środa, 20 listopada 2013

14.11.2013 - Éjectés - Katowice

W poprzedniej relacji, pisząc o kapelach często odwiedzających Polskę, nie napisałem o zespole, który mógłby powalczyć z Parasolkami o palmę pierwszeństwa w tej "dziedzinie". I, mam takie wrażenie, wygrałby. Chodzi o francuski Éjectés, znany także jako Les Éjectés, a ostatnimi czasy pod nazwą Steff Tej & Ejectes.

14 listopada zespół po raz kolejny zagrał w Polsce. Pierwszym przystankiem na trasie obejmującej oprócz Polski także Niemcy i Czechy, była Praga. Później zespół udał się do Katowic, następnie wyskoczył na jeden występ do niemieckiego Fürth, by wrócić na 3 koncerty do naszych południowych sąsiadów. Wreszcie, po raz kolejny, zawita do Polski, by zakończyć tour w czeskim Kladnie.   



W Polsce Steff Tej (czyli lider grupy) i spółka, nie licząc czwartkowego koncertu w Katowicach, zagrają także w Warszawie, Toruniu, Gdyni, Lublinie i... po raz drugi w stolicy województwa śląskiego. 

Ejectes na przestrzeni lat zmieniło się i to bardzo. Zmieniał się zarówno skład grupy, jak i jej styl. Wystarczy posłuchać chociażby "Ragga Protest Songs" z 1994 r. i "Gangsta Skanka" z 1997 r. Na ich płytach było i reggae, i ska, i punk rock, i rock, elementy ragga, bluesa, hip-hopu oraz multum innych gatunków. Na koncertówce "Live At Home 73'01" przeczytać można:
La musique des ÉJECTÉS, subtil mélange reggae soul, ska rock, rocksteady hip-hop en fait un groupe unique.    

Na ostatnim albumie, "Dr Rocksteady" z 2012 r., zespół wrócił do jamajszczyzny, oczywiście zagranej po swojemu.




Zespół do tej pory widziałem tylko raz, w 2009 r. na festiwalu Winter Reggae, który odbył się w chorzowskiej hali Kapelusz. Podobnie, jak przy Yellow Umbrella, odwołam się do moich ówczesnych odczuć:
wcześniej nie słyszałem żadnego utworu i nie zachęcili mnie do przesłuchania. Zagrali kilka szlagierów, np. "Monkey Man", "Jimmy Jazz", "Bad Boys" czy "Skinhead Girl", ale ogólnie jakieś dziwne to było.

Po kilku latach jednak przesłuchałem kilka albumów Ejectes, ot tak z ciekawości, nie nastawiając się na jakąś specjalną muzyczną ucztę dla uszu. Są zespoły, które nagrywają bardzo dobre płyty, ale niezbyt dobrze wypadają na żywo, są też takie, które na koncertach wypadają świetnie, za to ich studyjne nagrania - delikatnie mówiąc - nie porywają. Francuzów umieściłbym gdzieś pomiędzy tymi dwiema grupami. Koncerty grają dobre, ale - mimo całej energii, zgrania ze sobą członków zespołu, obycia ze sceną - nie chwytają za serce. Płyt natomiast słucha się dobrze, aczkolwiek jest mnóstwo zespołów, które grają ciekawiej. 



Wrócę jednak do koncertu w Rajzefiber. Katowickiego klubu, usytuowanego w centrum miasta, niemalże vis-à-vis Galerii Katowickiej, którego ambicją jest rozwiązanie weekendowych problemów jakże licznej nieco starszej "młodzieży", która nierzadko staje przed dylematem "gdzie by tu iść w tych Katowicach". W Rajzefiber byłem pierwszy raz, więc nie wiem, czy rzeczywiście chadza tam ta starsza młodzież, wiem jednak, że wystrój (podobno to dzieło człowieka odpowiedzialnego także za nowy wystrój chorzowskiego Zanzibaru) i klimat zachęcają do kolejnych odwiedzin. 

Gdy wszedłem na piętro (klub znajduje się w kamienicy, prowizoryczna szatnia jest przy wejściu do budynku) w głównej sali, nazwijmy ją koncertową, było już sporo ludzi. Jednak, poza kilkoma wyjątkami, nie są to bywalcy ska gigów. Większość, takie przynajmniej mam wrażenie, była związana w jakiś sposób z katowickim oddziałem Alliance Française, który był (współ)organizatorem koncertu. AF jest także odpowiedzialny za występy Ejectes w Lublinie i Toruniu (Warszawy i Gdyni nie jestem pewien). Część tych ludzi (wyelegantowana, a jakże) siedziała sobie przy stolikach popijając wino - idę o zakład, że w życiu nie słyszała o Ejectes. Od razu przypomniał mi się koncert New York Ska-Jazz Ensemble na Róże Jazz Festival w Zielonej Górze (swoją drogą, wczoraj przeglądałem zdjęcia z tego pierwszorzędnego wyjazdu).

Ejectes, tym razem w czteroosobowym składzie, zaczęli ok. 20:15. Na pierwszy ogień poszło "Raggacronyme" i "Jalmince", później m.in. "Dr Rocksteady", "Les Ramones & les Heptones", "Jamaïcan Stylee" i "Punk rocker". Nie zabrakło coverów, oprócz "Monkey Man" The Maytals, publiczność usłyszała także "Les Copains d'abord" Georgesa Brassensa, "Skinhead Girl" Symaripa i "Rudy, A Message to You" Dandy'ego Livingstone'a. Poniżej cała setlista, aczkolwiek, kolejność raczej nie była dokładnie taka sama, a jakich dokładnie dokonano zmian, to już wie chyba tylko Steff Tej. 


Z klubu wychodziłem ok. 21:15 (wiadomo, arbeit macht frei), akurat zespół grał "Rudy'ego". Początkowo naprawdę ciężko było ten utwór rozpoznać, nawet gdy słyszało się go setki razy w różnych wykonaniach. Być może to zasługa harmonijki ustnej (a właściwie harmonijek, bo Steff miał ich kilka), nader często używanej przez lidera grupy. Fanem harmonijki (podobnie, jak melodyki używanej przez Brylewskiego) w reggae czy ska nie jestem, jednak w przypadku Ejectes dobrze brzmiała z resztą instrumentów. Nadawała utworom nietypowego charakteru, jeśli była używana także w nagraniach studyjnych, to nie zwróciłem na to ani razu uwagi.  

Prawie 10 lat temu na tzw. deplach (pamięta ktoś jeszcze tamte czasy?) ludzie po powrocie z koncertu Ejectes pisali, że spodziewali się reggae lub ragga, a dostali ska-punk. Ja w zeszłym tygodniu nastawiałem się na ska (albo coś skapodobnego), a dostałem... rocka. Tak jest, rocka - z elementami reggae i ska. Skankowe utwory (a zwłaszcza "Monkey Man" Tootsa), i to nawet z harmonijką, były naprawdę dobre, ale całość... Mnie się to nie podobało, nie tego się spodziewałem. Do tańca to nie zachęciło, ewentualnie do delikatnego poruszania nogą. 

Zapewne w innym towarzystwie ("z klimatu" - tak to określmy) atmosfera byłaby inna. Mimo wszystko, pewnie za kilka lat znowu pójdę na koncert Ejectes, chociażby po to, by pomarudzić.  

Z zaufanego źródła wiem, że koncert skończył się przed 23. Ok. 22 zespół zrobił sobie przerwę na zwilżenie gardeł, by potem znowu zagrać, a nawet bisować.    



Zdjęcia autorstwa Przemysława Grzesiaka. Dostępne także TUTAJ.



























Relację można przeczytać także na

wtorek, 12 listopada 2013

9.11.2013 - Yellow Umbrella - Tychy

Do Polski nie przyjeżdża zbyt wiele zespołów grających ska, a jeśli już zdarzy im się zahaczyć o nasz kraj przy okazji europejskich tras, to rzadko wracają (mniejsza o powody, bo nie o tym tekst). Z zespołów z odleglejszych stron dość regularnie nasz kraj odwiedzał zespół The Toasters, a właściwie "Bucket" Hingley z towarzyszącymi muzykami (skład nie raz i nie dwa był odświeżany). Z bliższych rejonów Polskę często odwiedza niemiecki zespół Yellow Umbrella.


Yellow Umbrella (przez polskich fanów zespół określany jest po prostu mianem Parasolki) pochodzi z Drezna, powstał w 1994 r. Na przestrzeni lat skład zmieniał się kilka razy, jednak frontmanem zawsze był grający na klawiszach wokalista Jens Strohschnieder. Oprócz niego obecnie w Yellow Umbrella grają Harald P. Bohner (gitara, chórki), Gero Dumrath (perkusja, chórki), Jürgen Kalkschies (bas), Bernard Lanis (saksofon tenorowy i sopranowy), Jan Kalb (saksofon altowy, trąbka) oraz Thomas Hellmich (puzon).


Sentyment Parasolek do Polski potwierdzają nie tylko liczne koncerty (grali m.in. w Warszawie, Bielawie, Sosnowcu, Krakowie, Wrocławiu i Tychach), ale też płyty "Little Planet" i "A Thousand Faces", których współwydawcą była polska Agencja Koncertowo-Wydawniczą Karrot Kommando. Dodajmy do tego featuringi Vavamuffin i Rastucha z Paprika Korps na "Same Same - But Different", znalezienie się piosenki YU na kompilacji "Złota Karrota" wspomnianego Karrot Kommando oraz teledysk do "Oh Girl (Boooo's Song)" autorstwa Łukasza Rusinka.




Można więc założyć, że członkowie Yellow Umbrella lubią Polskę, co podobno potwierdzają w wywiadach. A polscy słuchacze lubią muzykę Yellow Umbrella. Dało się to zobaczyć w trakcie najnowszej trasy zespołu, w czasie której zawitali do Wrocławia i Tychów (koncert w Krakowie niestety musiał zostać odwołany).



W sobotni wieczór Parasolki po raz trzeci odwiedzili tyski Kloster Pub. Wcześniej grali w nim 4 kwietnia 2009 r. oraz w 2002 r. Miałem przyjemność być na koncercie przed czterema laty, wtedy też byłem po raz pierwszy na ich klubowym koncercie (festiwalowego open aira nie liczyłem). Po powrocie z Tychów napisałem na forum rudemaker.pl:

To był mój pierwszy koncert Parasolek, ale na pewno nie ostatni, bo zagrali świetnie.

Tak się złożyło, że na ten następny koncert przyszło mi czekać nieco ponad 4,5 roku. Zespół, z dyskografią bogatszą o kilka krążków, wciąż prezentuje się wyśmienicie. Wciąż daje długie, solidne i - przede wszystkim - zróżnicowane stylistycznie koncerty, bo ska i reggae (którego miejscami było trochę za dużo) to nie wszystko. Zespół do jamajszczyzny dodaje rytmy rodem z Bałkanów (przez chwilę - za sprawą fragmentu podobnego do tej piosenki - czułem się, jak na koncercie Emira Kusturicy) czy rytmy, których nie powstydziłby się festiwal Warszawa Singera lub Szalom na Szerokiej. Jednym zdaniem: energetyczna, wybuchowa mieszanka kulturowa! I te solówki na klawiszach! Bez wątpienia godne Rogera Rivasa, o tak.    

Na sobotnim koncercie Parasolki zagrały co nieco bodajże z każdej płyty, koncentrując się na dwóch ostatnich albumach (mniej więcej 1/3 setlisty pochodziła własnie z "A Thousand Faces" i "Little Planet"). Ja jednak czekałem na stare hity, ot choćby "Waitin' In Cairo", "Josephine" czy "Big Promises". Tego ostatniego, niestety, się nie doczekałem. A szkoda, bo to od niego - jeśli mnie pamięć nie myli -zaczęła się moja przygoda z Yellow Umbrella. Ciekawscy mogą poniżej zobaczyć całą sobotnią setlistę.


Yellow Umbrella Setlist Kloster Pub, Tychy, Poland 2013   

W 2009 r. napisałem:
Jeśli chodzi o Kloster Pub to mile się zaskoczyłem. Całkiem przyjemny klub, Warka lana po 5,50 zł. Co prawda scena/parkiet mogłyby być większe, ale i tak źle nie było. 
Trochę zdziwił mnie widok ludzi siedzących przy stolikach, wyglądali jakby przyszli po prostu do knajpy i średnio ich obchodziło, że jest jakiś koncert. Potem się rozkręcili, zwłaszcza pewna (chyba) matka z córką. Publika, która przyszła na koncert, zdecydowanie młodsza niż ta "stolikowa", potrafiła się zachować (czyt. nie pogowała). No może poza dwiema lub trzema osobami.
W sobotę przeżyłem niemalże déjà vu, bo było toczka w toczkę, jak 4 lata temu, to znaczy "stolikowe" towarzystwo w średnim wieku po lewej stronie (gdybym był hazardzistą to założyłbym się, że przynajmniej jego część była także wtedy na koncercie), na parkiecie ludzie w wieku niestolikowym, tańczący i bawiący się, jak Pan Bóg przykazał. Nawet cena piwa przy barze się nie zmieniła.    

Trochę rozbawił mnie tekst barmanki do - zdaje się - stałego bywalca klubu:

A ty znasz ten zespół, co gra?


Dżentelmen ów zespołu nie znał, co tym bardziej należy pochwalić, wszak niewiele już jest osób, które przyjdą (i zapłacą za wstęp) na koncert ska nawet nie znając grającego zespołu.

Jeszcze à propos tekstów barmanek:
niedługo piwo się skończy, więc lepiej weź na zapas
rzekła do któregoś z kolejkowiczów jedna z nich. Dobry marketing, jak wiadomo, jest podstawą sukcesu. 

Do tej pory nie namierzyłem żadnych zdjęć i filmików z sobotniego gigu, więc na pocieszenie filmiki z 2009 r. 







Tychy reklamują się hasłem "Dobre Miejsce". Potwierdzam, jest to dobre miejsce, także na koncerty ska.

Relację można przeczytać także na



AKTUALIZACJA - 13.11.2013
Poniżej zdjęcia autorstwa Przemysława Grzesiaka. Można je także obejrzeć TUTAJ. Dzięki!























niedziela, 10 listopada 2013

WYWIAD: Bobby Sixkiller (Francja)

Zapraszam do przeczytania kolejnego, już trzeciego, wywiadu z pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine". Tym razem z reprezentantami NCY Soul City Rockers, czyli zespołem BOBBY SIXKILLER. Na pytania FJ odpowiadał Boris, basista kapeli. 

Na początek, stuprocentowy standard – jak się zaczęła wasza historia i jak na obecną chwilę wygląda skład?

Wszystko zaczęło się w 2008 r., od czterech muzyków. Parę miesięcy później było nas pięciu. Skład się nie zmienił. Więc tak: Mick na gitarze i wokalu, Ben na klawiszach oraz chórki, Laurent - druga gitara i chórki, potem Gui na perkusji, no i ja – Boris, na basie. No, a od zeszłego roku mamy swoich handlarzy, Vala i Cimera.




Jako że ska nie jest szczególnie eksponowane w mediach, to co robicie poza graniem muzyki?

Oczywiście, muzyka nie jest czymś z czego żyjemy. Wszyscy skończyliśmy albo kończymy studia, więc pracujemy albo jesteśmy bezrobotni. Generalnie zależy od chwili, tylko jeden z nas ma stałą pracę. Nie jest to najlepsza sytuacja, gdyż ciężko skrzyknąć wszystkich w jednym momencie, to czy uda się koncert, pojedzie w trasę, czy też wejdzie do studia. Nie możesz prosić o wakacje, gdy jesteś podpisany pod kontraktem.

Jakie są wasze inspiracje? Czy można uznać amerykańskich Untouchables za jeden z "tych" zespołów? Mam na myśli to, że byli jednymi z pierwszych łączących soul ze ska. 

Naturalnie, wiele rzeczy nas inspiruje. Jesteśmy piątką ludzi i każdy z nas słucha trochę innej muzyki. Jedynie okres lat 60. i 70. nas łączy. Untouchables są zajebiści, ale jeśli mielibyśmy wybrać jedną kapelę ze Stanów, to myślę, że byliby to The Aggrolites. Myślę, że za wszystkich mogę powiedzieć: głównie jamajszczyzna do lat 70., 2-tone, Motown i wykonawcy związani z ruchem northern soulowym w Anglii, pierwszy funk, trochę surfu...



Na waszej stronie – www.bobbysixkiller.fr – można ściągnąć wasz album „Lonely Road”, epkę i split z Branlarians. Jak wszyscy wiedzą, to początki są trudne, a już szczególnie te z nagrywaniem materiału (studio, pieniądze itd.). Skąd więc, biorąc pod uwagę koszt i trudności z tym związane, wziął się pomysł na podzielenie się swoją twórczością?

Tak, to prawda, że ciężko dzisiaj cokolwiek wydać. Epka i split są już wyprzedane (może coś jeszcze znajdziesz w jakichś sklepach wysyłkowych), więc było to dość oczywiste, żeby je udostępnić w internecie. A jeśli idzie o LP, to czekaliśmy rok (swoją drogą, jeszcze nie jest wyprzedany, brać póki jest!). Wiesz co, my ściągamy muzykę jak każdy, nie jesteśmy na tyle bogaci, żeby kupić wszystko, co nam się podoba. Nie mam pewności, czy to wpływa na sprzedaż płyt takich nie utrzymujących się z grania kapel. Czasem kupuję płyty, które już mam w postaci mp3, ponieważ mi się podobają i chcę wesprzeć ten zespół. Myślę, że wielu robi podobnie. Albo nie, już wiem! Chodzi o to, żeby nasza muzyka dotarła do jak największej grupy ludzi.


free download

Kto was słucha we Francji? Macie jakiś "target"?

Nie mamy specjalnie wytypowanych słuchaczy. Wielu różniących się od siebie ludzi lubi naszą muzykę, i dobrze. Biorąc pod uwagę to, co gramy, to często widzimy skinów, modsów, pankowców, rude boys.... Tylko gnoje nie są mile widziani (faszyści i ich kumple), ale nie mieliśmy nigdy z nimi problemów.


Graliście na francuskich festiwalach Spirit of 69 i Dance Ska La. Co możecie o nich powiedzieć? Jakie wrażenia? 

Graliśmy na Dance Ska La po raz drugi, trzy lata po pierwszej okazji, ale tym razem na głównej scenie, i było całkiem spoko. Te dwa festiwale są naprawdę świetne i pozwalają zobaczyć kapele, które nie są często obecne we Francji. Ale to dość daleko od Polski (nie dość, że na zachód, to jeszcze na południe). W zasadzie są to największe tego typu festiwale w kraju. Francja to nie najlepszy grunt pod ska i reggae, większe sceny są w Niemczech czy Hiszpanii.

Mieliście też okazję grać z dobrze znanymi wykonawcami (m.in. Mr. Symarip, The Upsessions, Moon Invaders, 8°6 Crew). Który koncert uważacie za najlepszy albo który zostanie najdłużej w waszej pamięci?

Nie uważam, że mamy jakieś zajebiste koncerty, ale najlepsze są te w małych i brudnych miejscach, w których jesteś w naprawdę dobrym kontakcie z widownią. Lubimy większe sceny, gdyż jest tam lepsza jakość dźwięku i światła, ale nie jest się tam wtedy tak blisko publiki. No i to zawsze przyjemność, gdy gra się z kimś dobrze znanym i lubianym. Nasz pierwszy koncert był z 8°6 Crew i od tamtej pory od czasu do czasu się spotykamy. Się zakumplowaliśmy po prostu. Myślę więc, że najlepszy jest ten pierwszy, o ile się tego naprawdę chce.

Co możecie powiedzieć o francuskiej scenie? Możesz zarekomendować jakieś mniej znane francuskie kapele?

Mamy kilka naprawdę dobrych zespołów, takich jak wcześniej wspomniane 8°6 Crew, czy też Two Tone Club, Moon Hop. A z młodszych stażem to warto poznać 65 mines street, The Branlarians, The Groovin’ Jailers z północy, The Sarah Connors (Paryż), The Run (też stolica), Old Dodge Fellows (Lille). Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem!

free download


Mieliście propozycje, żeby grać "za wodą" albo bardziej na wschód?

Jesteśmy w kontakcie z Groverem i mamy w planie Easter Ska Jam w Niemczech (5 koncertów) w marcu. Rok temu też byliśmy
w Niemczech, a ponadto na Słowacji i w Czechach, podczas wiosennej trasy. Graliśmy raz w Koszycach, to chyba najbliżej Polski. Jeżeli znowu nas zawieje na wschód, to mam nadzieję, że udałoby się zagrać w Polsce. Chcielibyśmy, no ale nie jest łatwo, gdyż każdy ma swoje zajęcia. Ale jakby się udało, to byłoby naprawdę fajnie. 

Jakie plany na przyszłość?

Easter Ska Jam, gdzie gramy jako my, ale też jako zespół z Kingiem Hammondem. Poświęcimy trochę czasu na nowy album, będziemy grali tyle koncertów, ile tylko będziemy mogli, no i po prostu będziemy bawić się dalej!


free download

Chcielibyście coś przekazać czytelnikom?

Wpadnijcie na bobbysixkiller.fr, żeby posłuchać naszej muzyki, na nasze fb, żeby wiedzieć, co i jak, no i miejmy nadzieję, że pewnego dnia spotkamy się w Polsce. Dzięki za zainteresowanie. Pozdrawiam!

Dzięki za wywiad!



BOBBY SIXKILLER w sieci:


Wywiad można przeczytać także na

poniedziałek, 28 października 2013

WYWIAD: Samostalni Referenti (Serbia)

W serwisie RudeMaker.pl można przeczytać drugi wywiad z pierwszego numeru "RudeMaker Ska Zine". Tym razem rejony nieco bardziej egzotyczne niż w przypadku Panny Marzeny i Bizonów, aczkolwiek wciąż dość bliskie kulturowo Polsce.


Belgradzka kapela z 17-letnim stażem na małej, ale mimo wszystko istniejącej, serbskiej scenie ska. Zespół z wielkimi jajami lub też, jak mówią rodzimi krytycy, "Ostatnia Gwardia Ska". O tym, co młodych Serbów boli, ale i bawi, mówił wokalista Fefe. Pytania zadawał FJ.





Znalazłem informację, że historia Samostalni Referenti zaczęła się w 1993 r., ale w 2011 wydaliście swoje best of „GreaTESTIS Hits” z okazji 15-lecia istnienia zespołu... Jak to się zaczęło dokładnie i jak obecnie wygląda skład? 

Pomysł na kapelę powstał w 1993 r., ale zaczęliśmy grać w 1996 r. Było pełno zmian osobowych, przez Samostalni Referenti przewinęło się ponad 50 osób. Z pierwszego składu zostałem tylko ja i Ref (gitarzysta). Teraz gramy w 8 osób, a na większych koncertach mamy dwuosobowe wsparcie. Więc tak: Ref (gitara), Lung (trąbka), Platner (puzon), Mishe (skrzypce), Zex (perkusja), Joca (bas), Zulij (akordeon), no i ja - Fefe (wokal). Nasz album nazywa się „The GreaTestis Hits”. To troszkę taka gra słów, slangowo Velika muda (Great Testis) znaczy, że mamy odwagę, nie uznajemy kompromisów. Myślimy, że tego dowodzimy w naszych tekstach, które są o politykach i przewałach, które się dzieją w Serbii od ostatnich 20 lat


  free download



„Wielkie jaja”, całkiem chwytliwe i celne. Jeśli jesteśmy przy tekstach, kto je pisze? I czy mógłbyś nakreślić polskim odbiorcom, o czym śpiewacie, gdyż serbski jest dla Polaków dosyć egzotycznym językiem. Co staracie się przede wszystkim w nich uchwycić? 

Większość tekstów piszę ja i basista, który dołączył do nas kilka lat temu. W 1999 r. podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią na pierwszy album, ale pomysł umarł w zarodku, gdy pokazaliśmy im nasze teksty. Wtedy, na dobrą sprawę, dopiero kończył się komunistyczny reżim, więc wszyscy się czegoś bali. Był nawet czas, że byliśmy na celowniku policji. Mówiliśmy, że rząd kontroluje obrót narkotykami, że są największymi złodziejami... Teraz, gdy trochę wydorośleliśmy, śpiewamy raczej o tym, co powinno być ważne dla młodzieży, tym czym dzieciaki żyją - o przyjaźni, wierności i czasami o piłce nożnej. Oczywiście, dalej gnoimy polityków, jakby nie patrzeć są niewyczerpanym źródłem inspiracji. 

Powiedziałeś, że w okolicach końca XX wieku, kończył się reżim. Coś się zmieniło od tego czasu? Musicie jeszcze śpiewać „Police on My Back” Clashów? Albo czy dalej macie problemy, na przykład z obecnością waszej muzyki w mediach?

Tylko ludzie się zmieniają, reszta pozostaje taka sama. Myślę, że ludzie żyją nawet gorzej aniżeli w czasie dogorywania komunizmu (może poza tym, że nie mamy wojen co kilka lat). Ci „demokraci” sprzedają nasze państwo, naszą ziemię i fabryki obcokrajowcom, a i tak ludziom żyje się równie źle. Może teraz policja nas nie ściga, ale od czasu do czasu musimy patrzeć za siebie. Teraz, gdy jesteśmy starsi i mądrzejsi, wybraliśmy inną drogę. Teraz ciśniemy te „niewinne” piosenki do telewizji, żeby mieć większą publikę na koncertach, a na nich z kolei śpiewamy o tym, co nam leży na sercach. Miesiąc temu zrobiliśmy swego rodzaju test na stacjach radiowych. Wysłaliśmy jawnie polityczny kawałek, w którym mówimy o tym, jak niewiele się zmieniło. I wiesz ile stacji to puściło? ŻADNA. Więc myślę, że mamy większy totalitaryzm niż wcześniej.

Może zostawmy politykę na chwilę. A może to w dalszym ciągu jest pytanie „polityczne”? W piątek, ósmego lutego graliście w Zagrzebiu. Jak mówią media, dalej istnieje konflikt pomiędzy Serbami a Chorwatami. Wy jednak nie mieliście problemu zagrać w stolicy waszych zachodnich sąsiadów. Jak zostaliście przyjęci, a co za tym idzie, jak wygląda sytuacja między serbską a chorwacką sceną? 

Powiem tak: nasz akordeonista pochodzi z Chorwacji i bez problemu gra z nami. A w Zagrzebiu było zajebiście. Ludzie byli dla nas naprawdę mili, świetnie nas ugościli. Mamy kawałek dedykowany naszemu miastu – Belgradowi. Nie chcieliśmy go grać, żeby nie było, że ich prowokujemy. Ale na koniec jednak go zagraliśmy i generalnie cały klub śpiewał razem z nami. Ska łączy ludzi, nie patrzymy, czy ktoś jest Chorwatem, Serbem, Słoweńcem czy Bośniakiem. Jeśli ten ktoś jest dobrym człowiekiem, to jest naszym przyjacielem.

   

To, co powiedziałeś, to chyba najlepszy przykład „łączenia przez ska”. Teksty, poprzez swoją szczerość i celowanie w polityczny syf, wyglądają na inspirowane Sham 69 i The Clash. A co z kolei jest największą inspiracją dla muzyki SR? Innymi słowy, czego słuchacie? 

Masz rację. Jeśli wsłuchasz się w intro na naszej płycie, to możesz usłyszeć Joe Strummera. Nagraliśmy też cover „They Don't Understand” z repertuaru Sham 69, pt. „Ne razumeju”. Wszyscy wyrastaliśmy słuchając punk rocka i prawda jest taka, że The Clash są dla nas wzorem, jeśli chodzi o teksty. Od strony muzycznej, wszyscy lubimy ska. Od pierwszego, jamajskiego, aż po trzecią falę. Jedyne za czym nie przepadamy to amerykańskie ska, The Toasters na przykład. Bardzo lubimy skankowe kapele ze Słowacji, Czech, Polski czy też Bułgarii. Myślę, że będziesz wiedział o co chodzi. Myślę, że ludzie w tych krajach, które wymieniłem, mają podobną mentalność, wszyscy mieliśmy podobną sytuację polityczną. Wybacz, że tak wraca temat polityki w naszej rozmowie, ale muzyka bez tekstów, które piętnują to, co jest w społeczeństwie złe, nie jest dla nas muzyką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Wspomniałeś o Polsce. Znasz jakieś polskie grupy grające ska albo czy byłeś na jakimś koncercie polskiej kapeli?

Jasne. Osobiście znam kilka. Skambomambo, Skankan, Blade Loki z tą seksowną wokalistką, ale przede wszystkim lubię Akurat. Ich album „Pomarańcza”, dla mnie jest jednym z najlepszych ska-albumów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Bardzo lubię i szanuję też (choć nie grają ska) Analogsów. Naturalnie Vespa, są świetni, oraz mało znana, a na to według mnie zasługująca Taumaturgia. To jak łączą ska, folk i punk, jest po prostu niesamowite. Mieszkałem pewien czas w Gdyni, ale niestety nie miałem okazji zawitać na jakiś koncert skankowy. 

Jako że jesteśmy „za granicą”, to czy mieliście propozycje grania w środkowej i zachodniej Europie? 

Mieliśmy kilka koncertów na Słowacji w zeszłym roku, i było to ciekawe doświadczenie. Kluby były pełne, ludzie byli świetni, chociaż nie znali żadnych piosenek. Okazywali nam również wsparcie śpiewając „Kosovo je Srbija” wielokrotnie w trakcie gigu. Teraz planujemy kolejną trasę po Czechach i Słowacji. Jest serbska grupa Neozbilijni Pesimisti, z którymi się przyjaźnimy, a którzy grali w Polsce w zeszłym roku. Obiecali nam połapać jakieś kontakty w Polsce, więc może kiedyś u was zagramy. Byłoby zajebiście.

   

Też tak myślę. A jakieś ciekawe spostrzeżenia na temat „zachodniej Słowiańszczyzny”? Pomijając wsparcie oczywiście. Wasza scena różni się od tej bardziej zachodniej?

Myślę, że im bardziej idziesz na zachód, tym scena jest silniejsza. W Serbii nie mamy sceny ska. Mamy dwie albo trzy kapele tego typu. W Belgradzie, w którym żyje ponad 2 mln ludzi, jesteśmy jedyną kapelą ska, co jest naprawdę żałosne. Ale Serbowie bardziej się interesują folkową turecką czy też grecką muzyką, co się robi coraz bardziej chujowe. Odnoszę wrażenie, że ludzie w Serbii nie szanują swoich własnych wykonawców. Mamy o tyle szczęście, że nie żyjemy z robienia muzyki, więc możemy mieć na wszystko wyjebane. Robimy, co chcemy i to nam odpowiada. 

Ale przecież mieliście jedną z pierwszych ska grup w południowo-wschodniej Europie, mówię tu o Kontraritam. Nie było zainteresowania, czy było, ale też gdzieś przepadło? 

Kontraritam byli naprawdę świetnym zespołem. No, ale Serbowie niespecjalnie podniecają się ska. Nagrali jeden album, po czym zniknęli. Po nich nie było żadnego ska, aż do chwili powstania Samostalni Referenti. To luka około 15 lat. I, szczerze mówiąc, kiedy zaczynaliśmy, myśleliśmy że byliśmy pierwszym ska zespołem w Serbii w ogóle. Myślę, że to dobrze pokazuje, jak „popularny” był Kontraritam, co jest przykre, bo naprawdę fajnie grali.

   

Teraz gracie dłużej, niż trwała ta luka. Więc chyba nie jest aż tak źle. Kto słucha waszej muzyki? Wspomniałeś kilka pytań wcześniej o piłce nożnej, otóż spotkałem się ze stwierdzeniem, że punk jest bardzo popularny w środowisku kibicowskim. A czy ska, jakkolwiek, też jest w nim zauważane?  
Jest sektorówka wśród kibiców Partizana: Skins and Punks and Football fans. W Serbii punk rock wraca na trybuny i nie skłamię, jeśli powiem, że wielu naszych fanów jest aktywnymi kibicami piłkarskimi. Ale mamy naprawdę wielki przekrój publiki na koncertach. Pierwsze rzędy to chuligani, kibice, a cała reszta to ludzie, którzy podzielają nasze poglądy i lubią po prostu potańczyć. A tak wracając do kibiców jeszcze, to naprawdę podoba mi się to, jak polscy i rosyjscy „bojowi kibice” organizują ustawki poza miastami, dzięki temu przynajmniej są ograniczone ofiary wśród osób postronnych. Miło wspominam czas spędzony wśród kibiców z Gdyni, myślę że połowa z nich to byli rugbyści lokalnej drużyny. Sprawdź Grupa JNA, punk dedykowany Partizanowi. Wydali ostatnio płytę i moim zdaniem robią świetną robotę w dziedzinie promowania dobrych nawyków muzycznych na trybunach, ponieważ wielu kibiców w Serbii „siedzi” albo w folku, albo techno. 

Stwierdziłeś, że wielu waszych fanów to aktywni kibice. Zgaduję, że Partizana. Jak wszyscy wiedzą (a jak nie, to powinni), Partizan i FK Vojvodina niespecjalnie się lubią. Tak więc, mieliście jakieś koncerty w Nowym Sadzie? 

Ja kibicuję Partizanowi. Jako Samostalni Referenti nie jesteśmy „w barwach”. Prawda jest taka, że Grobari (Partizan) i Firma (Vojvodina) biją się często. W kwietniu mamy grać koncert w Nowym Sadzie, ale nigdy nie mieliśmy tam problemów. Jedziemy grać i mieć frajdę, i przy okazji wielu ludzi nas tam lubi. Swoją drogą Nowy Sad jest chyba najbardziej skankowo-punkowym miastem w Serbii. Mają tam mnóstwo świetnych kapel. A tak przy okazji, to podoba mi się styl Firmy. Starają się iść „starą szkołą” kibicowania, co naprawdę podziwiam.

   

No to znowu, jakby nie patrzeć, mamy przykład „łączenia poprzez ska”. Mógłbyś podać polskim słuchaczom jakieś dobre serbskie zespoły, jeśli macie tylko kilka skankowych, to może jakieś skinhead reggae? 

Nie ma zbyt wielu prawdziwych skinów w Serbii. Większość się gubi. Są nacjonalistami, ale nie nazistami, no i wtedy prostują prawą rękę. Jak dla mnie to dziwne, że Serb prostuje prawą rękę, jak nazista. Chociaż to dość śmieszne. No, ale do rzeczy. Ska – Proces, Lost Propelleros, Pelagijska Argosija. Reggae – Irie FM, Del Arno Band, Che Guerillaz, to takie warte wspomnienia. 

Więc „syndrom prawej ręki” jest znany we wszystkich krajach słowiańskich. Prawie 20 lat za wami, jakie plany na przyszłość? 

Wiem, to tragiczne. Adolf chciał nas martwych, a teraz mu salutujemy. No, jak to ktoś z The Clash rzucił: gdyby Hitler wpadł do nas dziś, to posłaliby mu limuzynę. Ale wracając do tematu. Nie pytaj o plany, bo nigdy planów nie mieliśmy. Wszystko, co robiliśmy, było kwestią chwili. Chcemy grać, jak najwięcej się da, chcemy nakręcić teledysk do „Zene i Vino” (Kobiety i Wino), ale jak to wszystko się potoczy – nie wiem. Więc plan jest taki, żeby się bawić, mieć radość z robienia muzyki, no i zobaczymy, gdzie nas poniesie. Wycieczki bez planów są przecież najciekawsze.

   

Kobiety i wino, jak wiadomo, to synonim dobrej zabawy. Więc tego wam właśnie życzę i mam nadzieję, że kiedyś zawitacie do Polski. Chcielibyście coś przekazać polskim fanom? Ta piosenka ma też inną nazwę: „kumple i piwo”. Jedyne, co mogę powiedzieć Polakom to: wspierajcie lokalne zespoły, nieważne jak chujowo by grały. Kiedy zaczynaliśmy, mówili, że jesteśmy najgorszą rzeczą w serbskim rock and rollu. No, a teraz nazywają nas Ostatnią Gwardią Ska w Belgradzie. Bez kapel, nie ma sceny, więc zamiast krytykować na facebooku, idźcie na koncert albo załóżcie własny band i róbcie coś dla muzyki. A może to była wiadomość do serbskich fanów przez polskich i waszego zina… Dzięki za wywiad! 

Dzięki za wywiad i powodzenia w przyszłości.





 SAMOSTALNI REFERENTI w sieci: