niedziela, 26 stycznia 2014

Yellow Cap - Pleasure

Yellow Cap to zespół pochodzący z niemieckiego Görlitz. Został założony w 1998 r. i od tamtego czasu wydał 4 studyjne albumy. 17 stycznia premierę miał kolejny - "Pleasure", wydany nakładem Pork Pie.



Przyznać muszę, że jest to mój pierwszy kontakt z Yellow Cap, a przynajmniej pierwszy dłuższy. Płytę dostałem jeszcze przed premierą, więc gruntowanie ją przesłuchałem. "Pleasure" to 14 utworów (oprócz ska usłyszymy tu trochę soulu, latino i reggae) zaśpiewanych po angielsku, niemiecku oraz portugalsku. Całość w przeważającej części utrzymana w średnim tempie, bez tak charakterystycznej dla wielu niemieckich zespołów "kwadratowości" (a może takową gębę niemieckim zespołom swego czasu przyprawiły, popularne także w Polsce, kapele w rodzaju No Sports, Skaos czy Moskovskaya? - to już pytanie do fascynatów niemieckiej ska-sceny). 

Na płycie usłyszeć można kilkoro gości, m.in. Richarda Alexandra Junga oraz Jaritę Freydank, znaną bardziej pod pseudonimem "JariSoul". Dr. Ring-Ding udzielił się - w swoim dobrze znanym stylu, który chyba nigdy mi się nie znudzi - w "Take a Cab". Zaznaczył także swoją obecność w "No Money Man", aczkolwiek trzeba się dobrze wsłuchać, by go usłyszeć 

Jaritę vel JariSoul słychać na płycie zdecydowanie częściej, i bardzo dobrze! Dla samego refrenu "Boys in Town", który wraz z JariSoul śpiewa wokalista Yellow Cap Kay Natusch, warto mieć na swojej półce ten krążek. "Boys in Town" to zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Wśród tych naj wymieniłbym także anglojęzyczną wersję "Gabrieli" oraz "Schön daneben" (również z gościnnym udziałem Jarity).

Na płycie znalazła się także druga wersja "Gabrieli", zaśpiewana przez Kaya po portugalsku. Niestety, w przeciwieństwie do piosenek śpiewanych po anielsku, tutaj słychać, że portugalski nie jest ojczystym językiem wokalisty, akcent już nie ten i jakoś mniej buja niż oryginalna wersja. Numer ratują chórki, które śpiewa Adwoa Hackman, urodzona w Monachium wokalistka o ghańskich korzeniach. Zapewne niejedna osoba zastanawia się, dlaczego niemiecki zespół pokusił się o śpiewanie po portugalsku. Jest to pokłosie ubiegłorocznej trasy po Brazylii, gdzie - jak wiadomo -  językiem urzędowym jest właśnie portugalski. O swoich wrażeniach z koncertów w Ameryce Południowej Kay Natusch opowiadał w wywiadzie udzielonym RudeMaker.pl. Także w tym roku Yellow Cap rusza do Brazylii, zespół spędzi tam prawie miesiąc (12.02-18.03).



Trzeba także napomknąć o "Schön daneben", numer ten bowiem został napisany, by wspomóc Pfand gehört daneben, organizację wspierającą... zbieraczy butelek, "osoby, które nie mają wystarczająco pieniędzy na spokojne życie i muszą zbierać butelki, aby dostać za nie pieniądze i z tego żyć", jak dopowiedział w wywiadzie lider Yellow Cap.

"Pleasure" zyskuje z każdym przesłuchaniem, co i rusz w ucho wpadają kolejne instrumentalne smaczki. Dodajmy do tego naprawdę dobry wokal Kaya i dostajemy pierwszorzędny album. Może nie będzie to pretendent do albumu roku, ale i tak jego słuchanie to - jak zapowiada tytuł - prawdziwa przyjemność.    

Płyta została wydana w ładnym digipacku, do tego książeczka z tekstami i zdjęciami zespołu; szkoda jednak, że pominięto w niej teksty utworów bonusowych, tzn. "Schön daneben" i portugalskiej wersji "Gabrieli". Uznajmy to za drobne niedopatrzenie.

W najbliższy piątek odbędzie się koncertowa premiera "Pleasure". Obok Yellow Cap w Scheune Dresden wystąpią DiscoBalls z Czech i Mr Wallace z Holandii.



Recenzję można przeczytać także na 


niedziela, 19 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

What will happen when a group of Jamaican music fans meets, fans who don’t utterly condemn the music which glory days are definitely over and we talk about the late 70’s and early 80’s, when new romantic was triumphant? Then, dear readers, a creature begins to exist: Rude Boy George (the other option was Flock of Scooters). The similarity to the pseudonym of the Culture Club vocalist is not accidental, as this gentleman, known for the hit singles such as "Karma Chameleon" and "Do you really want to hurt me", is a new romantic icon.


The band Rude Boy George was set up in January 2013 in NY by the musicians who got their experience in the bands Bigger Thomas and Across The Aisle. The group members are Roger Apollon (voc; Bigger Thomas), Megg Howe (voc; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, backup voc), Jim Cooper (per; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bass; Bigger Thomas), Jackie Chasen (sax, backup voc; Across The Aisle), Jesse Gosselin (guit; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (guit; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Earlier in the band there were also Spencer Katzman (guit; Bigger Thomas) and Dave Barry (keyboard; Beat Brigade/The Toasters).

Two of the members are well-known ska bloggers (Marc Wasserman - Marco on The Bass; Steve Shafer - The Duff Guide to Ska).


The band’s debut was on April 13th in Electric Avenue (the event of the bloggers mentioned above) at Manhattan club Characters NYC.


Some movies from the debut gig:

Soft Cell cover

Culture Club cover

Squeeze cover


But before they decided to play concerts, they issued their versions of The Human League hits – “(Keep Feeling) Fascination”, produced by Wayne “Waylo” Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). What’s more, they announced the coming out of the six-track EP. I couldn’t wait!



But the summer was gone and nothing happened. The autumn was gone, the winter began. The year ended, and I still didn’t hear from them. Until January 8th, when there was the premiere of  ”Take On” EP. From the initially announced list of six tracks, only three appeared, plus two remixes.

Among these three songs there are The Human League “(Keep Feeling) Fascination”, INXS “Don’t Change” and The Romantics “Talking In Your Sleep” (at the end you’ll find the original versions). They also added the remixes of the last two songs, including one featuring The English Beat toaster. All songs were recorded in May 2013 in West Orange in Bill Laswell’s studio (by the way, listen to his "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub" – really good job), produced by “Waylo” Lothian.


If you’re not a musical orthodox and you like musical experiments, “Take On” EP should appeal to you. The members of Rude Boy George perfectly balanced the proportions of Jamaican rhythms they play on daily basis and the music which undoubtedly can be called embarrassing and shameful, though still listened and enjoyed by lots of people, and not only those, who became soaked with new romantic when they were young. Frankly speaking, I initially thought this EP contains too little ska and reggae, but I quickly took to it. Take skilled instrumentalists, add a fine vocalist – Megg Howe from Across the Aisle – some dub here and there, and even the length of tracks (the shortest is almost 4 minutes long) don’t bother you. But beware! Once you listen, you’re likely to listen to it dozens of other times!

Spirit of 80s! 
  


czwartek, 16 stycznia 2014

Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"

Dr. Ring Ding to persona ogólnie znana w ska i reggae światku muzycznym, zarówno europejskim (w tym polskim), jak i światowym. Nie tylko dzięki swoim albumom - solowym i z The Senior Allstars, ale i kooperacjom (tak nagraniowym, jak i koncertowym) z artystami z różnych stron świata, dość wspomnieć choćby o Jamajczykach - i to tych pierwszoligowych - pokroju Doreen Shaffer, Derrick Morgan, Ken Boothe i Lord Tanamo, polskich The Bartenders i Dreadsquadzie, Oldies But Rudies z Hiszpanii, holenderskim Rotterdam Ska-Jazz Foundation (płyta "Today's Special" wydana pod szyldem Kingston Kitchen!), słowackim Polemic czy też ostatnio fińskim The Blaster Master. 

Efektem takiej międzynarodowej współpracy jest także projekt Dr. Ring Ding Ska-Vaganza, czyli kooperacja Richarda Alexandra Junga z barcelońskim Freedom Street Band oraz takimi muzykami, jak saksofonista altowy i barytonowy Mathias Demmer z The Busters, Markus Dassmann z The Senior Allstars grajacy na gitarze i organach, saksofonista tenorowy Genís Bou z Gramophone Allstars, wibrafonista Altfrid M. Sicking, amerykańska wokalistka jazzowa Stephanie K., Markus Passlick grający na instrumentach perkusyjnych (m.in. congach) czy pochodzący z Kadyksu młody trębacz Bruno Calvo. No i Queen of Ska we własnej osobie. 10 lat po rozwiązaniu Dr. Ring Ding & the Senior Allstars, flircie z dancehallem, reggae, a nawet calypso, Richie postanowił wrócić do korzeni, do tradycyjnego ska. I jest to bardzo udany powrót!


Album "Piping Hot" Dr. Ring Ding Ska-Vaganzy ukazał się w listopadzie 2012 r. nakładem niemieckiego Pork Pie (CD) oraz hiszpańskiego Buenritmo Producciones (LP). Równolegle Jump Up Records z Chicago wydało dwa limitowane siedmiocalowe single, na obu znalazło się po jednej piosence z "Piping Hot" oraz po jednej wcześniej nigdzie niepublikowanej. Od pewnego czasu, czyli od kiedy mam gramofon, zacząłem wkręcać się w winyle, dlatego też nie mogłem nie kupić jednej z tych siódemek (za czas jakiś zakupię następną). W Polsce single te można kupić w łódzkim Hot Shot Wear (przy okazji można się zaopatrzyć w dobre t-shirty) lub w sklepie Jimmy Jazz Records. Ja na pierwszy ogień wybrałem wytłoczony na czerwono-brązowym winylu singiel "Sammy Don't Go Out No More / Crazy".   


   

Pierwsze, co przykuwa wzrok to oczywiście charakterystyczna okładka - dzieło Chema Skndl!, meksykańskiego ilustratora, autora licznych plakatów i okładek (dość wspomnieć chociażby "Fat is Back" The Caroloregians). Jest jednak jedna rzecz, do której muszę się przyczepić - zbyt mała dziurka w winylu, trzeba ją było porządnie rozepchać! Może amerykańskie winyle już tak mają, nie wiem.

Jestem entuzjastą twórczości Dr. Ring-Dinga z The Senior Allstars (właściwie to lubię go w każdej odsłonie, zarówno soundsystemowej, jak i z żywym bandem), więc od kiedy tylko usłyszałem - najpierw na koncercie, później na spotify - "Piping Hot" z miejsca stałem się fanem tego albumu. Na stronie A zamieszczono "Sammy Don't Go Out No More", jeden z moich ulubionych numerów z albumu, prawdziwy killer. Kawałek opowiadający o Sammym (w klipie zagranym przez Mikołaja Tabako z The Bartenders / Upbeat Quartet), który wypadł z obiegu. Nie w głowie mu wyjścia do knajpy z kumplami, 
no more ladies nights
and no more two for one
 to se ne vrati. Założę się, że niejeden z was zna takiego Sammy'ego.


Stronę B zajmuje piosenka, którą można znaleźć tylko na tym krążku - cover piosenki skomponowanej w 1961 r. przez Willie Nelsona, a śpiewanej przez szereg artystów na Patsy Cline (przy okazji jeden jej największych przebojów), a kończąc na Julio Iglesiasie i LeAnn Rimes. "Crazy", bo o tym utworze mowa, to ballada o pewnym zakochanym wariacie.

I'm crazy for trying
and I'm crazy for crying
and I'm crazy for loving you
Wersja Dr. Ring-Dinga i jego zespołu przebija te wszystkie wersje country i pseudocountry.

Jeśli ktoś, niezbyt zadowolony z dancehallowych nawijek Doktorka, spisał go na straty, to ten singiel i cały ostatni album udowadniają, że artysta ma jeszcze wiele do powiedzenia. Nie bez przyczyny zasłużył sobie na miano ojca chrzestnego europejskiego ska. Tym bardziej cieszą jego częste wizyty w Polsce oraz współpraca z polskimi artystami/producentami (Dreadsquad to zdecydowanie jeden z naszych najlepszych towarów eksportowych!), poniżej kilka przykładów.








Dr. Ring Ding Ska-Vaganza "Sammy Don't Go Out No More" b/w "Crazy"
7" - limited edition - red-brown vinyl

Recenzję można przeczytać także na 


piątek, 10 stycznia 2014

Rude Boy George - Take On EP

Co stanie się, gdy pewnego dnia spotka się grupa fanów jamajskich brzmień, która nie potępia jednak w czambuł muzyki, która lata swej świetności - a mowa tu o końcówce lat 70. i początku 80., kiedy triumfy święciło new romantic -  ma już dawno za sobą? Wtedy, szanowni czytelnicy, powstaje twór o nazwie Rude Boy George (drugą opcją było Flock Of Scooters). Podobieństwo do pseudonimu wokalisty Culture Club Boy George'a bynajmniej nie jest przypadkowe, wszak dżentelmen ów - znany z takich hitów, jak "Karma Chameleon" czy "Do You Really Want to Hurt Me" - jest niemalże ikoną ruchu new romantic.


Zespół Rude Boy George został założony w styczniu ubiegłego roku w Nowym Jorku przez muzyków, którzy doświadczenie zdobywali w Bigger Thomas czy Across The Aisle. W skład RBG wchodzą mianowicie: Roger Apollon (wokal; Bigger Thomas), Megg Howe (wokal; Across the Aisle), Steve Shafer (melodica, chórki), Jim Cooper (perkusja; Bigger Thomas), Marc Wasserman (bas; Bigger Thomas), Jackie Chasen (saksofon, chórki; Across The Aisle), Jesse Gosselin (gitara; Across The Aisle/The Royal Swindle) i Jeff Usamanont (gitara; FunkFace/Daft Phunk/Electric Company). Wcześniej w zespole grali też Spencer Katzman (gitara; Bigger Thomas) oraz Dave Barry (klawisze; Beat Brigade/The Toasters).
Dwóch spośród członków Rude Boy George to także znani ska blogerzy. Marc Wasserman prowadzi bloga
Marco on The Bass, natomiast Steve Shafer - The Duff Guide to Ska.


Zespół swój sceniczny debiut zaliczył 13 kwietnia na Electric Avenue (przedsięwzięcie wspomnianych wcześniej blogerów) w manhattańskim klubie Characters NYC.


Trochę ruszających się obrazków z debiutanckiego gigu:

cover Soft Cell

cover Culture Club

cover Squeeze


Zanim jednak zdecydowali się na koncerty, puścili w świat swoją wersję "(Keep Feeling) Fascination", jednej ze sztandarowych piosenek The Human League. Producentem ich wersji jest Wayne "Waylo" Lothian (ex-English Beat, General Public, Special Beat). Dodatkowo zapowiedzieli, że jeszcze latem 2013 r. ukaże się 6-utworowa epka. Nie mogłem się doczekać!


Lato jednak minęło i nic. Minęła jesień, zaczęła się zima. Rok się skończył, a tu wciąż ni widu, ni słychu. Aż do 8 stycznia. Wtedy własnie premierę miała epka "Take On". Z zapowiadanych 6 piosenek, ostatecznie znalazły się na niej 3, dodatkowo 2 remiksy.

Wśród 3 piosenek znajdują się "(Keep Feeling) Fascination" Human League, "Don't Change" INXS i "Talking in Your Sleep" The Romantics (na końcu znajdziecie oryginalne wykonania). Dodano także remiksy dwóch ostatnich piosenek, w tym jeden z gościnnym udziałem toastera The English Beat. Wszystkie piosenki zarejestrowano w maju 2013 r. w studiu Billa Laswella (swoją drogą, posłuchajcie sobie jego "Dreams of Freedom: Ambient Translations of Bob Marley in Dub", kawał dobrej roboty) w West Orange. Całość wyprodukował wspomniany wcześniej “Waylo” Lothian.


Jeśli nie jesteście muzycznymi ortodoksami i lubicie muzyczne eksperymenty, to "Take On EP" powinno się wam spodobać. Członkowie Rude Boy George idealnie wyważyli proporcje między rytmami jamajskimi, które grają na co dzień, a muzyką, którą bez cienia wątpliwości można nazwać synonimem obciachu. Obciachu, który wciąż jest słuchany przez wielu ludzi, i to niekoniecznie tych, którzy nasiąknęli new romantic za młodu. Co prawda, początkowo uważałem, że na tej epce za mało jest ska i reggae, ale... szybko się do niej przekonałem. Weźmy sprawnych instrumentalistów, dołóżmy do tego świetny wokal Megg Howe z Across the Aisle, kilka dubowych smaczków tu i ówdzie, a nawet długość utworów (najkrótszy ma prawie 4 minuty) jakoś nie przeszkadza. Uwaga! Jak już raz posłuchacie, to wielce prawdopodobne jest, że posłuchacie jeszcze kilka (albo i kilkanaście) razy.


Tak swoją drogą, zamiast noworomantycznych syntezatorów dajmy organy Hammonda i może nam wyjść prawdziwa na przykład skinhead reggae'owa petarda - "Smalltown Boy ina rege stajli" chociażby. Czekam na coś takiego!



Spirit of 80s! 
  



Może kiedyś któryś polski zespół weźmie na warsztat coś z repertuaru Kapitana Nemo lub Kombi? Chyba tylko jedna kapela mogłaby się na to odważyć. Zgadujcie, może traficie która.



Relacje można przeczytać także na 


sobota, 28 grudnia 2013

11.12.2013 - Smooth Beans - Łódź

Hiszpańskie kapele grające muzykę jamajską nieczęsto zapuszczają się w dzikie rejony zwane Polską, ba! bodajże od 2009 r. kiedy to dwa koncerty zagrała Alamedadosoulna, w naszym kraju - jeśli się nie mylę - nie było żadnego przedstawiciela Hiszpanii. Aż do tego miesiąca.

W grudniu bowiem nasz kraj odwiedził zespół Smooth Beans, będący akurat w swojej pierwszej europejskiej trasie. Trasa ta rozpoczęła się 4 grudnia w niemieckim Köln, a zakończyła 14 grudnia w Erfurcie. W międzyczasie Smooth Beans zagrał także w Belgii (Bruksela), Francji (Dijon), Lipsku i kilku innych niemieckich miastach oraz, rzecz jasna, w Polsce - 11 grudnia w Łodzi, a dzień później w warmińsko-mazurskim Kingston.





Miałem niewątpliwą przyjemność być na ich koncercie organizowanym przez Hot Shot Wear w łódzkiej Klubokawiarni Granda, tak więc poniżej kilka refleksji na ten temat.

  Łódź 

Ale najpierw garść informacji o bohaterach tej notki. Zespół Smooth Beans został założony w marcu 2008 r. w Santander, stolicy wspólnoty autonomicznej Kantabria. Rok później wygrali lokalny konkurs Certamen de Música Joven de Cantabria, z którego nagrodę przeznaczyli na pierwsze nagrania. W 2010 r., dzięki wytwórni Liquidator Music, ukazał się singiel "Cantabria’s Finest", a później poszło jak z płatka. W 2011 r. wydano debiutancki album "At Low Fyah!", w 2012 r. następny - "Keep Talking", a w listopadzie tego roku drugą siódemkę ("Sing, Flip And Twist"). Trasa po Europie promowała wydanie "Keep Talking", a przy okazji była formą obchodów 5-lecia kapeli.

Przyznać muszę, że Hiszpania to istne zagłębie świetnych zespołów grających muzykę jamajską, przede wszystkim różne odmiany reggae i rocksteady, ale też ska. Jeśli nie wierzycie to posłuchajcie chociażby The Kinky Coo Coo’s, Hypocondriacs, The Malarians, The Oldians, Transilvanians czy Tasty Grooves. W ten nurt wpisuje się także Smooth Beans grające rocksteady i early reggae (a czasem także ska).

Początkowo do Łodzi mała reprezentacja Brudnego Południa miała jechać ulubionym środkiem transportu miłośników taniego jeżdżenia (wiadomo, kryptoreklama Polskiego Busa), jednak niemalże w ostatniej chwili pojawiła się opcja samochodowa, więc jednak wygoda wygrała z ceną. Do Grandy, mimo stracenia ponad godziny w katowickich korkach, dotarliśmy na czas, a nawet przed czasem, bo zespół akurat wnosił sprzęt. Chcąc nie chcąc miałem okazję przysłuchać się próbom zespołu. Był to idealny aperitif pobudzający apetyt.

Czekając na koncert i jeszcze bardziej zaostrzając apetyt, czym prędzej trzeba było udać się do baru. I tu zaskoczenie, jakże miłe. Granda, będąca malutkim klubikiem, miała bardzo duży wybór piw, i to nie byle jakich - poczynając od Luzaka i Twierdzowego, przez Corneliusy, po Pinty. Minusem (dla kogoś pewnie będzie to wielki plus) jest jedzenie w Grandzie - jak chwalą się właściciele - w 100% wegańskie, fairtrade'owe.   

Smooth Beans jeszcze w "cywilnych" ubraniach:

fot. Mariusz Stasiak
fot. Mariusz Stasiak
fot. Mariusz Stasiak
fot. Mariusz Stasiak

Trochę niepokoiłem się o frekwencję na tym koncercie, zwłaszcza po zobaczeniu tych kilku osób po wejściu do klubu. Wszyscy wiemy, jak to bywa z koncertami w środku tygodnia. Na szczęście powoli, ale systematycznie, pojawiały się nowe twarze - oprócz łodzian, także przyjezdni, zarówno osoby z rejonów Polski odległych od Łodzi (vide Dolny i Górny Śląsk, Warszawa), jak i - sądząc po aparycji i języku - Hiszpanie z Erasmusa lub innego programu wymiany studenckiej, czasowo rezydujący w Łodzi. W końcu niewielki parkiet Grandy był zapełniony, aczkolwiek nie na tyle, by nie można było się ruszyć bez potrącania wszystkich wokół. Krótko mówiąc: było w sam raz.

A sam koncert? Chyba od czasu The Caroloregians i The Ratazanas nie byłem na tak dobrym koncercie w klimacie early reggae / rocksteady, wielkim plusem Hiszpanów jest to, że grają tę muzykę po swojemu, nie są kopią The Aggrolites (swego czasu, co druga kapela chciała grać, jak Amerykanie). Smooth Beans zagrali materiał z obu albumów, m.in. "Our Train", "Numbers Without Face", "Don't Let It Go", "Still Rolling", "All Power To The People", a także "Sing, Flip & Twist" z najnowszego singla, no i covery. Wśród tych ostatnich "Boogie in my Bones" Laurela Aitkena oraz "Ne-Ne Na-Na Na-Na Nu-Nu" Bad Manners. Jednak czegoś, skoro już jesteśmy przy cudzych kompozycjach, zabrakło - "Bankrobbera" z kompilacji "The Clash Goes Jamaican". Przyznać muszę, że jako wielki fan tego wydawnictwa (w Polsce do kupienia w Jimmy Jazz Records), bardzo chciałem - a sądząc po okrzykach, osób takich było więcej - usłyszeć ten utwór na żywo. Cóż, pozostaje nagranie studyjne.  



Smooth Beans brzmieli wręcz idealnie, prawie jakby słuchało się płyty. Czy było to zaletą, czy wręcz przeciwnie - tak naprawdę trudno określić, musiałbym usłyszeć, jak zespół radzi sobie chociażby na scenie dużego festiwalu. Czy zawsze są w tak dobrej dyspozycji, czy może zdarzają im się także słabsze występy.

Na osobną wzmiankę zasługują dwa członkowie Smooth Beans - wokalista Rudy King, grający na gitarze oraz puzonie i klawiszowiec Alfonso Alonso. Ten pierwszy za jego ruchy sceniczne, te ruchy bioder à la James Brown (płci pięknej na pewno zrobiło się gorąco!). Drugi natomiast za to, co wyczyniał na swoim instrumencie, a wszystko to z nieco arogancką, wyniosłą miną. Jeśli jeszcze z rok czy 2 lata temu byłem wielkim entuzjastą instrumentów dętych, to teraz powoli staję się coraz większym fanem klawiszy - i to nieważne czy będą to organy Hammonda, czy keyboard Yamahy.   

fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
fot. Japko
Co ciekawe, w czasie koncertu można było usłyszeć pewne nader kontrowersyjne hasła, ot choćby "Smoleńsk, kurwa!". Ale o co konkretnie chodziło i jaki ma to związek z enigmatyczną "Reggae Prawicą" to już... kto ma wiedzieć ten wie. ;) Koncert ten, o czym warto wspomnieć, był pierwszą od kilka lat okazją spotkania całej redakcji RudeMaker.pl (poprzednia okazja to, zdaje się, koncert The Aggrolites we Wrocławiu; oby na następne spotkanie nie trzeba było czekać kilku lat). 

Po zakończeniu przez Hiszpanów setu i zagraniu bisów (jak zwykle pozostał spory niedosyt) muzykę zaczął serwować Japko (1/2 Hot Shot Sound). Przy hitach, m.in. Alibabek, wreszcie można było zrobić zakupy, a ceny Smooth Beans mieli wręcz wyborne (40 zł za LP). 

fot. Mariusz Stasiak
fot. Mariusz Stasiak
fot. Mariusz Stasiak
Już przed klubem uskuteczniona została mała dyskusja z pewnym bywalcem wielu zagranicznych gigów o koncertach, a właściwie after party na imprezach ska/sh reggae w Wiedniu (poniekąd także w Pradze). Jak to jest - zastanawialiśmy się - że w Wiedniu parkiet jest pełny, nawet gdy impreza jest w środku tygodnia, a w Polsce często nawet w weekend zieje pustkami. Czyżby inna mentalność publiki? A może to wina organizatorów? Ktoś zna odpowiedź?

Zdjęcia niejakiego Księgowego Filiniego:


















Była to moja trzecia koncertowa wizyta w Łodzi, ale pierwsza niepunkowa (wcześniejsze to Wunder Wave w Dekompresji). To, że przyjadę na kolejny gig organizowany przez Hot Shot Wear to tylko kwestia czasu. Zdecydowanie!

Kilka filmików z Grandy, może oddadzą chociaż znikomy procent energii płynącej ze sceny. Może.






A na koniec dwa wywiady, jeden przeprowadzony przez Hot Shot Wear (organizatora łódzkiego koncertu) >>KLIK<<, a drugi - przed olsztyńskim koncertem - przez Magdę Miszewską z radia UWM FM.


Relację można można przeczytać także na