Po długiej przerwie, spowodowanej m.in. przeprowadzką, brakiem internetu itd., pora na reaktywację bloga. Zapewne będzie mniej relacji z koncertów, rzadsze też będą wpisy, ale lepszy rydz niż nic, czyż nie?
Na początek wywiad!
Zapraszamy do przeczytania wywiadu, a właściwie dwóch wywiadów z zespołem SOUL PISTOLS. Pierwszy wywiad przeprowadzono w czerwcu 2013 r. przy zbieraniu materiału do drugiego numeru świętej pamięci "RudeMaker Ska Zina". Na pytania odpowiadał wówczas Krzysiek (poza tym dotyczącym Skautów - na które odpowiedział Grzegorz). Druga część to wywiad przeprowadzony przez Jacka (aka Jst) z Grzegorzem Zacharewiczem. Wielkimi krokami zbliża się trzecia edycja Ostróda Ska Reggae STOMP, więc nie powinien dziwić temat rozmowy. Czytając oba wywiady możecie zobaczyć, jak potoczyły się losy zespołu, czy wyszło coś z zapowiedzi. Zapraszamy do czytania!
Zanim "narodził" się Soul Pistols, graliście jako ReCovers Band. Dlaczego zmieniliście nazwę? I dlaczego akurat na Soul Pistols (fascynacja soulem, może Sex Pistols)? I czy za zmianą nazwy, pójdzie też zmiana repertuaru?
To prawda. Nazwa ReCovers pojawiła się w momencie kiedy sami nie byliśmy pewni czy chcemy grać dla siebie i kilku kumpli, czy z tego projektu może wyjść coś więcej. Początkowo byliśmy nastawieni na zabicie nudy przez pogranie coverów za piwko i przy piwku, stąd wyraźne nawiązanie do tego faktu w pierwszej nazwie. Jednak w pewnym momencie poczuliśmy, że z tej kapeli może być coś więcej, coś autorskiego i świeżego. Postanowiliśmy więc zmienić nazwę na mniej "kojarzącą się". Nowa nazwa jest bardziej intrygująca. Co prawda nie kojarzy się jednoznacznie z reggae czy ska, ale soul bez wątpienia jest jednym z głównych korzeni, z których wyrosła muzyka jamajska. A pistolety – wiadomo, klawe z nas chłopaki, zabójczo przystojni, nie strzelamy ślepakami a tak poważnie, to niech każdy interpretuje jak mu pasi. Zmiana nazwy nie wpływa na dotychczasowy repertuar. Jednak czujemy, że wciąż się rozwijamy, a razem z nami kawałki, które gramy. Zaczynaliśmy grając piosenki w ich oryginalnych aranżach. Teraz coraz częściej bawimy się konwencją, zmieniamy aranżacje znanych hitów na reggae'owe, albo dopisujemy polski tekst do jamajskich szlagierów.
Soul Pistols to projekt stricte koncertowy, czy w planach (bliższych lub dalszych) macie wejście do studia?
Już weszliśmy do studia, pytanie tylko kiedy z niego wyjdziemy. Aktualnie wybraliśmy kilka numerów i nagrywamy do nich traki.
Będziecie grać tylko covery, czy także autorskie numery? Czy granie przez współczesne zespoły dość już wiekowych piosenek ma sens? Jaki? Czego to uczy? Co daje (przede wszystkim muzykom)?
Autorskie kawałki, które może z czasem się pojawią robić będziemy pod innym szyldem, jednak szeroko pojęta zabawa z coverami będzie kontynuowana. Czy granie coverow ma sens? Według nas tak, a ten sens różnie można odbierać. Możemy uznać to jako trybut dla wielkich Jamajców, albo szerzenie "ska-propagandy". W Olsztynie ludzie kojarzą i lubią piosenki, które gramy, a także ich autorów, to że mogą pobujać przy nich na żywo odbierają chyba jako sporą frajde. Z pewnością dla nas jako muzyków jest to sposób na podciągnięcie swoich umiejętności. Ja czuję, jak bardzo ja sam i razem jako zespół podciągnęliśmy się wokalnie.
Czy macie jakichś ulubionych jamajskich artystów lub okresy w muzyce jamajskiej?
Łączy nas ten sam nabożny stosunek do jamajskiego oldschoolu, do skinhead reggae, rocksteady i ska. Do artystów, na których wypisanie nie starczyłoby tego wywiadu. Poza tym każdy z nas ma jeszcze jakieś indywidualne ciągoty bliższe lub dalsze reggae, jednak oldschool jest na absolutnym topie.
Czy jest obecnie na Jamajce/świecie artysta (oczywiście, chodzi o kogoś z młodszego pokolenia), którego piosenki za 40 lat, będą brały na warsztat zespoły, takie jak Soul Pistols?
Jasne! W sumie to nawet czasem gramy fragment piosenki takiego zespołu – Aggrolites na przykład! Wielka sprawa, tak jak 2-tone odkurzył ska, tak Aggro odkopało skinhead reggae. Jest wiele świetnych zespołów, które grając ocierają się o klasykę. Ja uwielbiam The Upssessions, Los Granadians czy Red Soul Community.
Skąd w ogóle pomysł na granie takiej, a nie innej muzyki?
Nie rozumiem pytania, a co mielibyśmy grać? Rapsy? Przecież to najpiękniejsza muzyka z niezwykle szerokim spektrum przekazu od romansu do slackness, od krzyku o wolność i sprawiedliwość do pochwały dobrej zabawy na parkiecie. Większość z nas poznała tę muzykę dużo wcześniej i grała w innych ska, reggae kapelach. My po prostu nie mieliśmy innej możliwości niż grać BOSS SOUND.
Co musiałoby się wydarzyć, by muzyka ska/rocksteady/early reggae, miała w Polsce taką pozycję, jak reggae (szeroko pojęte, z pominięciem rzecz jasna early/skinhead)?Historia polskiego roots reggae i różnych jego mieszanek z punk rockiem i innymi gatunkami sięga poprzedniego systemu politycznego, potem długo długo nic i wielki boom w 2005 r., kiedy to ukazały się debiutanckie albumy Vavamuffin, Jamala, Natural Dread Killaz. A w ska?
Nic. W Polskę nie uderzy nagle meteor, z którego wyjdzie super kapela, którą pokochają rzesze rodaków, a my wszyscy, słuchający dotąd tej muzyki będziemy chodzić w splendorze. Może niektórzy tak to widzą, mają na to nadzieję, ale nic takiego się nie stanie. To może oklepana gadka, ale kluczem jest edukacja, praca u podstaw, bez napinek. Ja wszystkie te komponenty widzę w scenie sound systemowej, która powoli w Polsce powstaje. Fire Corner w Olsztynie, Sweet and Dandy w Łodzi, Live Injection w Warszawie i inne imprezy w polskich miastach są kluczem. Puszczać dzieciakom Derricka Morgana z winyla, rozkochać je aż upomną się o jego koncert. Z grubsza właśnie tak to wyglądało, jeśli chodzi o polską scenę reggae do 2005. My nie powinniśmy ani płakać, ani się podpalać tylko robić swoje.
Czym wy tam oddychacie na Warmii i Mazurach, że co i rusz coś się u was dzieje? Real Cool Sound, Husky, ReCovers Band / Soul Pistols, wcześniej Skauci, imprezy z cyklu Fire Corner, ostatnio Ska Reggae Stomp, a do tego Ostróda Reggae Festival. Tylko pozazdrościć.
Warmińsko-mazurskie sensi, zielone płuca Polski a poważnie to chyba Bóg rzucił w jedno miejsce pomiędzy Ostródę a Olsztyn kilka-kilkanaście osób, którym się chce robić ferment. Gdy zaczynały nigdy nie zakładały profitów i fejmu, a jednak coraz więcej ludzi dostrzega ich robotę. A my ciągle nie mówimy ostatniego słowa, to dopiero początek...
fot. Karolina Paziewska
No i na koniec pytanie o... Skautów. Czy to już zakończony rozdział, czy od czasu do czasu przy jakichś okazjach (takich jak styczniowy Ostróda Ska Reggae Stomp) będziecie reaktywować kapelę?
Tak chcieliśmy zamknąć Skautowy rozdział, żeby móc się skupić na Soul Pistols w takim stopniu, żeby mogło to ruszyć do przodu. Czas jednak pokazał, żeby nigdy nie mówić "nigdy". Jak będzie w przyszłości? Mamy tak dużo nowych pomysłów i pięknych kawałków do pokazania ludziom, że szkoda to marnować grając ludziom te same kawałki co 10 lat temu. Na szczęście polska ska publiczność dorasta i ma coraz bardziej świadomy gust, dzięki czemu jest coraz mniej "Mamoniowego" podejścia do tej muzyki i muzyki w ogóle. Chcielibyśmy żeby brzmienie starych kawałków z czarnych krążków było dla ludzi właśnie czymś nowym i odświeżającym.
Rozmawiamy przed 3. edycją ostródzkiego Ska Reggae STOMP. Skojarzenie tej imprezy z zespołem Soul Pistols jest oczywiste. Czy ktoś spoza zespołu także jest zaangażowany w organizację imprezy i czy jest to całkowicie autorski pomysł zespołu? Czy może konkretnie kogoś z członków?
Oprócz mnie i basisty Soul Pistols - Marka Ignatjuka, imprezę współorganizuje też Bartek Kucharski aka DJ Husky. Od pierwszej edycji bardzo nam pomagał ogarniając scenę DJ-ską. Dzięki doświadczeniu przy organizacji cyklu Fire Corner czy współtworzeniu audycji Reggae Front w UWM FM wyrobił się na konkretnego zawodnika i chwała mu za to!
STOMP jest jedyną tak tematycznie ukierunkowaną imprezą w Polsce. Jest już, mam nadzieję, stałym punktem w waszych corocznych planach?
Pierwszy STOMP wyszedł spontanicznie. Chcieliśmy zrobić koncert zespołowi The Bartenders, a wyszło to co wyszło. Impreza przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Na drugiej edycji, oprócz lokalsów, pojawiło się jeszcze więcej osób z całej Polski. O ile frekwencja z roku na rok będzie wzrastać - STOMP będzie grał dalej.
Póki co stawiacie na krajowy skład imprezy, ale może w przyszłości, wzorem imprez niemieckich, poszerzycie skład o jakąś zagraniczną gwiazdę? I czy w ogóle wybiegacie myślami do kolejnych edycji imprezy?
No właśnie potrzebujemy młodej krwi wśród zespołów ska reggae w Polsce, bo inaczej na kolejne edycje headlinerzy przyjeżdżać będą zza granicy. ;) Pojawiają się już takie opcje na ewentualne kolejne edycje, ale wszystko rozbija się o frekwencję i czy impreza finansowo się zamknie. Wszystko jest organizowane przez naszą trójkę i opiera się na biletach. Nie otrzymujemy niestety żadnych dotacji od miasta. Tak więc kolejne edycje zależą tylko od Was wszystkich, którzy na nich się zjawią.
Jak kształtowała się frekwencja w Barze u Zdzicha podczas pierwszej i drugiej edycji?
Frekwencja oscylowała w okolicach 500 osób.
Wracając do samego zespołu, czy po sukcesie jakim bez wątpienia była piosenka "Pod choinkę", doczekamy się kolejnych produkcji rodem z JamLab studio?
"Pod choinkę" było pieczołowicie zaplanowanym przedświątecznym spontanem hehehe. Miało być symbolicznie - taki 'kawałek na święta' a wyszło bardzo fajnie. Jeśli chodzi o inne produkcje - zaczęliśmy nagrywać materiał na nasz coverowy album Soul Pistols, ale rozjechało się to w czasie. Materiał zamierzamy na pewno ukończyć. Kiedy? Nigdy nie pytaj zespołu "kiedy wyjdzie płyta", dopóki materiał się nie tłoczy na nośniku, a na okładkach schnie farba.
A samo studio na olsztyńskiej Nagórkach to inicjatywa i prywatny zakątek Grzegorza?
Tak jest to mój mały azyl. Zaadaptowałem akustycznie niewielkie pomieszczenia. Zniosłem trochę uzbieranego sprzętu, żeby nie tłuc się więcej po salkach prób i żeby móc w spokoju płodzić muzyczne pomysły czy grać próby. Jest zabawa.
Samo zebranie się na probe zespołu jest dla Was problemem? Pytam dlatego, że Krzysiek, wokalista mieszka teraz w Warszawie, Grzegorz i Marcin w Olsztynie, a bracia Maciej i Marek w Ostródzie...
Tak, jesteśmy trochę porozjeżdżani. Próby gramy głównie przed koncertami. Nie mamy takiego luksusu, żeby móc spotykać się choćby raz w tygodniu. Tak, Krzysiek siedzi w Warszawie, a tu na linii oln-ostr sprawa często się zmienia.
Próby odbywają się na Nagórkach?
Tak, gramy na Nagórkach albo w Ostródzie.
Plany koncertowe oprócz STOMPa już jakieś są?
I tutaj małe zaskoczenie, bo tegoroczny STOMP będzie ostatnią imprezą, którą zagramy z Soul Pistols. Osoby z zespołu mają różne inne zajęcia i plany. Do tej pory udawało się to wszystko godzić i czasem gdzieś zagrać, ale ostatecznie nie chcemy się bawić w ciągłe wymienianie muzyków i reanimowanie tego projektu. W Soul Pistols muzyka kleiła się tak dobrze właśnie dlatego, że żaden z nas nie był z łapanki, ogłoszeń czy innych castingów. Znaliśmy się od dawna tak samo jak od dawna znaliśmy i uwielbialiśmy muzykę, którą gramy. Nie oznacza to, że nie będziemy w ogóle grać. Przynajmniej ja bez tego nie wyobrażam sobie życia.
Po stracie Molotova, imprezy w Olsztynie koncentrują się teraz w Andergrancie i Carpenterze. Jak to wszystko się układa? Kluby spełniają swoje role? Jak wygląda to z Waszej perspektywy, bo przecież grywacie i w jednym i drugim klubie?
Tak, Molotov był specyficzną knajpą. Bez wątpienia ożywiał koncertowo Olsztyn. Klub Nowy Andergrant jest dobry na duże koncerty na kilkaset osób. Ma zaplecze i porządne nagłośnienie. Carpenter Inn na starówce fajnie się sprawdza przy klubowych imprezach dj'skich (m.in Fire Corner) czy niewielkich kameralnych koncertach. Pojawiło się też fajne, muzyczne miejsce na średniej wielkości koncerty - Klub Amnezja. Zespoły szukające miejsca na koncerty tu w Olsztynie mogą śmiało uderzać do tych miejsc.
Zapraszam do przeczytania kolejnego, już trzeciego, wywiadu z pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine". Tym razem z reprezentantami NCY Soul City Rockers, czyli zespołem BOBBY SIXKILLER. Na pytania FJ odpowiadał Boris, basista kapeli.
Na początek, stuprocentowy standard – jak się zaczęła wasza historia i jak na obecną chwilę wygląda skład?
Wszystko zaczęło się w 2008 r., od czterech muzyków. Parę miesięcy później było nas pięciu. Skład się nie zmienił. Więc tak: Mick na gitarze i wokalu, Ben na klawiszach oraz chórki, Laurent - druga gitara i chórki, potem Gui na perkusji, no i ja – Boris, na basie. No, a od zeszłego roku mamy swoich handlarzy, Vala i Cimera.
Jako że ska nie jest szczególnie eksponowane w mediach, to co robicie poza graniem muzyki?
Oczywiście, muzyka nie jest czymś z czego żyjemy. Wszyscy skończyliśmy albo kończymy studia, więc pracujemy albo jesteśmy bezrobotni. Generalnie zależy od chwili, tylko jeden z nas ma stałą pracę. Nie jest to najlepsza sytuacja, gdyż ciężko skrzyknąć wszystkich w jednym momencie, to czy uda się koncert, pojedzie w trasę, czy też wejdzie do studia. Nie możesz prosić o wakacje, gdy jesteś podpisany pod kontraktem.
Jakie są wasze inspiracje? Czy można uznać amerykańskich Untouchables za jeden z "tych" zespołów? Mam na myśli to, że byli jednymi z pierwszych łączących soul ze ska.
Naturalnie, wiele rzeczy nas inspiruje. Jesteśmy piątką ludzi i każdy z nas słucha trochę innej muzyki. Jedynie okres lat 60. i 70. nas łączy. Untouchables są zajebiści, ale jeśli mielibyśmy wybrać jedną kapelę ze Stanów, to myślę, że byliby to The Aggrolites. Myślę, że za wszystkich mogę powiedzieć: głównie jamajszczyzna do lat 70., 2-tone, Motown i wykonawcy związani z ruchem northern soulowym w Anglii, pierwszy funk, trochę surfu...
Na waszej stronie – www.bobbysixkiller.fr – można ściągnąć wasz album „Lonely Road”, epkę i split z Branlarians. Jak wszyscy wiedzą, to początki są trudne, a już szczególnie te z nagrywaniem materiału (studio, pieniądze itd.). Skąd więc, biorąc pod uwagę koszt i trudności z tym związane, wziął się pomysł na podzielenie się swoją twórczością?
Tak, to prawda, że ciężko dzisiaj cokolwiek wydać. Epka i split są już wyprzedane (może coś jeszcze znajdziesz w jakichś sklepach wysyłkowych), więc było to dość oczywiste, żeby je udostępnić w internecie. A jeśli idzie o LP, to czekaliśmy rok (swoją drogą, jeszcze nie jest wyprzedany, brać póki jest!). Wiesz co, my ściągamy muzykę jak każdy, nie jesteśmy na tyle bogaci, żeby kupić wszystko, co nam się podoba. Nie mam pewności, czy to wpływa na sprzedaż płyt takich nie utrzymujących się z grania kapel. Czasem kupuję płyty, które już mam w postaci mp3, ponieważ mi się podobają i chcę wesprzeć ten zespół. Myślę, że wielu robi podobnie. Albo nie, już wiem! Chodzi o to, żeby nasza muzyka dotarła do jak największej grupy ludzi.
Kto was słucha we Francji? Macie jakiś "target"?
Nie mamy specjalnie wytypowanych słuchaczy. Wielu różniących się od siebie ludzi lubi naszą muzykę, i dobrze. Biorąc pod uwagę to, co gramy, to często widzimy skinów, modsów, pankowców, rude boys.... Tylko gnoje nie są mile widziani (faszyści i ich kumple), ale nie mieliśmy nigdy z nimi problemów.
Graliście na francuskich festiwalach Spirit of 69 i Dance Ska La. Co możecie o nich powiedzieć? Jakie wrażenia?
Graliśmy na Dance Ska La po raz drugi, trzy lata po pierwszej okazji, ale tym razem na głównej scenie, i było całkiem spoko. Te dwa festiwale są naprawdę świetne i pozwalają zobaczyć kapele, które nie są często obecne we Francji. Ale to dość daleko od Polski (nie dość, że na zachód, to jeszcze na południe). W zasadzie są to największe tego typu festiwale w kraju. Francja to nie najlepszy grunt pod ska i reggae, większe sceny są w Niemczech czy Hiszpanii.
Mieliście też okazję grać z dobrze znanymi wykonawcami (m.in. Mr. Symarip, The Upsessions, Moon Invaders, 8°6 Crew). Który koncert uważacie za najlepszy albo który zostanie najdłużej w waszej pamięci?
Nie uważam, że mamy jakieś zajebiste koncerty, ale najlepsze są te w małych i brudnych miejscach, w których jesteś w naprawdę dobrym kontakcie z widownią. Lubimy większe sceny, gdyż jest tam lepsza jakość dźwięku i światła, ale nie jest się tam wtedy tak blisko publiki. No i to zawsze przyjemność, gdy gra się z kimś dobrze znanym i lubianym. Nasz pierwszy koncert był z 8°6 Crew i od tamtej pory od czasu do czasu się spotykamy. Się zakumplowaliśmy po prostu. Myślę więc, że najlepszy jest ten pierwszy, o ile się tego naprawdę chce.
Co możecie powiedzieć o francuskiej scenie? Możesz zarekomendować jakieś mniej znane francuskie kapele?
Mamy kilka naprawdę dobrych zespołów, takich jak wcześniej wspomniane 8°6 Crew, czy też Two Tone Club, Moon Hop. A z młodszych stażem to warto poznać 65 mines street, The Branlarians, The Groovin’ Jailers z północy, The Sarah Connors (Paryż), The Run (też stolica), Old Dodge Fellows (Lille). Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem!
Mieliście propozycje, żeby grać "za wodą" albo bardziej na wschód?
Jesteśmy w kontakcie z Groverem i mamy w planie Easter Ska Jam w Niemczech (5 koncertów) w marcu. Rok temu też byliśmy
w Niemczech, a ponadto na Słowacji i w Czechach, podczas wiosennej trasy. Graliśmy raz w Koszycach, to chyba najbliżej Polski. Jeżeli znowu nas zawieje na wschód, to mam nadzieję, że udałoby się zagrać w Polsce. Chcielibyśmy, no ale nie jest łatwo, gdyż każdy ma swoje zajęcia. Ale jakby się udało, to byłoby naprawdę fajnie.
Jakie plany na przyszłość?
Easter Ska Jam, gdzie gramy jako my, ale też jako zespół z Kingiem Hammondem. Poświęcimy trochę czasu na nowy album, będziemy grali tyle koncertów, ile tylko będziemy mogli, no i po prostu będziemy bawić się dalej!
Chcielibyście coś przekazać czytelnikom?
Wpadnijcie na bobbysixkiller.fr, żeby posłuchać naszej muzyki, na nasze fb, żeby wiedzieć, co i jak, no i miejmy nadzieję, że pewnego dnia spotkamy się w Polsce. Dzięki za zainteresowanie. Pozdrawiam!
W serwisie RudeMaker.pl można przeczytać drugi wywiad z pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine". Tym razem rejony nieco bardziej egzotyczne niż w przypadku Panny Marzeny i Bizonów, aczkolwiek wciąż dość bliskie kulturowo Polsce.
Belgradzka kapela z 17-letnim stażem na małej, ale mimo wszystko istniejącej, serbskiej scenie ska. Zespół z wielkimi jajami lub też, jak mówią rodzimi krytycy, "Ostatnia Gwardia Ska". O tym, co młodych Serbów boli, ale i bawi, mówił wokalista Fefe. Pytania zadawał FJ.
Znalazłem informację, że historia Samostalni Referenti zaczęła się w 1993 r., ale w 2011 wydaliście swoje best of „GreaTESTIS Hits” z okazji 15-lecia istnienia zespołu... Jak to się zaczęło dokładnie i jak obecnie wygląda skład?
Pomysł na kapelę powstał w 1993 r., ale zaczęliśmy grać w 1996 r. Było pełno zmian osobowych, przez Samostalni Referenti przewinęło się ponad 50 osób. Z pierwszego składu zostałem tylko ja i Ref (gitarzysta). Teraz gramy w 8 osób, a na większych koncertach mamy dwuosobowe wsparcie. Więc tak: Ref (gitara), Lung (trąbka), Platner (puzon), Mishe (skrzypce), Zex (perkusja), Joca (bas), Zulij (akordeon), no i ja - Fefe (wokal). Nasz album nazywa się „The GreaTestis Hits”. To troszkę taka gra słów, slangowo Velika muda (Great Testis) znaczy, że mamy odwagę, nie uznajemy kompromisów. Myślimy, że tego dowodzimy w naszych tekstach, które są o politykach i przewałach, które się dzieją w Serbii od ostatnich 20 lat
„Wielkie jaja”, całkiem chwytliwe i celne. Jeśli jesteśmy przy tekstach, kto je pisze? I czy mógłbyś nakreślić polskim odbiorcom, o czym śpiewacie, gdyż serbski jest dla Polaków dosyć egzotycznym językiem. Co staracie się przede wszystkim w nich uchwycić?
Większość tekstów piszę ja i basista, który dołączył do nas kilka lat temu.
W 1999 r. podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią na pierwszy album, ale pomysł umarł w zarodku, gdy pokazaliśmy im nasze teksty. Wtedy, na dobrą sprawę, dopiero kończył się komunistyczny reżim, więc wszyscy się czegoś bali. Był nawet czas, że byliśmy na celowniku policji. Mówiliśmy, że rząd kontroluje obrót narkotykami, że są największymi złodziejami... Teraz, gdy trochę wydorośleliśmy, śpiewamy raczej o tym, co powinno być ważne dla młodzieży, tym czym dzieciaki żyją - o przyjaźni, wierności i czasami o piłce nożnej. Oczywiście, dalej gnoimy polityków, jakby nie patrzeć są niewyczerpanym źródłem inspiracji.
Powiedziałeś, że w okolicach końca XX wieku, kończył się reżim. Coś się zmieniło od tego czasu? Musicie jeszcze śpiewać „Police on My Back” Clashów? Albo czy dalej macie problemy, na przykład z obecnością waszej muzyki w mediach?
Tylko ludzie się zmieniają, reszta pozostaje taka sama. Myślę, że ludzie żyją nawet gorzej aniżeli w czasie dogorywania komunizmu (może poza tym, że nie mamy wojen co kilka lat). Ci „demokraci” sprzedają nasze państwo, naszą ziemię i fabryki obcokrajowcom, a i tak ludziom żyje się równie źle. Może teraz policja nas nie ściga, ale od czasu do czasu musimy patrzeć za siebie. Teraz, gdy jesteśmy starsi i mądrzejsi, wybraliśmy inną drogę. Teraz ciśniemy te „niewinne” piosenki do telewizji, żeby mieć większą publikę na koncertach, a na nich z kolei śpiewamy o tym, co nam leży na sercach. Miesiąc temu zrobiliśmy swego rodzaju test na stacjach radiowych. Wysłaliśmy jawnie polityczny kawałek, w którym mówimy o tym, jak niewiele się zmieniło. I wiesz ile stacji to puściło? ŻADNA. Więc myślę, że mamy większy totalitaryzm niż wcześniej.
Może zostawmy politykę na chwilę. A może to w dalszym ciągu jest pytanie „polityczne”? W piątek, ósmego lutego graliście w Zagrzebiu. Jak mówią media, dalej istnieje konflikt pomiędzy Serbami a Chorwatami. Wy jednak nie mieliście problemu zagrać w stolicy waszych zachodnich sąsiadów. Jak zostaliście przyjęci, a co za tym idzie, jak wygląda sytuacja między serbską a chorwacką sceną?
Powiem tak: nasz akordeonista pochodzi z Chorwacji i bez problemu gra z nami. A w Zagrzebiu było zajebiście. Ludzie byli dla nas naprawdę mili, świetnie nas ugościli. Mamy kawałek dedykowany naszemu miastu – Belgradowi. Nie chcieliśmy go grać, żeby nie było, że ich prowokujemy. Ale na koniec jednak go zagraliśmy i generalnie cały klub śpiewał razem z nami. Ska łączy ludzi, nie patrzymy, czy ktoś jest Chorwatem, Serbem, Słoweńcem czy Bośniakiem. Jeśli ten ktoś jest dobrym człowiekiem, to jest naszym przyjacielem.
To, co powiedziałeś, to chyba najlepszy przykład „łączenia przez ska”. Teksty, poprzez swoją szczerość i celowanie w polityczny syf, wyglądają na inspirowane Sham 69 i The Clash. A co z kolei jest największą inspiracją dla muzyki SR? Innymi słowy, czego słuchacie?
Masz rację. Jeśli wsłuchasz się w intro na naszej płycie, to możesz usłyszeć Joe Strummera. Nagraliśmy też cover „They Don't Understand” z repertuaru Sham 69, pt. „Ne razumeju”. Wszyscy wyrastaliśmy słuchając punk rocka i prawda jest taka, że The Clash są dla nas wzorem, jeśli chodzi o teksty. Od strony muzycznej, wszyscy lubimy ska. Od pierwszego, jamajskiego, aż po trzecią falę. Jedyne za czym nie przepadamy to amerykańskie ska, The Toasters na przykład. Bardzo lubimy skankowe kapele ze Słowacji, Czech, Polski czy też Bułgarii. Myślę, że będziesz wiedział o co chodzi. Myślę, że ludzie w tych krajach, które wymieniłem, mają podobną mentalność, wszyscy mieliśmy podobną sytuację polityczną. Wybacz, że tak wraca temat polityki w naszej rozmowie, ale muzyka bez tekstów, które piętnują to, co jest w społeczeństwie złe, nie jest dla nas muzyką w pełnym tego słowa znaczeniu.
Wspomniałeś o Polsce. Znasz jakieś polskie grupy grające ska albo czy byłeś na jakimś koncercie polskiej kapeli?
Jasne. Osobiście znam kilka. Skambomambo, Skankan, Blade Loki z tą seksowną wokalistką, ale przede wszystkim lubię Akurat. Ich album „Pomarańcza”, dla mnie jest jednym z najlepszych ska-albumów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Bardzo lubię i szanuję też (choć nie grają ska) Analogsów. Naturalnie Vespa, są świetni, oraz mało znana, a na to według mnie zasługująca Taumaturgia. To jak łączą ska, folk i punk, jest po prostu niesamowite. Mieszkałem pewien czas w Gdyni, ale niestety nie miałem okazji zawitać na jakiś koncert skankowy.
Jako że jesteśmy „za granicą”, to czy mieliście propozycje grania w środkowej i zachodniej Europie?
Mieliśmy kilka koncertów na Słowacji w zeszłym roku, i było to ciekawe doświadczenie. Kluby były pełne, ludzie byli świetni, chociaż nie znali żadnych piosenek. Okazywali nam również wsparcie śpiewając „Kosovo je Srbija” wielokrotnie w trakcie gigu. Teraz planujemy kolejną trasę po Czechach i Słowacji. Jest serbska grupa Neozbilijni Pesimisti, z którymi się przyjaźnimy, a którzy grali w Polsce w zeszłym roku. Obiecali nam połapać jakieś kontakty w Polsce, więc może kiedyś u was zagramy. Byłoby zajebiście.
Też tak myślę. A jakieś ciekawe spostrzeżenia na temat „zachodniej Słowiańszczyzny”? Pomijając wsparcie oczywiście. Wasza scena różni się od tej bardziej zachodniej?
Myślę, że im bardziej idziesz na zachód, tym scena jest silniejsza. W Serbii nie mamy sceny ska. Mamy dwie albo trzy kapele tego typu. W Belgradzie, w którym żyje ponad 2 mln ludzi, jesteśmy jedyną kapelą ska, co jest naprawdę żałosne. Ale Serbowie bardziej się interesują folkową turecką czy też grecką muzyką, co się robi coraz bardziej chujowe. Odnoszę wrażenie, że ludzie w Serbii nie szanują swoich własnych wykonawców. Mamy o tyle szczęście, że nie żyjemy z robienia muzyki, więc możemy mieć na wszystko wyjebane. Robimy, co chcemy i to nam odpowiada.
Ale przecież mieliście jedną z pierwszych ska grup w południowo-wschodniej Europie, mówię tu o Kontraritam. Nie było zainteresowania, czy było, ale też gdzieś przepadło?
Kontraritam byli naprawdę świetnym zespołem. No, ale Serbowie niespecjalnie podniecają się ska. Nagrali jeden album, po czym zniknęli. Po nich nie było żadnego ska, aż do chwili powstania Samostalni Referenti. To luka około 15 lat. I, szczerze mówiąc, kiedy zaczynaliśmy, myśleliśmy że byliśmy pierwszym ska zespołem w Serbii w ogóle. Myślę, że to dobrze pokazuje, jak „popularny” był Kontraritam, co jest przykre, bo naprawdę fajnie grali.
Teraz gracie dłużej, niż trwała ta luka. Więc chyba nie jest aż tak źle. Kto słucha waszej muzyki? Wspomniałeś kilka pytań wcześniej o piłce nożnej, otóż spotkałem się ze stwierdzeniem, że punk jest bardzo popularny w środowisku kibicowskim. A czy ska, jakkolwiek, też jest w nim zauważane?
Jest sektorówka wśród kibiców Partizana: Skins and Punks and Football fans. W Serbii punk rock wraca na trybuny i nie skłamię, jeśli powiem, że wielu naszych fanów jest aktywnymi kibicami piłkarskimi. Ale mamy naprawdę wielki przekrój publiki na koncertach. Pierwsze rzędy to chuligani, kibice, a cała reszta to ludzie, którzy podzielają nasze poglądy i lubią po prostu potańczyć. A tak wracając do kibiców jeszcze, to naprawdę podoba mi się to, jak polscy i rosyjscy „bojowi kibice” organizują ustawki poza miastami, dzięki temu przynajmniej są ograniczone ofiary wśród osób postronnych. Miło wspominam czas spędzony wśród kibiców z Gdyni, myślę że połowa z nich to byli rugbyści lokalnej drużyny. Sprawdź Grupa JNA, punk dedykowany Partizanowi. Wydali ostatnio płytę i moim zdaniem robią świetną robotę w dziedzinie promowania dobrych nawyków muzycznych na trybunach, ponieważ wielu kibiców w Serbii „siedzi” albo w folku, albo techno.
Stwierdziłeś, że wielu waszych fanów to aktywni kibice. Zgaduję, że Partizana. Jak wszyscy wiedzą (a jak nie, to powinni), Partizan i FK Vojvodina niespecjalnie się lubią. Tak więc, mieliście jakieś koncerty w Nowym Sadzie?
Ja kibicuję Partizanowi. Jako Samostalni Referenti nie jesteśmy „w barwach”. Prawda jest taka, że Grobari (Partizan) i Firma (Vojvodina) biją się często. W kwietniu mamy grać koncert w Nowym Sadzie, ale nigdy nie mieliśmy tam problemów. Jedziemy grać i mieć frajdę, i przy okazji wielu ludzi nas tam lubi. Swoją drogą Nowy Sad jest chyba najbardziej skankowo-punkowym miastem w Serbii. Mają tam mnóstwo świetnych kapel. A tak przy okazji, to podoba mi się styl Firmy. Starają się iść „starą szkołą” kibicowania, co naprawdę podziwiam.
No to znowu, jakby nie patrzeć, mamy przykład „łączenia poprzez ska”. Mógłbyś podać polskim słuchaczom jakieś dobre serbskie zespoły, jeśli macie tylko kilka skankowych, to może jakieś skinhead reggae?
Nie ma zbyt wielu prawdziwych skinów w Serbii. Większość się gubi. Są nacjonalistami, ale nie nazistami, no i wtedy prostują prawą rękę. Jak dla mnie to dziwne, że Serb prostuje prawą rękę, jak nazista. Chociaż to dość śmieszne. No, ale do rzeczy. Ska – Proces, Lost Propelleros, Pelagijska Argosija. Reggae – Irie FM, Del Arno Band, Che Guerillaz, to takie warte wspomnienia.
Więc „syndrom prawej ręki” jest znany we wszystkich krajach słowiańskich. Prawie 20 lat za wami, jakie plany na przyszłość?
Wiem, to tragiczne. Adolf chciał nas martwych, a teraz mu salutujemy. No, jak to ktoś z The Clash rzucił: gdyby Hitler wpadł do nas dziś, to posłaliby mu limuzynę. Ale wracając do tematu. Nie pytaj o plany, bo nigdy planów nie mieliśmy. Wszystko, co robiliśmy, było kwestią chwili. Chcemy grać, jak najwięcej się da, chcemy nakręcić teledysk do „Zene i Vino” (Kobiety i Wino), ale jak to wszystko się potoczy – nie wiem. Więc plan jest taki, żeby się bawić, mieć radość z robienia muzyki, no i zobaczymy, gdzie nas poniesie. Wycieczki bez planów są przecież najciekawsze.
Kobiety i wino, jak wiadomo, to synonim dobrej zabawy. Więc tego wam właśnie życzę i mam nadzieję, że kiedyś zawitacie do Polski. Chcielibyście coś przekazać polskim fanom?
Ta piosenka ma też inną nazwę: „kumple i piwo”. Jedyne, co mogę powiedzieć Polakom to: wspierajcie lokalne zespoły, nieważne jak chujowo by grały. Kiedy zaczynaliśmy, mówili, że jesteśmy najgorszą rzeczą w serbskim rock and rollu. No, a teraz nazywają nas Ostatnią Gwardią Ska w Belgradzie. Bez kapel, nie ma sceny, więc zamiast krytykować na facebooku, idźcie na koncert albo załóżcie własny band i róbcie coś dla muzyki. A może to była wiadomość do serbskich fanów przez polskich i waszego zina… Dzięki za wywiad!
W słowie wstępnym pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine" napisałem, że z czasem wywiady zostaną także udostępnione w sieci. Do premiery drugiego numeru bliżej niż dalej, więc na początek wywiad z Panną Marzeną i Bizonami! Wywiad jest dość długi, co nie znaczy że nudny, więc dla wygody czytania powiększyłem nieco czcionkę.
PANNA MARZENA I BIZONY
Panna Marzena i Bizony to zespół prosto z Oświęcimia i okolic. Na początku tego roku doczekaliśmy się ich debiutanckiego albumu zatytułowanego po prostu „Panna Marzena i Bizony”. O nagrywaniu płyty, rodzinnych koneksjach członków zespołu, o koncertach (a właściwie ich niewielkiej liczbie) i muzycznej otwartości rozmawiałem z Kubą (K) i Markiem (M). Kilka słów dodał także Bocian (B).
Kto jest założycielem
Panny Marzeny i Bizonów? Czy graliście wcześniej w innych zespołach?
K: Początki to jest Arka Taty Marka. To
był projekt, który jak gdyby równolegle kiełkował w Marka głowie, Krzyśka
(czyli brata Marka) i mojej. I długo, no bardzo długo nam zeszło szukanie ludzi
do tego składu, bo my z Krzyśkiem z 2 lata gadaliśmy, gadaliśmy, nic się nie
działo, no i w końcu Marek wyznaczył taki deadline, albo zagramy próbę –
pamiętam – albo nie mówimy w ogóle o temacie. Znaleźli się ludzie, graliśmy, no
ale zawsze nam się gdzieś tam w głowach kołatało, że to ma być troszkę inna
muzyka, no i to tak na przestrzeni lat ewoluowało – dobieraliśmy po prostu,
wymienialiśmy część składu, potem…
M: Warto powiedzieć to, że w obecnym
składzie jest mieszanka ludzi, którzy wcześniej grali w zespole Ska’n’dal z
Brzeszcz, który też tam przez 3 czy 4 lata coś działał.
K: Analogia Snu.
M: Z Analogii Snu został jeden.
K: No, ale jest. Perkusista.
M: Został perkusista i w zasadzie… I
Volt Face, bo Aneta coś tam wcześniej na saksofonie grała. Aneta, czyli
Marzena.
K: Czyli w sumie po prostu pozbieraliśmy
tutaj z okolicznych zespołów, co znamienitsze postaci i powstał Panna Marzena i
Bizony.
To może ja zapytam o
zespół Ska’n’dal, bo o ile słyszałem Arkę Taty Marka i Analogię Snu, to o
Ska’n’dalu jeszcze do niedawna nie wiedziałem nic, absolutnie nie kojarzyłem
tego zespołu. Graliście gdzieś poza swoją miejscowością?
K: Dwa Skandale, z tego co wiem, były w
Polsce. Jeden pisany normalnie Skandal, natomiast drugi, w którym grał Paweł
(czyli basista), trąbka („Bart” – przyp. R), którego nie
miałeś okazji poznać, bo go nie było na koncercie w Sosnowcu, no i ja – to był
pisany, tak jak się pisze rock’n’roll,
czyli z apostrofami. To były czasy licealne, że tak powiem. Lata temu. Na
youtubie są nawet jakieś kawałki, ze 3 czy 4.
M: Jeden z bardzo proroczym tekstem:
„nie chowajcie mnie na Wawelu”.
K: Tak.
W takim razie, skąd
pomysł na nazwę Panna Marzena i Bizony, skoro żadnej Marzeny w zespole nie ma?
Chyba, że była?
M: Pierwotna nazwa miała być Panna
Dudziak i Bizony.
K: Dudziak to jest panieńskie nazwisko
naszej wokalistki, Anety.
M: Ale Aneta miała obiekcje, no i
mówiła, co jak jesteś Aneta Dudziak to, jak mamy się nazywać? Marzena i Bizony?
No tak, by było lepiej, no to niech będzie.
K: (śmiech) Na pewno nazwa jest gdzieś
tam inspirowana nazwami jamajskimi z początków tej muzyki, no bo to były tam
tego typu…
M: Ja wymyślając tę nazwę, szczerze
mówiąc bardziej się inspirowałem starymi polskimi zespołami, które się właśnie nazywały
w stylu: ktoś tam, coś tam i tajfuny czy…
K: Ja na przykład wiem, że wtedy dużo
słuchałem Byron Lee and the Dragonaires, dobrze kojarzę?
M: Mhm. Tak że takie głupie nazwy, a
mnie chodziło o coś takiego oldschoolowego, żeby nie było modne i żeby było
oldschoolowe.
K: (śmiech) Żeby ciężko zapisać, żeby ciężko
zmieścić na plakacie. My mamy takie ciągotki, wiesz? Żeby było niemedialnie.
M: Takie, żeby było drętwe, tak jak w
latach 70. właśnie się nazywały zespoły polskie.
Podobno można
powiedzieć, że wasz zespół to interes rodzinny. Powiecie coś na ten temat?
M: Tak, jak mówił Kuba, gdzieś tam ten
pierwotny materiał, pierwociny naszego materiału były tworzone przeze mnie i
mojego brata w naszym pokoju – brat grał na basie, ja na gitarce i tworzyliśmy
teksty. Czyli Marek i Krzysiek. Później… a w tej chwili można powiedzieć, że
Kuba (gitarzysta) jest już naszym szwagrem, bo z Krzyśkiem mamy jeszcze
siostrę, która na przestrzeni lat została żoną Kuby.
K: A, i jeszcze Krzysiek, czyli brat
Marka, ożenił się w międzyczasie z Anetą, czyli jak gdyby już 4 osoby, owszem,
jesteśmy już spowinowaceni jak najbardziej. Oprócz tego mamy w zespole dwóch braci,
czyli trębacz i basista, to też są rodzeni bracia. No i mamy jeszcze dwóch
rodzynków. Gdzieś się próbują wżenić, ale…
…ale jeszcze to nie
nastąpiło.
K: Dokładnie. Tak że w tym względzie,
jest to rzeczywiście interes rodzinny.
B: Ja nie wiem, na co „Rożek” (perkusista
– przyp. R) czeka, bo on jest już stary.
M: Marcin „Bocian” ciągle czeka aż
„Rożek” mu zaproponuje. (śmiech)
K: Dokładnie. I już będzie wszystko
elegancko sparowane. (śmiech) My jesteśmy przede wszystkim paczką przyjaciół i
może też po części temu ten zespół tak długo dorastał, dojrzewał do jakichś
nagrań, do tej formy, żeby i nas to satysfakcjonowało. Oprócz tego, że to jest
zespół, który gra na scenie, my spędzamy ze sobą dużo czasu i generalnie,
wydaje mi się, można powiedzieć, że jesteśmy paczką przyjaciół.
Czy to właśnie przez to
dojrzewanie, dorastanie, zagraliście tak mało koncertów na przestrzeni kilku ostatnich
lat?
M: Szczerze, to akurat nie ma nic
wspólnego z naszym byciem rodziną albo niebyciem nią, tylko raczej z tym, że
wszyscy jesteśmy, że tak powiem… Mamy swoje lata – po pierwsze. Każdy ma swoje
tematy. A po drugie, jak się ma 17, 18, 19 lat, to jest ciśnienie, żeby tylko
dla imprezy po prostu grać, wszędzie gdzie się tylko da itd. Po prostu, żeby
tylko była impreza. A tak naprawdę, kiedy już – ja mówię za siebie – mijają
lata, no to nie ma aż takiego ciśnienia, żeby po prostu grać ze wszelką cenę
wszędzie przed kimkolwiek gdziekolwiek, dla nikogo itd. Głównie jest taki
problem, że nas jest dużo w zespole, więc jakby zorganizować wypad na koncert
poza powiat oświęcimski to są koszty itd. Choć może troszkę nas rozpieściła tutaj
publiczność lokalna, że na wszystkich koncertach w okolicy zawsze mieliśmy
full. A dobrze zdajemy sobie sprawę, że jadąc gdziekolwiek dalej będzie nam
trudno, po pierwsze dostać jakąkolwiek sensowną propozycję za granie koncertu,
mówiąc o kwestiach finansowo-organizacyjnych, bo to się wiąże z tym, że tak
naprawdę poza naszym powiatem niewiele osób jesteśmy w stanie, czy może byliśmy
w stanie, zgromadzić, bo – mam nadzieję – że jakoś ta płyta czy teledyski teraz
wydane tą sprawę, chociażby po trochu, pomogą powoli zmienić.
K: Ja też myślę, że w ogóle brak nagrań
zespołu też…
B: Tak, tak.
K: Do pewnego momentu to było spoko, bo
powiedzmy Arka Taty Marka, tak jak Marek tutaj wspomniał, i potem Bizony,
lokalnie nigdy nie mieliśmy problemów, ale to tu też nas rozpieściło i jakoś
zawsze temat tego nagrania… zawsze coś gdzieś. Nawet kiedyś po drodze coś tam
nagraliśmy w jakimś studiu w Katowicach dawno temu, ale nie byliśmy z tego
zadowoleni i generalnie wszystko, co zespól miał to były jakieś proste nagrywki
z koncertów i to też utrudniało promowanie. Tak więc do kupy, jak to wszystko
zebrać, no to…
M: Ale też trzeba przyznać, że chyba
głównym powodem tego wszystkiego jest to, że jesteśmy – tak szczerze mówiąc – chyba
strasznie niezdarni organizacyjnie. Jeden ma piłkę, gra w piłkę, więc ma w
zasadzie weekendy, treningi i wszystko pozajmowane. Drugi robi zdjęcia i też
jeździ ciągle gdzieś na wyjazdy. Każdy ma jakąś tam robotę.
K: Aneta jeszcze studiuje, żeby było śmiesznie.
M: I tak naprawdę, ciężko znaleźć taką
na maksa spinę motywacyjną , żeby… Ale też nas jest ośmioro, więc… jak się gra
w trzech to łatwiej się zdyscyplinować. I też nie mieliśmy, tak szczerze
mówiąc, nigdy ciśnienia na jakieś zaistnienie, jakiś sukces, na jakąś tam sławę.
Wiesz, o co chodzi.
Wspomniałeś, że jeden
gra w piłkę, ktoś studiuje, a czy ktoś jest związany zawodowo z muzyką? Może
jest nauczycielem muzyki, może gra w jakiejś orkiestrze?
B: Z WF-u nauczyciel nie mógłby być?
Mógłby, ale…
M: W tej chwili nie. Nasz były
perkusista, który gra z nami przez cały czas, faktycznie jest związany z
muzyką, jest po studiach muzycznych? Nie, nie po studiach. Po wyższej szkole
muzycznej. Uczy w szkole, uczy grać na instrumentach, w zasadzie żyje z muzyki,
można powiedzieć, tylko i wyłącznie. No, ale też w pewnym momencie, nie tak
dawno – 3 lata temu, odszedł gitarzysta, odszedł perkusista, bo założyli zespół
weselny. Nie mieli czasu, no i też ten rozpierdol organizacyjny, to że nic nam
się ciągle nie udawało zmontować tak naprawdę i się zebrać jakoś mocniej, to
spowodowało to, że postanowili pójść w stronę zarobkową.
K: A ja tam skończyłem też jakąś szkołę
muzyczną, już starszym będąc, ale od tego czasu to mnie Marek opierdziela, że
słabo gram. Nie wiem, czy to poczytać sobie za sukces, czy nie.
Jak długo powstawał
materiał na waszą płytę? Dojrzewał, dojrzewał, aż w końcu weszliście do studia
i po prostu nagraliście, czy tam dłubaliście w tym studiu noce i dnie?
M: W samym studiu praca była
błyskawiczna niemalże, bo jak na taki duży skład…
K: I jeszcze skład bez doświadczenia,
ponieważ większość z nas nie miała doświadczenia w studio, a płytę „huknęliśmy”
w 10-12 dni w sumie. Wszystkie ślady.
M: Praca w studiu była błyskawiczna. Wątpliwość
była związana z tym, że tak, jak właśnie pytasz, ten materiał w zasadzie jest
przeglądem całego naszego grania od początku. Są kawałki, tak jak np. „Pogoda”
(czyli kawałek, w którym na teledysku kopiemy piłkę) czy „Jamajka”, które
powstawały jeszcze, kiedy dłubałem z Krzyśkiem w naszym pokoju.
K: A „Kiełbasy”?
M: Nie, „Kiełbasy” później. To już jest
piosenka żonatego mężczyzny.
K: No generalnie na tej płycie masz,
można powiedzieć, przekrój 10 lat. Tak naprawdę. Bo są tam też kawałki takie,
które w sumie jakoś przed studiem powstawały. W ogóle przed wejściem do studia,
trzeba powiedzieć, zespół naprawdę dużo pracował.
M: Ale w zasadzie, w ciągu roku przed
studiem powstała tylko „Jawka”. To sobie wyobraź, że na rok czasu przed
wejściem do studia powstał tylko jeden kawałek. Takim jesteśmy płodnym
zespołem.
K: Bo to też tak trochę może Maro
trywializuje, bo jednak pracowaliśmy nad aranżami tych numerów przed nagraniem
tych numerów, przed nagraniem płyty rok było takiej ostrej pracy, w sensie
takim, że i nagrywaliśmy to na próbach, obsługiwaliśmy, chłopaki z Vespy tego
słuchali, też były jakieś tam sugestie, więc generalnie była praca, tylko może
trochę inaczej na to patrzymy. No, bo dla Marka często, wydaje mi się, proces
pisania kawałka to ty masz napisanie tekst i melodię.
M: Nie, ja mówię materiał, czyli tą
bazę.
K: No właśnie, a dla nas to jest dopiero
baza i my potem z tym siedzimy i dłubiemy długo.
M: To trzeba tak powiedzieć, że ten
materiał, jako materiał powstawał od 10 lat i to w zasadzie bardziej w tym
pierwszym okresie, a aranże zostały zrobione już niemalże na przestrzeni 1,5
roku przed studiem, kiedy przyszedł do nas obecny gitarzysta Marcin „Bocian”,
obecny perkusista – „Rożek”, basista nowy – brat Bartka, trąbki.
K: Właśnie, bo to też temu na pewno tyle
zajmowało to wszystko. Pomyśl, no że zawsze, jak zmienia ci się człowiek z
zespołu, to trzeba z nim ten materiał od początku zrobić, a u nas naprawdę tych
ludzi się przewinęło.
Część utworów na płycie
jest jeszcze z czasów Arki Taty Marka, prawda?
K i M: Tak, tak.
Bodajże „Pogoda”,
„Pomidory”.
K: „Pogoda”, „Pomidory”, „Jawka”.
M: „Jamajka”, „King of Ska”.
A macie w zespole
podział obowiązków? Jedna osoba pisze teksty, inna tylko muzykę, czy jest
proces twórczy, wszyscy siedzicie razem i tu jedna osoba coś podpowie, tam
jakaś inna?
K: Czołowym twórcą jest tutaj Marek, szczególnie,
jeśli mówimy o tych utworach nieinstrumentalnych, no bo jednak bazę do tych
numerów bardzo często generuje Marek. Tekst jest zawsze jego i dość często też
jest tak, że to on przynosi tę linię melodyczną, a my już potem tylko bawimy
się w aranże itd. Ale też ostatnimi czasy jest tak, że czasami to my
wygenerujemy Markowi jakąś melodyjkę, a on sobie do tego daje tekst i po prostu
tak to powstaje. Tak ostatnio powstał np. kawałek „Kredyty”.
M: Ale jego nie ma na płycie.
K: Dokładnie, bo to już powstało jakoś…
nie zmieścił się, o.
A dlaczego
zdecydowaliście się wydać płytę własnym sumptem? Próbowaliście zainteresować
tym materiałem jakieś wydawnictwo, czy od razu była decyzja „wydajemy sami” i
tyle?
K: Wiesz co, próbowaliśmy, ale po
przemyśleniu wszystkich za i przeciw, po zasięgnięciu też trochę języka u
starszych kolegów, i to nie tylko z branży, z nurtu ska, stwierdziliśmy,
że…
M: Mogliśmy to oddać, bo mieliśmy
propozycję od jednej takiej niszowej wytwórni, żeby oddać to im do wydania, ale
stwierdziliśmy, że w zasadzie i tak nic z tego nie będziemy mieli, a poza tym
nawet jeszcze stracimy nad tym kontrolę, a ta wytwórnia w sumie to niewiele
więcej pewnie mogłaby nam zaproponować niż my sami jesteśmy w stanie zrobić.
A próbowaliście uderzać
do jakiejś zagranicznej wytwórni?
K: Owszem.
M: Do Bucketa.
K: W sumie to tym pytaniem to mi
przypomniałeś, że zapomnieliśmy się do niego odezwać po wydaniu płyty. Nie
wiem, czy ten temat ci tu rozwijać nawet, czy nie.
Jak najbardziej.
K: Bo wysłaliśmy demo rzeczywiście do
Bucketa z Toastersów, no i w sumie to chyba mogę powiedzieć, że się podjarał i
prosił, żebyśmy mu przysłali gotowy materiał. A my tego nie zrobiliśmy… ale
będziemy kuli temat.
M: To jest przykład naszej sprawności organizacyjnej.
K: Wiesz, Bucket z Toastersów, którym ja
się jaram całe życie, mówi mi, że spoko i że chętnie to popromuje w Europie, a
my sobie o tym przypominamy, jak ty się nas o to pytasz. Pół roku po fakcie.
M: Tak że, jakby był jakiś fajny
menadżer, który by chciał spróbować...
K: Dokładnie. To my go kochamy i
potrzebujemy.
Niedługo The Toasters
będą w Polsce, więc będzie okazja. 15 kwietnia w Warszawie, a dzień później w
Krakowie.
M: Przypuszczalnie ten menadżer popełni
samobójstwo po 2 miesiącach współpracy z nami, kiedy na przykład okaże się, że
zaklepanych było 5 terminów koncertów i na żadnym nie mamy czasu zagrać.
Wrócę jeszcze do zagranicznych
wytwórni. Często te wytwórnie wydają różne kompilacje. W zeszłym roku, np.
utwór Las Melinas znalazł się na „Skannibal Party vol. 11” wydanym przez Mad
Butcher Records. Niedawno wytwórnia Rocking Records szukała chętnych kapel
grających early reggae. Naprawdę to dobra forma promocji.
M: Powiem ci dwie rzeczy. Pierwsza to
taka, że my ten materiał mieliśmy chyba już przez pół roku i nie potrafiliśmy w
ogóle wiele z nim zrobić.
K: Pół roku zajęły nam prace wydawnicze.
Ale wydawaliście sami,
więc to już jest jakieś usprawiedliwienie.
M: Tak naprawdę to, co zrobiliśmy można
było zrobić w 1,5 miesiąca, jak byśmy mieli po 18 lat i spinkę na to, żeby to
jak najszybciej poukładać.
K: Dokładnie.
M: To by to zajęło 1,5 miesiąca. Nam to
zajęło pół roku, bo tak naprawdę – tak, jak mówię - nikt się nie poczuwał,
nikomu tak do końcu nie chciało się w to na maksa zaangażować.
Generalnie, już
zostawiając wątek wydawnictw, większości (właściwie to prawie wszystkim)
znanych mi ludzi, niekoniecznie słuchających na co dzień ska, wasza płyta
bardzo się podoba. Jest jednak pewna rzecz, do której sporo osób się
przyczepia. Zgadnijcie, do czego konkretnie.
K: Zbyt, nie wiem, taka delikatna?
Nie. Chodzi o teksty, że
są głupie, niepoważne. Dla mnie akurat to jest plus, że jakaś kapela ska
wychodzi poza pewien liryczny kanon. Wy śpiewacie np. o kiełbasie. Dla mnie to
jest plus, dla innych niekoniecznie.
M: No wiesz co, mówię cały czas za
siebie, ja nigdy nie miałem ciśnienia na to, żeby być zaakceptowanym przez
jakąkolwiek scenę, środowisko.
K: My po prostu chyba tacy trochę
jesteśmy.
M: No właśnie. Na przekór, wiesz.
K: Ja nie wiem, czy to jest, że robimy
na przekór. Mnie się wydaje, że po prostu ta płyta nas oddaje. No my tacy
jesteśmy trochę. Marek ma taki, a nie inny dystans do życia i stąd pewnie
takie, a nie inne te teksty. Ja na przykład długo miałem takie rozterki, bo ja
mam jakby troszkę inne inspiracje muzyczne niż tutaj Marek, Krzysiek. No summa
summarum to zawsze rozbija się o ta Jamajkę, ale gdzieś tam w detalu jest coś
innego. Ja też przez pewien czas miałem z tym problem, z tą warstwą tekstową,
ale summa summarum to jesteśmy my. To jest naprawdę szczere. Myślę, że możemy
tak śmiało powiedzieć. Te teksty to są w większości prawdziwe przeżycia Marka,
chyba wszystkie. Te teksty są jakimś punktem zapalnym, były wydarzeniem w życiu
Mara, a to, że on ubiera to w takie, a nie inne słowa to już jest detal.
Wspomniałeś o
inspiracjach. Duży jest przekrój waszych inspiracji? Powiedziałeś, że głównie
rozbijają się o Jamajkę, ale pewnie słuchacie też innych rzeczy.
K: Oj tak.
Zabrzmiało groźnie.
K: Znaczy wiesz, groźnie. No bo o tyle,
o ile ja mógłbym o sobie powiedzieć 5-10 lat temu, 10 bardziej, że słucham
rzeczywiście ska i słucham punk rocka, bo tak miałem wtedy, to teraz kocham
muzykę jako taką i po prostu szukam rzeczy świeżych, i czy to jest elektronika
w tym momencie, czy to jest jazz, czy ciągnie mnie gdzieś w stronę folku, to
dla mnie nie ma znaczenia. Jeśli to jest dobra nuta to ja jej słucham, jeżeli
mnie inspiruje to jej słucham. Jeżeli jest słaba to może to być równie dobrze
ska, co punk rock czy hip-hop. Po prostu ja o tym zapomnę.
A reszta?
K: Jeśli mógłbym dodać za tych, których
nie ma, bo ci, którzy są pewnie zaraz sami będą się bronić, to wydaje mi się,
że mamy to szczęście, że generalnie jesteśmy dość otwartymi muzycznie głowami. Bo
u nas naprawdę przekrój tych inspiracji, jakbyś to wypisał, to byś zrobił
encyklopedię muzyki rozrywkowej.
M: Ale właśnie ja się nie zgodzę z Kubą.
Wiesz dlaczego? Bo graliśmy w zespole na początku, tak jak była Arka Taty Marka
i wiesz, że tam właśnie tak było. Byli ludzie z bajki rock’n’roll i jakieś
takie te, i oni tak naprawdę grali z nami ska w ogóle tej muzyki nie słuchając.
A w tej chwili…
K: Ok, ale zawsze trzonem jest Jamajka.
M: Wszyscy z nas, każdy w zasadzie
niemal, jest mocno utopiony w muzyce reggae, ska, ska-jazz, ale naprawdę możemy
powiedzieć, że dopiero teraz, w tym momencie 100% składu jest naprawdę ludzi,
którzy…
K: Chcą grać ska.
M: I którzy słuchają ska na co dzień.
K: Tak, ale nie tylko ska. Gdybyś chciał jakieś konkretne
inspiracje to dla mnie na przykład megamistrzem i gościem, który zawsze mnie
inspirował i będzie inspirował jest Tim Armstrong (amerykański gitarzysta i
wokalista, współzałożyciel zespołu Rancid, założyciel wytwórni Hellcat Records,
jego ostatni projekt to Tim Timebomb – przyp. R).
M: Kuba, ty jesteś w sumie taki trochę dalej wysunięty z
tym wszystkim.
K: Właśnie, dokładnie.
M: A cała reszta, wiesz. Ja myślę, że każdy gdzieś jest
zafascynowany muzyką reggae. Mniej lub bardziej.
K: Ja na przykład najmniej.
M: A Kuba najmniej. Dlatego mówię, że Kuba jest jakby
trochę wysunięty, dlatego że jeśli chodzi o otwartość u innych, to ona nie jest
taka duża. Ta otwartość nie jest taka duża, bo raczej nikt na co dzień nie
słucha, tak na maksa, jakiegoś rock’n’rolla czy tam coś.
K: Ja ci powiem tak, ja zaczynałem od ciężkiego grania, ale
szybko ukierunkowałem się na daną muzykę i to była akurat muzyka… faktycznie
zacząłem od muzyki reggae i jakoś gdzieś tam to ewoluowało, coraz głębiej
drążyłem ten temat i skończyło się po prostu na typowym „deepie”, typowo
rootsowej muzyce. No i tak zostało, ale nie mówię, dość często, codziennie
praktycznie słucham sobie kawałków naprawdę starych – czy Franka Sinatry, czy…
M: Paweł słucha jazzu.
K: Też mi się zdarza często słuchać. Stara muzyka, tak lata
60. do 80., taką muzykę.
B: Ja też na przykład uwielbiam takie klimaty.
M: Tak, tylko że bardzo często w zespołach jest tak, że z
tych 6 ludzi, którzy grają w jakimś tam gatunku, to tak naprawdę 3 jest z
bajki, 3 jest zupełnie nie z bajki.
K: Dokładnie. To u nas tego nie ma. U nas wszyscy kochają
ska, kochają rocksteady.
M: U nas wszyscy generalnie, można powiedzieć, wychodzą od
muzyki jamajskiej. Wszyscy wychodzą z muzyki jamajskiej, w różne strony.
K: Część z nas ma dużo szersze horyzonty niż tylko roots.
M: Chociaż, ja bym chciał dodać, że ja na przykład swojego
czasu słuchałem i gdzieś tam ciągle mam jakiś sentyment, bardzo mocno lubię
muzykę street punkową, oi!-ową. Zresztą Krzysiek, mój brat, również. Gdzieś tam
pozostały te pierwociny, choćby pod względem tekstowym i jakby takiego nie
klimatu nawet, nie chodzi o stylistykę, o takiego ducha gdzieś tam tego
wszystkiego. (śmiech) Uważam, że to tam ciągle jest, gdzieś tam.
Wasza, tak jak mówicie, „muzyczna
schizofrenia” jest dla mnie plusem, ale słychać, że macie jakieś wspólne
korzenie, muzyczne zainteresowania, a przede wszystkim, że lubicie to, co
robicie. Taki mały, ale istotny szczegół.
B: Tak, ale wydaje mi się też, że my na
tyle teraz zgrywaliśmy się i zgraliśmy się, to jak się tą muzyką bawiliśmy, jak
to ewoluowało przez dłuższy okres czasu, to wydaje mi się, że teraz jest nam
zdecydowanie łatwiej połączyć i łączymy to w tym momencie – elementy jazzu ze
ska, no bo to, że tak powiem, pasuje jak pięść do gęby.
K: Wydaje mi się, że po prostu gdybyś
usłyszał te nowe kawałki, które się dzieją, to są już takie troszkę nowe
kawałki, troszkę inne. Może nie w klimacie, bo klimat jest ten sam, ale
generalnie…
M: Ja spuentuję to tak, że jak spotykamy
się na imprezach, a spotykamy się, jak to rodzina, bardzo często, to w zasadzie
ktokolwiek cokolwiek nie puści to najczęściej się wszystkim podoba, więc to
chyba jest wyznacznik tego, że raczej wszyscy żyjemy w tej samej mniej więcej
bajce.
K: Dokładnie.
M: Czasem Kuba jest skreślany, bo tam
coś wymyśli, jakąś nowość ze świata, no i się nie przyjmie, ale generalnie…
K: Jak Mara nie ma na salce i sobie coś
puszczamy nawzajem to wszystko wszystkim „siada”. (śmiech)
A czy są artyści, z
którymi chcielibyście kiedyś współpracować, nagrać coś, może zagrać na jednej
scenie?
K: Tim Armstrong. Ja ze Stonesami bym
chciał. I o Beatlesach też myślimy! (śmiech) Wiesz co, my możemy uchylić rąbka
tajemnicy, tak bardziej przyziemnie, ale dla mnie to jest naprawdę
megawspaniały artysta, chociaż w sumie to tutaj w zespole to chyba tylko ja mam
taką „zajkę” na gościa…
M: Że co?
K: Zigi Litvin. Nie wiem, czy słyszałeś
o takim gościu. To jest muzyk, artysta z Krakowa. Będzie remiks naszego
kawałka, więc to z takich najbliższych planów. Możne nie wspólny występ, bo nie
będziemy chyba koncertować razem, natomiast będzie w takiej ciut bardziej
tanecznej wersji remiks naszego kawałka. A na przyszłość? Nie wiem. Ja się
upieram – Tim Armstrong. Chłopaki?
M: Ja szczerze mówiąc nie mam takich
pomysłów. Powiem ci, że jak chodziłem na studia - jeszcze nawet na gitarze nie grałem, znaczy
uczyłem się, gdzieś tam klepałem, jakieś tekściki pierwsze wymyślałem – i
słuchałem Toastersów, to pamiętam jedną imprezę, jeszcze nawet zespołu nie
miałem żadnego, powiedziałem: zagrać kurwa koncert ska i umrzeć przed
Toastersami! No i zagraliśmy przed Toastersami w Rude Boyu (klub w Bielsku-Białej – przyp R),
no ale nie umarłem jeszcze, na razie. (śmiech) Chociaż teraz już tak bardzo
Toastersi nie rzucają mną po ziemi.
K: Właśnie, bo jak teraz tak sobie o tym
myślę, to dla mnie tych parę lat wstecz, taki koncert Toastersami, nawet
koncert z chłopakami z Vespy, to po prostu to było, za przeproszeniem, kurwa
mać ja pierdolę. No przecież myśmy byli bajtle jeszcze, no może nie bajtle, ale
młodziaki i chociażby te koncerty to… Ja jeszcze tam miałem przyjemność kiedyś
grać w Bomb The World i tam też supportowaliśmy z Bomb The World parę takich
zespołów, które no dla mnie to byli bohaterzy młodości, więc nie wiem, czy
jakoś tak teraz, nie odbierz tego źle, ale może po prostu… już o tym nie
myślimy.
M: Jak bym mógł to bym chciał zagrać
przed Madnessami.
K: No tak, to na pewno. Dokładnie. Przed
Madnessami to jest ten…
W takim razie Panna
Marzena i Bizony na Heineken Open'er, bo chyba tylko Heineken stać na Madnessów?(zagrali na Heineken Open'er Festival w
Gdyni w 2009 r. – przyp. R.)
K: Piwa, by nie starczyło dla zespołu
naszego. (śmiech)
B: Ale na to też byłoby ich stać.
M: Ja nie wiem, czy bym się odnalazł na
tak dużej scenie.
K: Ja nie mam kabli takich długich. Na
pewno.
W zeszłym roku
nagraliście piłkarski klip do „Pogody”. Jesteście fanami piłki nożnej, sportu?
K: Sportu na pewno. Piłki nożnej to już
tak w detalu, ale tak. Jak najbardziej.
B: To była taka myśl, żeby zrobić po
prostu coś, coś żeby gdzieś zaistnieć w tym internecie jednak, żeby się tam
pokazać.
K: Chcieliśmy się wstrzelić na to Euro.
B: Tak, że coś jest, jakiś event w
Polsce organizowany dość duży, gdzie trafia do kilkunastu milionów ludzi na
świecie, no i tak pomyśleliśmy, że tak będzie łatwiej.
M: Tak à propos to chciałbym ci
uświadomić moje poświęcenie w tym momencie, bo właśnie Arsenal gra z Bayernem
Monachium.
K: Tak naprawdę dla Marka i dla Krzyśka
to na przykład piłka nożna to jest kawał ich życia.
M: Krzychu, mój brat, jest piłkarzem
gdzieś tam na poziomie okręgówki, trenerem, trenerem juniorów. Ja też gdzieś
tam się w piłkę bawiłem i nawet byłem dziennikarzem sportowym swego czasu.
Ciągle lubię ligę angielską. (śmiech)
Niedługo kończymy, więc
może jeszcze zobaczysz końcówkę meczu. Nie można się aż tak poświęcać.
(śmiech)
Chciałbym się dowiedzieć
kilku technicznych szczegółów o waszym albumie, np. kto jest odpowiedzialny za
szatą graficzną itd.
B: Takie rzeczy, jak szata graficzna,
projekty robił nasz znajomy.
K: Któremu bardzo chcielibyśmy
podziękować. Bardzo!
B: Podziękować za to, że nam po prostu
pomógł zrobić to i zrobił to naprawdę bezinteresownie. Uznamy, że tak powiem kolokwialnie,
miał po prostu na to zajawkę. Chodzi o SZYMONA KUŚMIERCZYKA. On brał udział też
w kilku takich naprawdę fajnych projektach, plakatach, gdzieś jakieś filmy
tudzież też jakieś okładki na płyty robił wcześniej. Naprawdę wykonał kawał
dobrej roboty. Troszkę to trwało, bo robił to poza czasem swojej pracy, no i
dał nam też po prostu namiary na wytwórnię, gdzie wytłoczą tą płytę, gdzie
wydrukują tą całą okładkę, te digipacki. Pomógł nam bardzo dużo, jeżeli o te
rzeczy chodzi.
A mastering, miksy? Chłopaki
z Vespy, czy wy też tam coś dłubaliście, że się tak wyrażę?
M: Mastering i miksy były robione przez
Darka, który nas nagrywał, jest właścicielem studia, w którym się nagrywaliśmy
i one były robione przez niego, z konsultacjami chłopaków z Vespy. To tak
wyglądało, ale to nie robili chłopcy z Vespy, tylko po prostu robił ten Darek.
K: Kab-Art. Studio.
M: Puszczał im i nam oni jakby swoje
sugestie do tego dodawali.
K: Po konsultacjach też z nami, bo
zawsze tam nam jakieś rzeczy podsyłali, no i była tam rozmowa na ten temat, jak
byśmy chcieli, żeby to miało wyglądać, brzmieć.
Dobrze
wiedzieć, bo gdzieś tam w necie wciąż, jeśli ktoś pisze o waszej płycie, to
przewija się wątek Maćka i Krzaka z Vespy. Do tej pory myślałem, że to właśnie
oni was nagrywali, że oni byli odpowiedzialni za wszystkie techniczne sprawy.
K i
M: Nie, nie.
K: Ale gdybyś w ogóle mógł to wpleść (co
niniejszym czynię – przyp. R), bo naprawdę ten człowiek w tym studiu
robi tak dobrą robotę w kwestii nagrywania… bo ja akurat miałem tam przyjemność
nagrywać wcześniej 2 czy 3 płyty, więc jakieś doświadczenie z tym mam. Po
prostu warunki pracy, jakie nam ten człowiek zapewnił, jego cierpliwość, w
ogóle to studio. Jesteśmy mu megawdzięczni, megadobrą robotę wykonał. DAREK
KABACIŃSKI z KAB-ART STUDIO.
M: Tak naprawdę, powiem ci, przy pracy
nad tą płytą, któryś z chłopaków z Vespy był cały czas. Któryś z nich zawsze
był przy tym nagraniu.
K: Oni byli producentami po prostu. Ich
założeniem, na samym starcie, było to, żeby ona była jak najbardziej naturalna.
Zaczęliśmy dość
standardowo, więc i zakończmy w taki sposób. Czy chcielibyście coś jeszcze
powiedzieć czytelnikom?
K: Na pewno chcielibyśmy zachęcić do
sprawdzenia naszego materiału, który jest dostępny na stronie www.pannamarzenaibizony.pl.
Jeżeli komuś wpadnie to w ucho i jeżeli ktoś chciałby docenić nasza pracę to
zachęcamy do kupna płyty, którą – tak, jak wspomniałeś - wydaliśmy własnym
sumptem i w pewnym sensie no jesteśmy z tego dumni. Przynajmniej ja jestem
dumny z zespołu, z chłopaków i chcielibyśmy może powiedzieć młodym zespołom,
które gdzieś coś tam kombinują, że nie ma co narzekać, że w Polsce jest bieda,
bo spokojnie nawet grając taką muzykę, jak u nas, można nagrać płytę.
M: Ja bym chciał jeszcze powiedzieć
takie coś, że jeżeli są ludzie, którym się podoba nasza muza i gdzieś tam coś
działają na scenie czy nie, to bardzo byśmy byli wdzięczni i chętni za to, żeby
nam pomóc gdzieś tam, zaprosić nas na przykład, pomóc zorganizować jakąś
imprezę gdzieś poza rogatkami powiatu oświęcimskiego.
K: Prawo jazdy mamy, dojedziemy.
B: Ja bym chciał dodać, że wszyscy
ludzie, którzy słuchają ska, są na to w jakiś sposób zajawieni, żeby pchali,
ciągnęli tą muzę po całej Polsce, żeby się robiła taka mała rodzina i żebyśmy
mogli sobie wszyscy nawzajem pomagać.
Jak to określili twórcy
filmu „Ska Delight”, połączmy wszystkie ska kropki. Wy jesteście jedną z nich.
Dziękuję bardzo za rozmowę i poświęcony czas.