer z The Busters, Markus Dassmann z The Senior Allstars grajacy na gitarze i organach, saksofonista tenorowy Genís Bou z Gramophone Allstars, wibrafonista Altfrid M. Sicking, amerykańska wokalistka jazzowa Stephanie K., Markus Passlick grający na instrumentach perkusyjnych (m.in. congach) czy pochodzący z Kadyksu młody trębacz Bruno Calvo. No i Queen of Ska we własnej osobie. 10 lat po rozwiązaniu Dr. Ring Ding & the Senior Allstars, flircie z dancehallem, reggae, a nawet calypso, Richie postanowił wrócić do korzeni, do tradycyjnego ska. I jest to bardzo udany powrót!


Album "Piping Hot" Dr. Ring Ding Ska-Vaganzy ukazał się w listopadzie 2012 r. nakładem niemieckiego Pork Pie (CD) oraz hiszpańskiego Buenritmo Producciones (LP). Równolegle Jump Up Records z Chicago wydało dwa limitowane siedmiocalowe single, na obu znalazło się po jednej piosence z "Piping Hot" oraz po jednej wcześniej nigdzie niepublikowanej. Od pewnego czasu, czyli od kiedy mam gramofon, zacząłem wkręcać się w winyle, dlatego też nie mogłem nie kupić jednej z tych siódemek (za czas jakiś zakupię następną). W Polsce single te można kupić w łódzkim Hot Shot Wear (przy okazji można się zaopatrzyć w dobre t-shirty) lub w sklepie Jimmy Jazz Records. Ja na pierwszy ogień wybrałem wytłoczony na czerwono-brązowym winylu singiel "Sammy Don't Go Out No More / Crazy".   


   

Pierwsze, co przykuwa wzrok to oczywiście charakterystyczna okładka - dzieło Chema Skndl!, meksykańskiego ilustratora, autora licznych plakatów i okładek (dość wspomnieć chociażby "Fat is Back" The Caroloregians). Jest jednak jedna rzecz, do której muszę się przyczepić - zbyt mała dziurka w winylu, trzeba ją było porządnie rozepchać! Może amerykańskie winyle już tak mają, nie wiem.

Jestem entuzjastą twórczości Dr. Ring-Dinga z The Senior Allstars (właściwie to lubię go w każdej odsłonie, zarówno soundsystemowej, jak i z żywym bandem), więc od kiedy tylko usłyszałem - najpierw na koncercie, później na spotify - "Piping Hot" z miejsca stałem się fanem tego albumu. Na stronie A zamieszczono "Sammy Don't Go Out No More", jeden z moich ulubionych numerów z albumu, prawdziwy killer. Kawałek opowiadający o Sammym (w klipie zagranym przez Mikołaja Tabako z The Bartenders / Upbeat Quartet), który wypadł z obiegu. Nie w głowie mu wyjścia do knajpy z kumplami, 
no more ladies nights
and no more two for one
 to se ne vrati. Założę się, że niejeden z was zna takiego Sammy'ego.


Stronę B zajmuje piosenka, którą można znaleźć tylko na tym krążku - cover piosenki skomponowanej w 1961 r. przez Willie Nelsona, a śpiewanej przez szereg artystów na Patsy Cline (przy okazji jeden jej największych przebojów), a kończąc na Julio Iglesiasie i LeAnn Rimes. "Crazy", bo o tym utworze mowa, to ballada o pewnym zakochanym wariacie.

I'm crazy for trying
and I'm crazy for crying
and I'm crazy for loving you
Wersja Dr. Ring-Dinga i jego zespołu przebija te wszystkie wersje country i pseudocountry.

Jeśli ktoś, niezbyt zadowolony z dancehallowych nawijek Doktorka, spisał go na straty, to ten singiel i cały ostatni album udowadniają, że artysta ma jeszcze wiele do powiedzenia. Nie bez przyczyny zasłużył sobie na miano ojca chrzestnego europejskiego ska. Tym bardziej cieszą jego częste wizyty w Polsce oraz współpraca z polskimi artystami/producentami (Dreadsquad to zdecydowanie jeden z naszych najlepszych towarów eksportowych!), poniżej kilka przykładów.








Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"
7" - limited edition - red-brown vinyl

Recenzję można przeczytać także na 


piątek, 10 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

Co stanie się, gdy pewnego dnia spotka się grupa fanów jamajskich brzmień, która nie potępia jednak w czambuł muzyki, która lata swej świetności - a mowa tu o końcówce lat 70. i początku 80., kiedy triumfy święciło new romantic -  ma już dawno za sobą? Wtedy, szanowni czytelnicy, powstaje twór o nazwie Rude Boy George (drugą opcją było Flock Of Scooters). Podobieństwo do pseudonimu wokalisty Culture Club Boy George'a bynajmniej nie jest przypadkowe, wszak dżentelmen ów - znany z takich hitów, jak "Karma Chameleon" czy "Do You Really Want to Hurt Me" - jest niemalże ikoną ruchu new romantic.


Zespół Rude Boy George został założony w styczniu ubiegłego roku w Nowym Jorku przez muzyków, którzy doświadczenie zdobywali w Bigger Thomas czy Across The Aisle. W skład RBG wchodzą mianowicie: Roger Apollon (wokal; Bigger Thomas), Megg Howe (wokal; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, chórki), Jim Cooper (perkusja; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bas; Bigger Thomas), Jackie Chasen (saksofon, chórki; Across The Aisle), Jesse Gosselin (gitara; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (gitara; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Wcześniej w zespole grali też Spencer Katzman (gitara; Bigger Thomas) oraz Dave Barry (klawisze; Beat Brigade/The Toasters).
Dwóch spośród członków Rude Boy George to także znani ska blogerzy. Marc Wasserman prowadzi bloga
Marco on The Bass, natomiast Steve Shafer - The Duff Guide to Ska.


Zespół swój sceniczny debiut zaliczył 13 kwietnia na Electric Avenue (przedsięwzięcie wspomnianych wcześniej blogerów) w manhattańskim klubie Characters NYC.


Trochę ruszających się obrazków z debiutanckiego gigu:

cover Soft Cell

cover Culture Club

cover Squeeze


Zanim jednak zdecydowali się na koncerty, puścili w świat swoją wersję "(Keep Feeling) Fascination", jednej ze sztandarowych piosenek The Human League. Producentem ich wersji jest Wayne "Waylo" Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). Dodatkowo zapowiedzieli, że jeszcze latem 2013 r. ukaże się 6-utworowa epka. Nie mogłem się doczekać!


Lato jednak minęło i nic. Minęła jesień, zaczęła się zima. Rok się skończył, a tu wciąż ni widu, ni słychu. Aż do 8 stycznia. Wtedy własnie premierę miała epka "Take On". Z zapowiadanych 6 piosenek, ostatecznie znalazły się na niej 3, dodatkowo 2 remiksy.

Wśród 3 piosenek znajdują się "(Keep Feeling) Fascination" Human League, "Don't Change" INXS i "Talking in Your Sleep" The Romantics (na końcu znajdziecie oryginalne wykonania). Dodano także remiksy dwóch ostatnich piosenek, w tym jeden z gościnnym udziałem toastera The English Beat. Wszystkie piosenki zarejestrowano w maju 2013 r. w studiu Billa Laswella (swoją drogą, posłuchajcie sobie jego "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub", kawał dobrej roboty) w West Orange. Całość wyprodukował wspomniany wcześniej “Waylo” Lothian.


Jeśli nie jesteście muzycznymi ortodoksami i lubicie muzyczne eksperymenty, to "Take On EP" powinno się wam spodobać. Członkowie Rude Boy George idealnie wyważyli proporcje między rytmami jamajskimi, które grają na co dzień, a muzyką, którą bez cienia wątpliwości można nazwać synonimem obciachu. Obciachu, który wciąż jest słuchany przez wielu ludzi, i to niekoniecznie tych, którzy nasiąknęli new romantic za młodu. Co prawda, początkowo uważałem, że na tej epce za mało jest ska i reggae, ale... szybko się do niej przekonałem. Weźmy sprawnych instrumentalistów, dołóżmy do tego świetny wokal Megg Howe z Across the Aisle, kilka dubowych smaczków tu i ówdzie, a nawet długość utworów (najkrótszy ma prawie 4 minuty) jakoś nie przeszkadza. Uwaga! Jak już raz posłuchacie, to wielce prawdopodobne jest, że posłuchacie jeszcze kilka (albo i kilkanaście) razy.


Tak swoją drogą, zamiast noworomantycznych syntezatorów dajmy organy Hammonda i może nam wyjść prawdziwa na przykład skinhead reggae'owa petarda - "Smalltown Boy ina rege stajli" chociażby. Czekam na coś takiego!



Spirit of 80s! 
  



Może kiedyś któryś polski zespół weźmie na warsztat coś z repertuaru Kapitana Nemo lub Kombi? Chyba tylko jedna kapela mogłaby się na to odważyć. Zgadujcie, może traficie która.



Relacje można przeczytać także na 


niedziela, 22 grudnia 2013

The Delegators "Minus One" b/w "I Didn't Mean To Break Your Heart"

The Delegators to brytyjski zespół grający ska, rocksteady i early reggae z nutką motownskiego soulu. Został założony w 2008 r. w Londynie i ma na koncie kilka singli, epkę oraz album "All Aboard, wydany niespełna miesiąc temu. W czerwcu tego roku nakładem BandaSka Records, nowego europejskiego labelu - o którym trochę więcej za chwilę - ukazał się siedmiocalowy singiel tego zespołu. Singiel, który bez wątpienia można uznać za jedno z najlepszych wydawnictw ska w tym roku!

Na stronie A zamieszczono "Minus One", na stronie B natomiast "I Didn't Mean To Break Your Heart". Ten pierwszy numer został napisany przez gitarzystę Adama Booty'ego pospołu z wokalistką Janet Kumah, drugi jest dziełem całego zespołu, w skład którego oprócz wymienionych wcześniej, wchodzą także perkusista Arthur Béranger, basista Ramy Eissa oraz grający na saksofonie Leon Vince.


Gdybym chciał wyróżnić jedną z tych piosenek, to miałbym nie lada zagwozdkę, jednak chyba (wszystko zależy od nastroju w danej chwili) zdecydowałbym się na "I Didn't Mean To Break Your Heart" - cenię ten utwór chociażby za instrumentalne otwarcie i te męskie chórki. Żeby nie było, także "Minus One" słucha się z przyjemnością. Do klasycznego dźwięku, odwołującego się do najlepszych lat, dołóżmy znakomity, na wskroś soulowy głos Janet Kumah i otrzymamy miksturę, która powinna w mig zapełnić parkiet. Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem mariażu ska z soulem, to po przesłuchaniu rzeczonej siódemki powinien się do niego szybko przekonać.



    
"Minus One" nawet w wersji akustycznej brzmi dobrze, a przyznać muszę, że nie jestem zbyt wielkim entuzjastą akustycznego grania.




Jeśli miałbym wybrać najlepszy kobiecy wokal wśród młodych (a przynajmniej nie zaliczających się do artystów tak wiekowych, jak Doreen Shaffer) zespołów, to bez wątpienia na podium uplasowałaby się właśnie Janet Kumah. Ta kobieta ma dynamit w głosie. Teraz pozostaje czekać na jakiś koncert.



Singlem tym swą działalność zainaugurowała wytwórnia BandaSka Records, w 100% niezależny label rodem z Nitry. Cóż jednak skłoniło założyciela tegoż wydawnictwa - do tej pory selektora w BandaSka Sound System - do wydania na początek właśnie The Delegators? W 2010 r. Kabir Bedi (założyciel BSR) zobaczył Delegatorsów na hiszpańskim festiwalu Rude Cat, był pod takim wrażeniem, że postanowił poszukać w internecie ich winyli, by móc grać z nich na imprezach. Nic nie znalazł, więc napisał do zespołu, że chciałby wydać ich singiel. Zespół, owszem, odpowiedział, ale dopiero po 2 latach. Kabir Bedi założony cel osiągnął, efektem jest opisywana siódemka. DIY pełną gębą!  

BandaSka to oczywiście niejedyny przykład miniwydawnictw skoncentrowanych na muzyce jamajskiej, dość wspomnieć chociażby francuski Red Head Man (Jewels Recordings) czy hiszpański Golden Singles Records - każdy fan ska lub innej jamajszczyzny powinien zainteresować się ich działalnością.  

The Delegators "Minus One" b/w "I Didn't Mean To Break Your Heart"
BS 001 - 7" - limited edition (500 copies)



Recenzję można przeczytać także na

środa, 18 grudnia 2013

RudeMaker Ska Zine #1 - recenzja

Wreszcie zakupiłem 21. numer pisma "Free Colours", gdzie zamieszczono recenzję pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine", więc zapraszam do jej przeczytania.


Autorem powyższej recenzji jest Jarosław "Hejen" Hejenkowski, redaktor naczelny "Free Colours", autor "Encyklopedii Polskiego Reggae" oraz współautor jej drugiego wydania - "Encyklopedii Polskiego Reggae i SKA" (swoją drogą, książkę tę powinien mieć na półce każdy polski rudeboy).   

Pozwolę sobie odnieść się do słów Hejena, zwłaszcza ostatniego akapitu. Zapał twórczy wciąż jest, drugi numer, który jest tuż tuż (tak, wiem, od dłuższego czasu tak piszę/mówię), na pewno będzie lepszy. Ba, jest już trochę materiału na numer trzeci, ale wszystko w swoim czasie. Kserowane fanziny mają swój klimat, którego nie odnajduję chociażby w "Garażu" czy "Pasażerze". DIY fanziny lata świetności dawno mają za sobą, mimo to e wciąż są i będą "wydawane", aczkolwiek popularniejsze są bardziej na scenie hc punkowej (co akurat dziwić nie powinno), niż ska. Podobnie było z winylami i kasetami (CD też już powoli odchodzą do lamusa), mimo iż swe lata świetności mają za sobą, to i tak wciąż wydawane są nowe, wciąż powstają wydawnictwa specjalizujące się tylko w winylach (tych kasetowych, pokroju Oficyny Biedota czy Tape or Die, jest rzecz jasna mniej) lub skoncentrowane na samych siódemkach - tutaj idealnym przykładem jest BandaSka Records ze Słowacji. Wiadomo, są gusta i guściki.

Nawet jeśli któryś z kolejnych numerów "RudeMaker Ska Zine" będzie wydrukowany w drukarni to i tak szata graficzna niezbyt się zmieni, nie będzie kolorowych zdjęć, co najwyżej dojdą czarno-białe komiksy w klimacie. Polepszy się skład tekstu, a właściwie to wreszcie będzie ten skład. Będzie progres, zapewniam!      

Oczywiście dziękuje za recenzję. Każda konstruktywna krytyka zawsze jest mile widziana.


PS. "Free Colours" można kupić m.in. w sklepie Zima Records.

czwartek, 16 maja 2013

Too Spicy - We Might Be Broke...

Na początek kilka słów na temat naszego dzisiejszego bohatera. Too Spicy to młody, bo istniejący raptem 3 lata, zespół pochodzący z South Shields w północno-wschodniej Anglii. W grudniu 2011 r. wydali swoją debiutancką epkę. Jutro premiera drugiej epki, „We Might Be Broke...”, która - podobnie jak debiutancki materiał - ukaże się dzięki North East Recordings.


Na „We Might Be Broke...” znalazło się 5 utworów, będących mieszanką reggae, ska, dubu i punk rocka, aczkolwiek tego ostatniego jest tu niewiele. Rzekłbym, iż punkowe echa da się usłyszeć tylko w niektórych partiach gitary oraz w sposobie śpiewania Zaka Boyda. Fundamentem w twórczości Too Spicy jest reggae i ska, to akurat nie podlega żadnej dyskusji. 


Oprócz Zaka w zespole grają Quinny (bas), Jake Gauntley (perkusja), Dan Bates (gitara) i Kelly Ambrosini (organy i dęciaki – jakie, to już musicie sami wychwycić). Miejscami da się usłyszeć dubowe efekty, ale na szczęście w rozsądnej ilości. Dęciaki, mimo iż nader skromnie reprezentowane, zaznaczają swoją obecność, co cieszy. Warto jeszcze wspomnieć o wokalu Zaka (grającym także na melodyce), a właściwie o sposobie śpiewania. Czasem wyrzuca z siebie słowa wręcz z prędkością karabinu maszynowego i - o dziwo - dobrze to brzmi, wszystko bardzo dobrze współgra ze sobą.

Jeśli lubicie zespoły grające w średnim tempie, nie bojące się subtelnych wycieczek w inne muzyczne rejony, to zapewne spodoba wam się nowa epka Too Spicy. Jeśli natomiast jesteście ortodoksami żyjący li tylko muzyką nagraną  ileś tam dekad temu (wszak obecnie to już nie grają, tak jak kiedyś itd.) to pozostaje wam... wymyślić wehikuł czasu. Życzę miłej podróży. Reszcie natomiast - miłego słuchania.    

CD będzie można kupić na bigcartel.com oraz na koncertach, epkę w formacie cyfrowym będzie można kupić na bandcamp zespołu.

Na koniec dwie piosenki (w wersji demo), które znalazły się na nowej epce.




środa, 20 lutego 2013

The Talks - West Sinister

The Talks to zespół założony w 2006 r. w Kingston upon Hull (potocz nie zwanym Hull) w Wielkiej Brytanii. Trzon zespołu stanowią cztery osoby: Patrick Pretorius (wokal, gitara, saksofon), Jody Moore (wokal, gitara, klawisze), Iain Allen (bas) oraz Richard "Titch" Lovelock (perkusja). Czasem z zespołem grają także Wayne Willis (klawisze, trąbka), Hekima Asilia (wokal), Will Chalk (trąbka) i Skank (puzon).


The Talks gra ska/reggae, sami piszą o sobie "Dub Ska rockers". Ich debiutem fonograficznym był singiel "Picture This" z 2008 r. W 2011 r. ukazał się debiutancki album grupy, "Live Now, Pay Later!". W tym samym roku wydali także singiel "Can Stand The Rain / Why did you bring it up". Rok później natomiast wypuścili kolejny singiel - "Can Stand The Rain", z gościnnym udziałem Neville'a Staple'a, wokalisty The Specials i Special Beat, obecnie frontmana The Neville Staple Band.



Także i na ten rok The Talks przygotował coś nowego. 4 marca premierę będzie miał singiel "Friday Night" (dostępny tylko w formacie cyfrowym), będzie on zwiastował epkę "West Sinister", która ukaże się tydzień później. Wydawcą obydwu jest All Our Own Records, firma założona przez zespół.



Na epce znajdzie się 5 utworów: "Life in Colour", "Modern Sub-Urban Life", "Politricks", znany z zeszłego roku "Can Stand The Rain" z byłym wokalistą The Specials oraz - oczywiście - "Friday Night".




Moim ulubionym utworem w ich wykonaniu jest wspomniany już kilkukrotnie "Can Stand The Rain" i to niekoniecznie w wersji z Neville'em, którego udział w samej piosence jest właściwie symboliczny. No ale liczy się sam fakt jego udziału, wszak jest on żywą legendą ska, a nierozerwalnie związana z nim marka pt. The Specials jest idealnym sposobem na wypromowanie się. 

Mam wrażenie, że The Talks chciałby ciągnąć dwie sroki za ogon - grać i ska, i muzykę rockową ("rockers" do czegoś zobowiązuje). W efekcie usłyszeć można taką sobie mieszankę muzyki gitarowej ze ska. Już to, co zaprezentowali na debiutanckim albumie, nie przypadło mi do gustu. Później na singlach było tylko lepiej. Do tego naprawdę bardzo dobra interpretacja "Skinhead Moonstomp" na benefitowej kompilacji "Specialized: a Modern Take On Specials Classics" wydanej w zeszłym roku.
  
Na a teraz "West Sinister"... Jest nieźle, bo i gitary jakby mniej, za to częściej słychać klawisze. Do tego gdzieniegdzie dubowe smaczki. Gdyby tylko trochę zwolnili, chociaż odrobinę. Pewnie nie będę zbyt często wracał do tej epki. Owszem, można posłuchać od czasu do czasu, ale żeby namiętnie się w tym zasłuchiwać? Tyle jest wręcz wybitnych zespołów, że szkoda na to życia. 

Chętnie natomiast zobaczyłbym Brytyjczyków na koncercie, może wtedy zyskaliby w moich oczach.    

The Talks naprawdę ma potencjał i potrafi zagrać ska (vide "Skinhead Monnstomp"). Tylko, czy w ogóle chce? Oto jest pytanie. Tak czy siak, nawet najsłabsze piosenki The Talks brzmią lepiej niż "wytwory" niejednej kapeli, która myśli że gra ska, a de facto urządza sobie wyścig, kto szybciej skończy lub też gra dziwaczną hybrydę punk rocka z muzyką jamajską, gdzie ta ostatnia ogranicza się do pijackiego skandowania "ska, ska, ska".

Na koniec coś dla użytkowników Spotify, serwisu streamingowgo od kilku dni dostępnego także w naszym kraju. Słuchając muzyki swoich ulubionych wykonawców, wspierasz ich finansowo. Każde przesłuchanie piosenki = kasa dla zespołu. Dobre rozwiązanie!

Wystarczy pobrać program, zarejestrować się i słuchać, słuchać, słuchać. 

wtorek, 19 lutego 2013

Reseña en español: Treskantalites - EP

W styczniu napisałem recenzję debiutanckiej epki hiszpańskiego zespołu Treskantalites. A teraz ciekawostka: dzisiaj zespół opublikował na swoim facebooku tłumaczenie mojej recenzji na hiszpański! Autorką jest "a polish woman", ciekawe. Oczywiście publikuję to tłumaczenie na swoim blogu, a co!

Treskantalites - EP [2013]



Al parecer España posee en este momento la escena jamaicana más fecunda. Hay allí multitud de grupos ska, rocksteady, reggae o de jazz jamaicano tanto antiguos, conocidos también fuera de las fronteras,como más jóvenes que están empezando su aventura con la música. Es suficiente recordar The Pepper Pots, Red Soul Community, Smooth Beans, The Oldians, The Kinsky Coo Coo´s, El Último Skalón o Kriptolites.

Uno de nueva marca en el territorio español es Treskantelites. Este grupo se creo en abril del año pasado en Tres Cantos, una ciudad de la Comunidad de Madrid, cercana a la capital. Treskantalites lo componen músicos de grupos madrileños como The Upsemmnians, Ready Getters,Fhin Brau, La Mongoose Band o Gregtown.

Como suele ocurrir a los miembros del grupo los unió su amor por el ska de los años 60 y 70 y sobre todo por sus iniciadores los Skatalites – lo que se ve a primera vista en el nombre – la unión del nombre Skatalites y el nombre de la ciudad. En su repertorio se pueden encontrar las obras de los clásicos del género como Laurel Aitken, Jackie Mitoo, Toots &The Maytals, Justin Hinds &The Dominoes.

Este mes el grupo editó por sus propios medios el primer disco con 5 canciones, todas cover. Tenemos aquí algo de Jamaica, de Europa, de Cuba. Empecmos por lo que tranquilamente podríamos llamar el clásico ska europeo. Me refiero a Dandimitie Dr.Ring-Ding (también llamado Ricardo) i The Senior Allsters, del disco con el mismo título editado por Pork Pie en 1995. Los españoles no hicieron ninguna variación sobre el tema y es una pena. Incluso los gritos Dandimite!! Se escuchan en los mismos momentos. Es, podríamos usar esta expresión, la versión más sólida de esta versión del Doctor.

La siguiente creación es Save a Bread de Justin Hinds, dicho sea de paso con el cover en parte de Dr. Ring-Ding en el mencionado disco (Medley:Save A bread/Save a Toast), y también pj. Por The Selecter. En el caso de Treskantalites la parte instrumental (¡esas partes de guitarra!) se ajusta de manera ideal a la parte vocal, de alguna manera recordatoria de la voz de Hinds, con su característico acento. Hay que añadir los coritos, inexistentes en el original…. Estupendos. Justin Hinds, que en paz descanse, seguramente no se enfadaría por esta versión de su canción.

El siguiente clásico que escogieron los españoles es Quizás, quizás, quizás, conocido también como Perhaps, Perhaps, Perhaps. A decir verdad el original, escrito en 1947 por el cubano Osvaldo Farrés, no tenía ninguna relación con ska o reggae, pero durante años ha sido interpretado por grupos ska como Prince Buster, The Skatalites, Dennis Brown Eastern Standard Time o Skadyktator, en Polonia. En la versión de Treskantelites, la voz fue prestada por Steven Lovefield y, todo hay que decirlo, lo hizo muy bien. Si tuviera que comparar su versión de Quizás con la de Perhaps de Eastern Standard Time de Washington (del disco
Time is Tight del 2001) la balanza se inclinaría por el grupo de la península . Incluso en la versión del cubano faltaba algo ( ¿eso suena a blasfemia ¿) y tengo la impresión de que ese algo lo podemos encontrar en Treskatalites.

Y para terminar dos obras de los padres del ska, The Skatalites. Los españoles han decidido incluir en su disco Christine Keeler y Police Woman. Es verdad que la primera es una elección natural pero la segunda no tanto. Posiblemente sea un plus. ¿Cuántas versiones de Latin Goes Ska o Eastern Standard Time habéis oído? Seguramente algunas. Y de Police Woman? Yo quizás dos.

En Police Woman el grupo es ayudado por el guitarrista Javibi Martín Boix (que toca con roots reggae Emeterians y funk Pyramid Blue y La Mongoose Band). ¿Qué podemos decir sobre estos cover?. Pues que poco difieren de los originales. Están muy bien ejecutados pero les falta algo que pueda sorprender al oyente, quizás algún instrumento atípico.

Resumiendo, los componentes de Treskatalites en su debut eligieron obras, algunas conocidas por los oyentes en diferentes versiones de concierto y de estudio, desde hace muchos años. Ha sido una elección arriesgada pero a la vez valiente. La elección de los clásicos para el debut es una buena forma para presentar sus capacidades, y desde luego los miembros del grupo las poseen.

Gracias a eso para comparar con el original alguien decidirá escuchar su interpretación. Posiblemente esta persona podría acudir a un concierto y eso ya es un plus para el grupo. No nos engañemos, a los grupos nuevos les resulta difícil encontrar los fans fuera del círculo de sus conocidos o familiares.

La elección, sólo y únicamente de los covers puede ser interpretada como copia, ya que el cover, incluso en la mejor interpretación no deja de ser cover. Tocar obras del repertorio de otros es un método ideal en los conciertos para calentar y animar al público. Pero también puede ser como en la película EL CRUCERO – a mi me gustan las melodías que ya he oido, simplemente por reminiscencia, porque, ¿ cómo me puede gustar la canción que oigo por primera vez?

Yo no pertenezco a estas personas y por lo tanto espero el siguiente disco de Treskatalites con material de autor.

Y aquí la tracklista que no describí al principio

1.Christine Keeler
2.Save a Bread
3.Police Woman
4.Quizás, quizás, quizás
5.Dandimite

*** Escribiendo “España” me refiro al país en su totalidad, sin entrar en el tema de la división autonómica como el País Vasco o Cataluña. Me doy cuenta que hay muchos grupos que se auto definen como catalanes y no españoles, teniendo incluso paginas web en dos versiones lingüísticas: castellana o catalana, etc.

The Puppini Sisters - The Rise & Fall of Ruby Woo

Czas na trochę historii, aczkolwiek niezbyt odległej. Nieco ponad 3 lata temu napisałem swoją pierwszą recenzję (oczywiście nie liczę tu recenzji książek, które musiałem pisać na studiach). Napisałem wówczas dla RudeMaker.pl kilka słów o "The Rise & Fall of Ruby Woo" The Puppini Sisters. Poniżej nieco podrasowana wersja tejże recenzji.

The Puppini Sisters - The Rise & Fall of Ruby Woo [2007]



„The Rise & Fall of Ruby Woo” to drugi album londyńskiego tria, w skład którego wchodzą dwie Brytyjki, Stephanie O’Brien i Kate Mullins, oraz Włoszka – Marcella Puppini. Choć wszystkie oprócz śpiewania grają także na instrumentach wspomaga je trzech instrumentalistów: kontrabasista „Mister Mister”, obsługujący fortepian oraz instrumenty perkusyjne „Two Toms” oraz „Ol’ Mar” grający na gitarze, mandolinie i pandeiro. Ich udział ma niebagatelny wpływ na brzmienie albumu, wszak przekrój instrumentarium jest dość szeroki - od kontrabasu, poprzez skrzypce, po trójkąt. 

Już patrząc na okładkę można domyślić się, że będziemy mieli do czynienia z retro. I tak w rzeczywistości jest. Jednak, o ile słowo „retro” w wielu przypadkach brzmieć może jak zarzut, w tym tak nie jest. The Puppini Sisters inspirują się latami 30. i 40., zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i modę. Ich muzyka to swoisty amalgamat, w którym jazzujący swing miesza się z muzyką wykonywaną przez amerykańskie żeńskie grupy wokalne, popularne zwłaszcza w okresie powojennym. Wszystko to doprawione jest bardziej współczesnymi brzmieniami.



Słuchając płyty „The Rise & Fall of Ruby Woo” cały czas po głowie chodziła mi myśl: „już to gdzieś słyszałem”. Nic dziwnego, bo jak się później okazało większość utworów znajdujących się na płycie mieliśmy już okazję słyszeć w niejednym wykonaniu. Czego tu nie ma? Są tu utwory (skomponowane lub wykonywane) przez takich artystów jak: R.E.M., Barry Manilow, Louis Armstrong czy Beyonce Knowles.

Nie ma sensu opisywać każdego utworu, więc poprzestanę na kilku, które wyróżniają się spośród reszty (przekładając na bardziej zrozumiały język – te, które najbardziej mi się podobają).

Na uwagę zasługuje zwłaszcza "Soho Nights", pierwszy na płycie oryginalny utwór zespołu. Prawdopodobnie zawarto w nim autobiograficzne treści. Możemy dowiedzieć się, że to w Soho życie było piękną grą, to tam tańczono jak głupcy, jednak czy historia ta pobudzi do tańca słuchaczy? Według mnie tak.

Do najlepszych utworów na płycie należy także "Crazy in Love". Oryginał, śpiewany przez Beyonce i rapera Jay-Z, kilka lat temu odniósł niesamowity sukces, zdobywając pierwsze miejsca na listach przebojów i bijąc rekordy sprzedaży. Wersja The Puppini Sisters na szczęście niewiele ma wspólnego z pierwowzorem. Dość powiedzieć, że wykorzystano tu m.in. skrzypce, na których gra Steph O'Brien. Płytę warto kupić chociażby dla tego utworu. 

Zatrzymajmy się na dłuższą chwilę przy "It Don't Mean a Thing If It Ain't Got That Swing", skomponowanym w 1931 r. przez Duke'a Ellingtona, a przed "siostrami" śpiewanym przez takie tuzy światowego jazzu, jak Ella Fitzgerald, Nina Simone, czy Django Reinhardt. Członkinie The Puppini Sisters są absolwentkami londyńskiego konserwatorium muzycznego Trinity Colege of Music, więc nie można im zarzucić muzycznej ignorancji, lecz czy wystarczy to, by mierzyć się z Ellą - nie bez przyczyny nazywaną "First Lady of Song"? Porównań "siostry" nie unikną. 



Teraz czas pomarudzić. Podstawowym zarzutem jest to, że na płycie dominują covery. Szkoda, bo utworów napisanych przez The Puppini Sisters słucha się bardzo dobrze, jednakże ma się wrażenie, że są one tylko dodatkiem. Dla mnie cover, nawet najlepiej zaaranżowany, to tylko cover. Jakże wymowny jest fakt, iż na okładce nie zaznaczono kto napisał utwory śpiewane przez "siostry", dla mnie jest to spore nadużycie. 

Debiutancka płyta zespołu "Betcha Bottom Dollar" składała się wyłącznie z interpretacji cudzych utworów, tak więc widać tendencję spadkową. Chciałbym, aby na kolejnej płycie to cudze utwory były w mniejszości, by były swego rodzaju wisienką na torcie.

Płyty słucha się przyjemnie, jednak nie pozostaje w pamięci na dłużej. Właśnie to jest drugim zarzutem Po przesłuchaniu debiutanckiego albumu, nawet po roku, w głowie siedziały mi "Mr Sandman", "Tu Vuo Fa L'Americano" i "Jeepers Creepers". Tutaj niestety tak nie jest. No, może małym wyjątkiem będzie "Soho Nights". 

Posiadana przeze mnie płyta to "wydanie polskie", czyli w porównaniu do międzynarodowego dość okrojone (chodzi głownie o objętość wkładki). W tym przypadku brakuje także jednego utworu - "Don't Sit Under The Apple Tree". Coś za coś. Niższa cena, ale uboższe wydanie. 

Żałuję, że w 2008 r. nie było mi dane pojechać na koncert The Puppini Sisters. Cóż, trzeba mieć nadzieję, że jeszcze zawitają do naszego kraju.

Końcowa ocena płyty: 3,5/5

sobota, 16 lutego 2013

Podcast + recenzja "Perfect Love Song" Morgan Heritage

 Na początek coś do posłuchania.

Przed wami kolejny, już czwarty, odcinek podcastu RudeMaker. Kolejny raz skaczemy z jednego państwa do drugiego. Usłyszycie tu utwory artystów z Hiszpanii, Szwajcarii, Belgii, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Polski. Z naszego kraju prezentujemy zarówno mniej lub bardziej aktywnie działających Skautów, jak i już niestety nieistniejące, nieco zapomniane - Kultura de Natura ze świetną, pochodząca z Jemenu, wokalistką Rasm Al-Mashan; Black Gang SkaJazz Sosnowiec, znany też m.in. jako Black Gang, ska-jazzowa petarda z polskiego Kingston; Negril i jego utwór "Dla ciebie", tutaj w dubowej wersji dr. EMZK-i; dubowe Wszystkie Wschody Słońca.

Są i stosunkowo młode projekty (vide Treskantalites, The Steadytones), i weterani (tacy jak Neville Staple, zmarły w 2011 r. Leonard Dillon czy Freddie McGregor). Ten ostatni ma też też dla słuchaczy kilka słów z okazji obchodów Black History Month.

A w ramach bonusu piosenka szwajcarskiego Pouffy Poup z ich ubiegłorocznej koncertówki.

Część utworów, jak na razie, jeszcze nie ukazała się na żadnym nośniku, dlatego też nie zawsze informacje są pełne.

Jest ska, jest reggae, jest dub, jest też i trochę soulu i kilka innych "smaczków". Nic tylko słuchać.

Więcej szczegółów, w tym tracklista, na facebooku.



A teraz coś do poczytania.


5 lutego premierę miał singiel "Perfect Love Song", zapowiadający album "Here Come The Kings" zespołu Morgan Heritage. O utworze tytułowym pisałem w styczniu, wtedy też wydawca Morgan Heritage - VP Records, udostępnił tytułowy utwór.


Zespół został założony w 1994 r. przez pięcioro dzieci jamajskiego artysty Denroya Morgana. Peter "Peetah" Morgan, Una Morgan, Roy "Gramps" Morgan, Nakhamyah "Lukes" Morgan i Memmalatel "Mr. Mojo" Morgan grają ze sobą do dziś. W ciągu prawie dwóch dekad nagrali 8 studyjnych albumów. Ostatni, "Misson In Progress", w 2008 r. Oprócz tego mają na koncie single, koncertówki oraz trzy części składanki "Morgan Heritage Family & Friends".

Warto także wspomnieć, że także dzieci członków zespołu działają w branży muzycznej. Ot, chociażby Jamere, syn Petera.

Morgan Heritage - Perfect Love Song [2013]



Na singlu "Perfect Love Song" oprócz tytułowej piosenki, znajduje się jego wersja instrumentalna oraz a capella. Ponadto "The Return" i "The Girl Is Mine" z ubiegłorocznej epki, aczkolwiek mam wrażenie, że - jak to już się zdarzyło - wydawca trochę wymieszał piosenki pochodzące z różnych źródeł i wysłał taką informację mediom, recenzentom oraz osobom odpowiedzialnym w radiach za playlisty. Teoretycznie, jako że singiel ukaże się tylko w wersji cyfrowej, można by to zweryfikować w sklepach z takową muzyką, takich jak iTunes czy Amazon, ale w obu singiel składa się... tylko z tytułowej piosenki. Co ciekawe, w obu tych serwisach, jak na razie, można tylko zamawiać pre-ordery, normalna sprzedaż ruszyła dopiero 15 lutego. Cóż, człowiek dostaje różne nagrania jeszcze przed oficjalną premierą i potem - jeśli lubi mieć jasne sytuacje - jest małe zamieszanie. Mniejsza jednak o to.

Zespół Morgan Heritage po raz pierwszy usłyszałem lata temu w jakimś filmie o Jamajce lub - co bardziej prawdopodobne -  o jej najsłynniejszym przedstawicielu, Bobie Marleyu. Później właściwie nie miałem kontaktu z ich muzyką. Aż do tego roku, gdy zostałem zaproszony do współpracy przez VP Records i dzięki temu dowiedziałem się o "Perfect Love Song". A potem już samo poszło.

Rzeczony love song, to perfekcyjna, a jakże, propozycja na zbliżające się Walentynki, zwane również Świętem Zakochanych (że niby sama komercja rodem ze Stanów Zjednoczonych? co z tego). Ten miłosny hit, napisany przez Morgan Heritage, a wyprodukowany przez zespół we współpracy z  Lintonem "TJ" Whitem i Andrew Myrie, jest też dobrym zwiastunem nadchodzącego albumu, gdzie w podobnym, loversowym klimacie znajdziemy np. "Love Stoned" z Busy Signalem. 

Czy rację miał Mojo Morgan mówiąc
A perfect love song to me is a love song that goes beyond the bedroom. It’s a song that can apply to love Universally
 musicie ocenić sami.

Oprócz normalnej wersji możemy posłuchać wersji instrumentalnej, gdyby ktoś chciał zaśpiewać wybrance swojego serca coś w ojczystym języku, chociażby tekst bijącego rekordy popularności utworu "Ona tańczy dla mnie". Połączenie zaiste ciekawe. Dobrym rozwiązaniem jest też wersja a capella. Według mnie we wszystkich singlach, nawet tych ukazujących się tylko w wersji cyfrowej, instrumental i a capella (plus opcjonalnie jakieś remiksy) to podstawa, wszak po co płacić za coś, co i tak za jakiś czas dostaniemy na albumie. Tak swoją drogą, nie ukrywam, że z chęcią posłuchałbym "Perfect Love Song" na jakimś kipiącym od basów dubowym podkładzie. Ktoś się podejmie tego zadania?

Oczywiście, tu informacja dla osób niezbyt przepadających za piosenkami o miłości, na "Here Come The King", pierwszym od 2008 r. studyjnym albumie, znajdą się też piosenki w trochę innym klimacie, bardziej roots and culture.

Wszystko bardzo dobrze zaśpiewane, dobre, niedenerwujące przy dłuższym słuchaniu melodie, naprawdę porządna produkcja. Czego chcieć więcej?

Na koniec jeszcze słów kilka o piosenkach z epki z 2012 r. "The Return" to muzyczny powrót po małej przerwie, zresztą sami posłuchajcie.



Ciekawszy jest drugi utwór. "The Girl Is Mine", napisany przez Michaela Jacksona, to utwór opowiadający o dwóch mężczyznach, w tym przypadku braciach, co dodaje nieco pikanterii, rywalizujących o miłość tej samej kobiety. Jacko zaśpiewał tenże utwór z Paulem McCartneyem, był to pierwszy singiel z legendarnej już płyty "Thriller" z 1982 r.

Żeby było ciekawiej, w ubiegłym roku Easy Star All-Star wydał płytę "Easy Star's Thrillah", reggae'ową wersję bestsellera Króla Popu. W utworze "The Girl Is Mine" gościnnie wystąpił Mojo Morgan z Morgan Heritage (a oprócz niego zespół Steel Pulse).

Poniżej możecie porównać wszystkie trzy wersje: 








No to odpalamy klip i śpiewamy:


Jeszcze tekst, jakby komuś nie działał youtube.

(Intro)
Hear mi nuh baby. Whoa na na na na (Whoa na na na)
Baby whoa na na na (baby whoa na na)
Just one touch, one kiss from your lips, it's heaven, yeah
(Chorus)
Loving you is like the perfect love song
You know the one that you always wanna hear
And when my day's going all wrong
Seeing you is like the song in my ear
So all I need is you baby, body to body, with only you baby, and I don't need another
Cause baby what we got, we got a perfect, perfect love song
 (1st verse)
Ah just di way you look pon mi when you see mi (see mi)
And di way you put it pon mi when you gimme (gimme)
Ah suh mi love when di fyah blaze, you see mi (see mi)
Nah guh see mi roam round like I'm a gypsy
You're like peas to a pod, queen to a king, bullet to a gun,
what they got in common is they all belong together. And it's made me realize...
(Chorus)
Loving you is like the perfect love song
You know the one that you always wanna hear
And when my day's going all wrong
Seeing you is like the song in my ear
So all I need is you baby, body to body, with only you baby, and I don't need another
Cause baby what we got, we got a perfect, perfect love song
 (2nd verse)
 You got me overjoyed with the love that you're giving to me, and mi cyan't ask fi nothing more (nothing more) and all I need, I already have, cause you're here with me. Baby it's you and I forevermore. Baby you're like a plane to the sky, car to the street, key to the ignition, baby what they got in common is they all belong together. And it's made me realize that...
(Chorus)
Loving you is like the perfect love song
You know the one that you always wanna hear
And when my day's going all wrong
Seeing you is like the song in my ear
So all I need is you baby, body to body, with only you baby, and I don't need another
Cause baby what we got, we got a perfect, perfect love song
 (DJ verse)
Baby! Everything about this love we share is perfect (perfect)
Nothing nuh deh a road weh can come near it (nuh worth it)
Every room you step inna, you light it up like light's inna
Times Square, New Years Eve, Electric City, Tokyo
Woman your love ah fall pon mi like di falls of Niagra
Lift mi higher than di peeks pon di mountains of Kenya
With you I reach a level that is ever blessed
It's made me realize (made me realize)
(Chorus)
Loving you is like the perfect love song
You know the one that you always wanna hear
And when my day's going all wrong
Seeing you is like the song in my ear
So all I need is you baby, body to body, with only you baby, and I don't need another
Cause baby what we got, we got a perfect, perfect love song

W najbliższym czasie możecie się spodziewać relacji z koncertu Panny Marzeny i Bizonów, recenzji epki The Talks oraz albumów Western Standard Time: Big Band Tribute to the Skatalites i Panny Marzeny i Bizonów. Cierpliwości!